Karawana kryzysu – najważniejsze wnioski

„Karawana kryzysu” Lindy Polman to bardzo ciekawy reportaż n.t. systemowych problemów powiązanych z pomocą humanitarną. Warto go poznać. Nie po to, by mieć wymówkę „czemu nie daję na potrzebujących”, ale by dawać głową, a nie sercem.

Bo dawać warto. Ale dając sercem możesz, nieświadomie, przyczyniać się do pogłębienia problemu, który chciałbyś rozwiązać. Dlatego też na świecie coraz intensywniej rozwijają się ruchy tzw. efektywnej dobroczynności. Efektywnej, czyli takiej, w której Twoje złotówki oraz Twoja praca przekładają się na realną poprawę życia jak największej ilości ludzi.

Dlatego właśnie warto poznać materiały takie jak „Karawana kryzysu”, by lepiej zrozumieć ograniczenia i wyzwania stojące przed organizacjami humanitarnymi. Typowy Polak czyta jednak te pół książki w ciągu roku, pomyślałem więc, że warto zrobić małe podsumowanie książki,  tak by wszyscy mogli przynajmniej pobieżnie się z tematem zapoznać.

Źródło: Wydawnictwo Czarne

Główne problemy z pomocą humanitarną, jakie rysuje przed czytelnikiem Polman, to:


1. Wolny rynek pomocy humanitarnej – jeśli chcesz dać pieniądze w szczytnym celu, rywalizować będzie o nie ogromna ilość niezależnych organizacji. To prowadzi do szeregu problematycznych zjawisk, których nie da się w zasadzie ukrócić bez jakiejś formy narzuconej współpracy różnych organizacji… Bo na dobrowolną szeroką współpracę niestety nie ma co liczyć, każdy walczy o swoje dofinansowanie, często kosztem faktycznych ofiar.


2. Marketing cierpienia – masz klęski głodu w Darfurze i Limie. Gdzie dasz pieniądze? Niewiele osób będzie skłonnych przeanalizować dokładnie sytuację i podjąć trafną decyzję co do potrzeb obydwu regionów, ilości działających tam organizacji, itp. Ludzie tak, w większości, nie rozumują. Reagują na obrazy i emocje – kupią więc te przesycone większym cierpieniem i niedolą… Ale jak z każdą reklamą szybko się nasycają, więc za rok cierpienie i niedola muszą być jeszcze większe. I jeszcze większe. Taka rywalizacja o „najlepsze ofiary katastrofy” i „najbardziej medialną katastrofę” sprawia, że pieniądze idą często masowo do jednego obszaru, a omijają inne, gdzie byłyby bardziej potrzebne. Sprawiają również, że środki idą głównie do najświeższych i najbardziej medialnych katastrof – a za nimi podążają organizacje pozarządowe, często pozostawiając rozbabrany kryzys gdzie indziej, gdzie fundusz dofinansowania już wysechł. (Organizacje pozarządowe regularnie finansują reporterom pobyty w strefach kryzysowych, by zachęcić darczyńców dzięki takim reportażom.) Prowadzą w końcu do utwierdzania pewnych grup ofiar – np. okaleczonych dzieci – w tej roli, jako tzw. donor darlings, ukochane obiekty darczyńców. (Takie dzieci, choć posiadają protezy, nie noszą ich bo wiedzą, że reporterzy zapłacą im za zdjęcia więcej… ale nie nosząc ich, ryzykują, że przekroczą kluczowy wiek w którym mogłyby nauczyć się z nich sprawnie korzystać.) O



Przerwa na reklamę ;)


Chcesz poznać Beyond NLP, ale nie jesteś w stanie wybrać się na kurs? Już teraz na MindStore  dostępny jest e-kurs Beyond NLP w Praktyce. Pełen program Praktyka Beyond NLP w wersji e-learningowej!

 


Wracamy do artykułu :)



3. Prowizja dla władz lokalnych – środki pomocowe stanowią ogromną część budżetu wielu krwawych dyktatur. Organizacje pomocowe muszą często płacić za możliwość pomocy, płacić podatki (często wymyślane od ręki), cła, itp. za żywność przekazywaną głodującym, finansować posady dla krewnych i znajomych królika, tolerować otwarty rabunek dóbr pomocowych (ilość dóbr przejmowanych przez lokalne władze, w zależności od rejonu, to od 20 do aż 80% całej pomocy!). Organizacje pomocowe akceptują te nadużycia, bo ich celem jest pomoc jak największej liczbie osób, za wszelką cenę. Wielu krytyków wskazuje jednak, że środki uzyskane (lub zaoszczędzone) przez dyktatury przyczyniają się do przedłużenia wojen lub wręcz do celowego wywoływania przez władze np. klęski głodu na jakimś obszarze, dla dorobienia na pomocy. Niektórzy przedstawiciele lokalnych dyktatur czy grup rebelianckich wręcz szczycą się tym, że dzięki temu, że zaczęli być bardziej brutalni w swoich działaniach, np. masowo okaleczając ludność cywilną, uwaga świata skupiła się akurat na tym rejonie i to do niego popłynęły środki pomocowe na których zarobi cały kraj!

Problem ten dałoby się rozwiązać przez wspólne stanowisko negocjacyjne i groźbę spójnego bojkotu danego rejonu pomocy… Ale jest to w obecnych warunkach niemożliwe, bo jeśli pięć organizacji zbojkotuje dany rejon, pięć kolejnych już wyniucha okazję do zajęcia ich miejsc, zwiększenia swojej widoczności i dorobienia.


