Praktykując jako coach, changeworker czy terapeuta spotykać się będziesz z kwestiami, które zwykle nie są poruszane na szkoleniach. Ba, w ogóle nie mówi się o nich, ani nie pisze publicznie. Udaje się, że nie istnieją.

Są to jednak tematy ważne i należy o nich mówić, dla korzyści wszystkich zainteresowanych – także klientów.


Sympatie i antypatie – znam dosłownie jednego terapeutę, który wspominał o kwestii lubienia klientów lub nie – to Andrew Austin. Innego terapeutę tego typu czytałem – to Irvin Yalom. A poza tym… Absolutnie nic. Jeśli mówi się o pacjentach, to w formie bezosobowych przypadków – przyszedł, był taki problem, zrobiliśmy to i to, efekt był taki.

Tyle tylko, że pracujemy z ludźmi. A ludzie są różni i na różnych ludzi reagujemy inaczej.

Są klienci, z którymi bardzo lubię pracować, po prostu – pasują mi. Są tacy, z którymi pracuje mi się dość kiepsko. Nie musi to mieć żadnego znaczenia dla skuteczności naszej pracy i nie jest bynajmniej zarzutem czy pochwałą wobec tych klientów. Ot, każdy człowiek ma pewne „typy” ludzi, którzy mu bardziej pasują.

Ilekroć poruszam ten temat w prywatnych rozmowach ze znajomymi coachami i terapeutami, przynajmniej z tymi, którzy mają nieco doświadczenia w pracy*, przyznają dokładnie to samo. A jednak nikt o tym nie mówi! Nie słyszałem o żadnym programie szkoleniowym czy żadnej książce n.t. coachingu, które by o tym mówiły. Dlaczego? Myślę, że chodzi o źle pojęty profesjonalizm, w którym coach jest swego rodzaju robotem do zmiany klientów, w procesie, ale poza (lub, co gorsza, ponad) nim. Tylko coaching czy terapia opierają się m.in. na relacji z klientem, a relacja „robota z człowiekiem” jest mało zdrowa.

*Początkujący coachowie o tym nie mówią, co sugeruje jedną z trzech opcji – albo na początku faktycznie nie ma takich preferencji, albo takie osoby jeszcze nie zaczęły rozróżniać takich czynników, albo (najbardziej prawdopodobny scenariusz), takie osoby nieco grają, wg. wzorców wyuczonych w szkole coachingu.


Seks, atrakcyjność, pożądanie – temat, który poruszany wprawdzie bywa, ale raczej jednostronnie, w formie zasady „nie sypiaj z klientami”. Zasady bardzo zdrowej i słusznej, dodam, choć w gruncie rzeczy na tyle oczywistej, że można się zastanawiać czemu ją w ogóle wyjaśniać. W rzeczywistości jest tu jednak więcej tematów, które warto poruszyć, sam zakaz uwodzenia klientów/klientek to zdecydowanie za mało.

Warto choćby wskazać na to, że to klient może chcieć uwieść coacha. Może się też w nim po prostu, najzwyczajniej w świecie zakochać – tym bardziej, że coaching czy terapia są tak naprawdę bardzo intymnymi procesami. Klient nie raz otwiera się przed coachem czy terapeutą dużo bardziej, niż przed najbliższym przyjacielem. Coach jest wspierający, cierpliwy, daje przestrzeń i uwagę. Dla wielu osób może to być pierwszy raz  w ich życiu, kiedy spotkali się z takim traktowaniem. Mogą się więc po prostu, najnormalniej w świecie, zakochać.

Chcę tu podkreślić, że takie zakochanie nie zawsze musi być czymś złym. Czasami ludzie się po prostu w sobie zakochują i nie ma w tym nic złego. Zawsze jednak niezbędna jest tutaj duża ostrożność, absolutnym minimum jest w tej sytuacji przekazanie takiego klienta/klientki pod opiekę innego specjalisty i własna, solidna superwizja. Przy zastosowaniu takich środków ostrożności dopuszczam jednak możliwość prywatnego kontynuowania znajomości, która wcześniej była profesjonalną. Zdaję sobie sprawę, że wiele kodeksów etycznych terapii itp. się tu ze mną nie zgodzi, założeniem tam panującym jest „jeśli ktoś był Twoim pacjentem, do końca życia nie możesz mieć z tą osobą żadnych prywatnych kontaktów”. Rozumiem to stanowisko, jednocześnie uważam je za zbyt ekstremalne, wywodzące się z czasów gdzie podanie pacjentce płaszcza było już traktowane jako niedopuszczalny kontakt fizyczny. Nie, nie żartuję.