4. Wysysanie kompetentnych pracowników – nawet gdy organizacje pozarządowe wynajmują lokalnych pracowników na wolnym rynku, generuje to problemy. Ponieważ organizacje te płacą często 10, 20 czy nawet 100 razy tyle, ile typowe stawki na lokalnym rynku, ściągają z niego masę wykształconych pracowników – lekarzy, nauczycieli, itp. To dosłownie prowadzi do tego, że w wielu miejscach nie ma kto pracować w szpitalach czy szkołach, jakie postawili i gospodarka po kryzysie ma dodatkowe kłopoty z odbudową. Co gorsza po paru latach organizacja pakuje manatki i wszyscy, łącznie z tymi pracownikami, zostają na lodzie.


5. Uchodźcy-wojownicy – według różnych szacunków, ok. 10-20% osób przebywających w obozach dla uchodźców tworzonych przez ONZ to tzw. refugee warriors, uchodźcy wojownicy, albo ich krewni. Takie osoby to zwykle lokalni rebelianci, korzystający z obozów jako schronienia, miejsca dofinansowania oraz rekrutacji. Klasycznym przykładem było tutaj ludobójstwo w Rwandzie – Hutu najpierw dokonali masakry Tutsi, a następnie uciekli, rabując kraj, do sąsiedniej Ugandy, gdzie zostali przedstawieni jako uchodźcy wojenni i uzyskali rozległą pomoc międzynarodową. (Oczywiście wśród uchodźców było też wielu faktycznie przerażonych cywili, często zmuszonych do ucieczki pod groźbą śmierci – Hutu mordowali też „niedostatecznie patriotycznych” Hutu. Nie zmienia to faktu, że w obozach osiedli i rządzili nimi twardą ręką przedstawiciele całego rządu Hutu.)

Uchodźcy-wojownicy często wchodzą też w rolę wymuszających prowizję władz lokalnych, wspomnianych w punkcie trzecim. Ich usunięcie z obozów jest jednak trudne, de facto robią z pozostałych uchodźców żywe tarcze dla swoich działań.


6. Moje Własne NGO, czyli partacze w akcji – tzw. MONGO, My Own NGO, moja własna organizacja pozarządowa, to branżowy termin na mikroorganizacje zakładane przez ludzi pełnych dobrych chęci… I niespecjalnych kompetencji. Ludzie nie mający żadnej wiedzy medycznej decydujący o operacjach medycznych (i zostawiających później pacjentów bez opieki), de facto porywający dzieci do adopcji na zachód (takie dzieci, zwłaszcza okaleczone w widoczny sposób, doskonale wspierają zdobywanie funduszy!), czy np. wysyłając… kombinezony narciarskie w ramach pomocy do krajów tropikalnych. MONGO są doskonałym przykładem, że dobre chęci nie zastąpią kompetencji.


7. Pomoc dla gospodarki własnego kraju – wiele działań pomocowych ze strony rządów jest działaniami pomocowymi tylko na papierze. Większość krajów pomagających – w tym lider w pomocy międzynarodowej, USA – zastrzega sobie bowiem, że znaczna część darowanych środków musi być wydana… na produkty i usługi z USA. Koszmarne pieniądze idą więc na konsultantów (często bezwartościowych – ale stawki typu tysiąc dolarów dziennie są tu absolutnym standardem), albo na zakup rzeczy faktycznie przydatnych, ale wielokrotnie droższych, niż gdyby kupować je w kraju docelowym. W efekcie realna pomoc humanitarna jest wielokrotnie niższa, niż wynika to na papierze.


8. Przekręt Afgański – wiele rejonów kryzysowych jest, delikatnie mówiąc, niebezpiecznych. Organizacje pozarządowe wydają często krocie na ochronę swoich pracowników… A ci i tak rzadko kiedy wyściubiają nosa poza bezpieczniejsze rejony, np. by sprawdzić jak idzie budowa tej szkoły finansowanej przez organizację. Wolą wynająć do tego podwykonawcę… który wynajmuje podwykonawcę… który wynajmuje podwykonawcę… I tak, zanim w ogóle dojdzie do postawienia tej drogi czy szkoły, 50-80% pieniędzy może zniknąć w kosztach operacyjnych kolejnych warstw administracji. Do tego dochodzą też machlojki lokalnych podwykonawców, którzy potrafią np. regularnie fałszować faktury, albo przedstawiać tą samą szkołę jako wynik pięciu różnych projektów różnych organizacji – i zbierać od każdej pieniądze.


Jak widzisz z powyższych punktów, skuteczna pomoc humanitarna jest obciążona ogromnymi wyzwaniami. Część dałoby się zażegnać, gdyby organizacjom udało się współpracować, ale logika wolnego rynku niestety mocno temu przeszkadza. Część wymaga po prostu dobrych działań po stronie samej organizacji – np. przeciwdziałanie przekrętom afgańskim. Część wymaga presji na rządy, tak by wstrzymały się od rabunkowego podejścia do pomocy humanitarnej.

Wszystkie wymagają większej świadomości – i mam nadzieję, że ten artykuł się do niej przyczyni.



Chcesz być bardziej kreatywny? Skuteczniej rozwiązywać problemy? Pomoże Ci w tym e-kurs Techniki Praktycznej Kreatywności - jeden z wielu praktycznych materiałów rozwojowych dostępnych na MindStore.pl!


Jeśli lubisz te materiały, polub i fanpage bloga :)


Podziel się tym tekstem ze znajomymi:
Następny wpis
Poprzedni wpis