Wracając  jednak do kwestii uwodzenia, może być też tak, że klient bynajmniej się nie zakochał – po prostu szuka od coacha dowartościowania, podbudowania własnej atrakcyjności i zachowuje się tak, by to uzyskać. Spotkałem np. materiały zachodnich hipnotyzerów, gdzie sugerują oni by zawsze mieć w gabinecie na podorędziu koc. Po co? Bo zdarzają się klientki, które celowo przychodzą w bluzce z wielkim dekoltem i bardzo krótkim mini. W takiej sytuacji dobrze jest wskazać na wymówkę o obniżeniu temperatury ciała i móc je po prostu przykryć.

Warto też mieć świadomość idącą w drugą stronę – że klienci, a zwłaszcza klientki, mogą czuć się pod względem seksualności zagrożeni. Z tego powodu, jeśli jakieś ćwiczenie wymaga nawet bardzo neutralnego dotknięcia klienta (np. ćwiczenia oparte o kotwiczeniu fizycznym), ZAWSZE należy od niego uzyskać na zgodę na taki dotyk. Jeśli klient nie wyraża zgody, lepiej zrezygnować z takiego ćwiczenia, niż naciskać. Z przyczyn oczywistych szczególnie ostrożni muszą tu być mężczyźni pracujący z kobietami.

blue-eyes-237438_640


Nienamacalność – problem, z którym prędzej czy później spotyka się praktycznie każdy coach (choć bynajmniej nie ograniczony do tej branży). Ta praca polega na świadczeniu usług i to usług często nie mających zbyt fizycznych efektów. Jasne, jeśli klientowi wzrośnie skuteczność sprzedaży o 50%, jest to bardzo satysfakcjonujące, ale nasz mózg niespecjalnie to dostrzega. Z jego perspektywy nie jest to realna, namacalna praca, dająca konkretne efekty. Może się to wydawać drobiazgiem, ale długoterminowo łatwo prowadzi to do wypalenia. Do irracjonalnego, ale wyraźnego poczucia, że to co robimy jest nierealne i nic nie warte. Co istotne, taka osoba świadomie może doskonale zdawać sobie sprawę z tego, że to co robi ma wartość, ale emocjonalnie może tego po prostu nie odczuwać, bo jej mózg stosuje tu inne kryteria oceny.

Oczywiście, jest to problem który szalenie trudno poruszyć publicznie, choćby z przyczyn wizerunkowych. Jeśli Ty przyznasz się, że czasem czujesz brak wartości tego co robisz, to co mają pomyśleć Twoi klienci? Ba, nawet jeśli przyznasz się tylko kolegom po fachu – jak przy nich wypadasz? Czy nie uznają, że jest z Tobą coś nie tak? Czy nie będą się śmiali za Twoimi plecami? A może przyznając się do takich myśli dasz samemu sobie dowód na to, że są prawdziwe?

Warto o tym problemie mówić, gdyż jest m.in. świetnym tematem do przepracowania na superwizji. Jest też kilka praktycznych rozwiązań, które można wprowadzić do zminimalizowania jego wpływu.

Przy okazji: Tak jak wspomniałem, problem ten nie dotyczy tylko coachingu. Jest jedną z przyczyn wypalenia wielu doświadczonych i odnoszących sukcesy biznesmenów zajmujących się szeroko rozumianym biznesem. Dlatego tak wielu na stare lata przerzuca się na coś bardziej namacalnego, czy to zawodowo, czy np. w zakresie hobby decydując się uprawiać ogród, robić coś w przydomowym warsztacie, itp.


Otoczenie zawodowe – a’propos superwizji i kolegów po fachu, warto wskazać na dość istotną, a często ignorowaną rzeczywistość coachingu. Przytłaczająca większość coachów utrzymujących się z tej pracy jest freelancerami lub prowadzi jednoosobowe firmy. Wbrew pozorom, jest to stosunkowo duży problem, zwłaszcza długoterminowo. Ludzie naturalnie dążą do utrzymywania kontaktów na trzech poziomach: bliski, grupowym i plemiennym. W dzisiejszym świecie łatwo nam zaspokoić poziom bliski (rodzina i przyjaciele) oraz plemienny (święta narodowe, religijne, itp.). Mamy jednak zdecydowanie uboższe możliwości na poziomie grupowym. Pierwotnie ten poziom zaspakajały np. miejskie cechy zawodowe. Dziś w większości jest on zaspakajany przez kolegów i znajomych z pracy. Nawet jeśli ich nie lubimy, wypełniają pewną społeczną potrzebę.

Jako coach freelancer lub samozatrudniony, zaspokojenie tej potrzeby staje się nagle zdecydowanie trudniejsze. Tak, Twoja praca będzie wymagała częstych spotkań z ludźmi, ale są to spotkania zawodowe i uniemożliwiające zbytnie spoufalanie się. Co nawet ważniejsze – są to kontakty z natury ograniczone czasowo. Nawet z najlepszym, najfajniejszym klientem w końcu „zerwiesz”, zakończysz proces i się pożegnasz. Brak tu stałości.

Prywatnie sądzę, że gdyby nie ta kwestia, ilość coachów na różnych szkoleniach zawodowych byłaby drastycznie niższa. Szkolenia mogą mieć swoją wartość edukacyjną, ale dla wielu osób będą po prostu okazją do kontaktów na tym niezaspokojonym, grupowym poziomie. Podobnie zresztą np. ze spotkaniami blogerów.

Tak jak w wypadku nienamacalności, jest to też problem, który trudno wprost poruszyć. Samotność, na dowolnym poziomie, jest w naszym społeczeństwie strasznym tabu. Nie mówimy o niej, nie przyznajemy się do niej. Jeśli nawet ktoś o niej wspomina, nie potrafimy odpowiednio zareagować, często jeszcze pogarszając sprawę. „Jak to, czujesz się samotny w pracy? Przecież każdego dnia spotykasz nowych klientów, to cała masa ludzi!” może brzmieć jak rozsądne wsparcie. Niestety w praktyce może jeszcze pogorszyć sytuację, dodając do problemu dodatkowe poczucie winy, gdy taki człowiek uzna, że przecież faktycznie, nie powinien się czuć samotny, a jednak się czuje…

Co ciekawe, wspomniana superwizja może tu dodatkowo pełnić taką rolę, być systemem „średniego” wsparcia społecznego dla coacha.


I dużo więcej…

Powyższe kwestie to tylko mały wycinek tematów, z którymi będziemy pracować w trakcie ośmiomiesięcznej Szkoły Coachingu i ChangeWorku ChangeMakers. Oprócz szeregu praktycznych technik oraz biznesowych rozwiązań ułatwiających zbudowanie kariery coacha, szkoła ma dostarczyć uczestnikom również licznych porad w obszarach, o których inne kursy tego typu w ogóle nie wspominają. Wszystko po to, by jak najlepiej przygotować kursantów do pracy w nowej roli.

Więcej informacji http://www.changemakers.pl/szkola-coachingu-i-changeworku-changemakers/


Lean Mind Experience - kurs, który zapewni Ci narzędzia do niezwykle głębokiego rozwoju. Dziewięć intensywnych dni, trzy zjazdy rozwojowe, poświęcone Twoim relacjom, skutecznemu działaniu i świadomości emocjonalnej. Nasycony praktycznymi rozwiązaniami, skupiony na tym, co buduje w Twoim życiu realną, codzienną wartość. Esencja ponad dziesięciolecia pracy nad skutecznym rozwojem. Pierwszy zjazd rozpoczyna się już 21 września! 


 

Podziel się tym tekstem ze znajomymi:
Następny wpis
Poprzedni wpis