Jaką rolę gra szczęście w osiągnięciu sukcesu?

W naszej kulturze, a zwłaszcza w świecie rozwoju osobistego, panuje silny standard sprawiedliwego świata. Działa on szczególnie intensywnie w kontekście sukcesu zawodowego i życiowego. Standard ten każe nam wierzyć, że ludzie osiągają sukces głównie dzięki ciężkiej pracy, pomysłowości, kreatywności. Uczy nas, że ludzie nie osiągają sukcesu, bo są leniwi lub niekompetentni. Nie starają się, nie uczyli się, nie chce im się. Pod spodem jest założenie, że wszystko to rozlicza rynek – bo ludzie dostrzegają jakość i będą na nią stosownie reagowali.

Sam przez długi czas w to wierzyłem. Jednocześnie jednak, jak często podkreślam – jestem sceptykiem naukowym. A to oznacza, że zmieniam zdanie w konfrontacji z faktami. Nie mam innego wyjścia ;)

Na moje zdanie w temacie sukcesu i wysiłku wpłynęło wiele badań. Mogę tu wspominać o badaniach n.t. mobilności społecznej, badaniach Piketty’ego, itp. Ale jest jeden kluczowy eksperyment, którego wyniki dramatycznie zmieniły moje podejście do tematyki sukcesu… Ten wpis będzie właśnie o nim :)

By być fair, chodzi o więcej niż jedno badanie – pierwotna próba była replikowana, w różnych wariantach, zarówno przez oryginalnych autorów, jak i przez inne ekipy. (Np. tu czy tu.) Nie mamy tu więc do czynienia z przypadkowym wynikiem, ale z testami na dużych próbach pokazujących jeden, powtarzalny wzorzec. Namacalną ilustrację roli przypadku w wielkim sukcesie.

Zanim omówimy sobie badanie, myślę, że warto zacząć od pewnego wprowadzenia. Żyjemy w świecie, którego twórcy popularnych teorii ekonomicznych nie mogliby sobie nawet wyobrazić. Podstawy kapitalistycznych idei Adama Smitha powstały w odniesieniu do małych osad w koloniach brytyjskich. Świata rozmiaru twojego osiedla, dzielnicy lub wsi (a często dużo mniejszego). Rozmiar ma zaś ogromne znaczenie.

Jeśli masz w swojej okolicy trzy piekarnie, jesteś w stanie dość szybko ustalić która z nich piecze lepszy chleb i tam go kupować. Parametry chleba takie jak smak czy trwałość poznasz dość szybko, masz też mało lokali do porównania. W takim systemie można faktycznie oczekiwać, że rynek zadziała i piekarnia mająca lepszy chleb zarobi na tym.

Ale załóżmy, że masz kupować np. krzesła w internecie. Masz do wyboru nie jeden, nie dwa, a setki albo i tysiące sklepów. Również towary nie dadzą się tak łatwo porównywać. Wybór lepszego dostawcy robi się trudniejszy, rynek przestaje działać tak dobrze – albo działa z ogromnym opóźnieniem.

Albo załóżmy, że szukasz najlepszego albumu do słuchania w pracy. Masz do wyboru… Nie setki, nie tysiące, a dziesiątki milionów (a nie wiem, czy już nie setki milionów!) Samo przejrzenie tak dużej listy w toku życia staje się czymś niemożliwym – a co dopiero jej przesłuchanie i wybranie najlepszego utworu!

Jednocześnie jednak rynek muzyczny jest jednym z klasycznych przykładów rynków „zwycięzca bierze wszystko”. Takie systemy mają dużą ilość uczestników i bardzo nierówny rozkład korzyści. Górnych kilka promili uczestników spija śmietankę i zgarnia ogromne nagrody. Górnych kilka procent ma jakieś przyzwoite, umożliwiające utrzymanie się dochody. Dolnych dziewięćdziesiąt-kilka procent dostaje ochłapy – albo i nic. Innymi przykładami takich rynków są choćby rynek książek, sportu czy rynek sztuki. Aktor Jim Parsons otrzymuje 900 tysięcy dolarów za każdy odcinek „Teorii Wielkiego Podrywu” – co daje mu jakieś 23 miliony rocznie. Jego kolega z koledżu, występujący w dobrym teatrze w Los Angeles, zarabia około 28 tysięcy dolarów rocznie (a jest to i tak przyzwoita pensja jak na amerykańskiego aktora!). Inny ich kolega, grający na Broadwayu, zarabia 89 tysięcy dolarów rocznie.

Jasne, możemy powiedzieć, że Parsons jest od nich lepszym aktorem. Ale o ile konkretnie? 20%? 50%? Może nawet, niech będzie, 100% lepszy (pamiętajmy, że mowa o wyszkolonych, zawodowych aktorach z bogatym doświadczeniem, więc 100% lepszy jest wielkim osiągnięciem!). Nikt racjonalny nie będzie chyba jednak twierdził, że Parsons jest 820 razy lepszy niż jego kolega z teatru z LA i 250 razy lepszy niż jego kolega z Broadwayu! Różnica w ich pensjach nie jest więc pochodną ich kompetencji, ale właśnie modelu „zwycięzca bierze wszystko” funkcjonującego w tak wielu branżach.



Przerwa na reklamę ;)


Problemem wielu coachów jest brak możliwości skonfrontowania swojej pracy z tym, jak pracują ich inni koledzy po fachu. Sesje Coachingowe: Demonstracja to nagranie 8 sesji coachingowych (oraz 7 krótszych materiałów), pozwalające Ci zobaczyć jak takie sesje wyglądają w praktyce u innych.


Wracamy do artykułu :)



Co to ma wszystko wspólnego z wspomnianym badaniem? Cóż, jest ono fascynujące właśnie dlatego, co w tej kwestii pokazuje. A wskazuje, że „zwycięzcą” w takich modelach wcale nie będą najlepsi. Będą po prostu najwięksi szczęściarze.


14.341 nastolatków dostało okazje wysłuchania, oceny i ewentualnego darmowego pobrania 48 piosenek nieznanych im wcześniej zespołów. Każdą przesłuchaną piosenkę mieli ocenić w skali od 1 do 5, po czym mieli okazję ją pobrać. Jedna z dziewięciu grup – kontrolna – nie widziała przy tym jak często dana piosenka była pobierana. Pozostałe osoby dostawały informacje o ilości pobrań danego utworu przez innych uczestników portalu, przy czym zostały przypisane do jednego z ośmiu „światów” w których oddzielnie liczono pobrania. Eksperyment sprawdzał jak całkowicie przypadkowy czynnik – to, czy ktoś wcześniej akurat dany utwór przesłuchał i pobrał – wpływał na chęć pobrania. Innymi słowy, mieliśmy do czynienia z tzw. dowodem społecznym, ale w warunkach całkowicie losowych.

W każdym z ośmiu „światów” utwory najczęściej pobierane na początku przez innych osiągały największy sukces. Były pewne kryteria jakościowe – naprawdę słabe piosenki nie miały szans na wielki sukces, mimo początkowych pobrań. Dobre piosenki, z biegiem czasu, nadrabiały słabe początkowe pobrania. Nigdy jednak nawet nie zbliżały się do wyników piosenek choćby przeciętnych, ale mających wystarczająco silną początkową popularność.


Efekt ten potwierdziły niezależne replikacje. Potwierdza go też wiele ciekawych eksperymentów naturalnych (np. próby publikacji J.K.Rowling pod pseudonimem, które nawet nie zbliżyły się do sukcesu serii o Potterze).

Sukces na wielką skalę wymaga pewnych minimalnych kompetencji, ale ponad te kompetencje, cała reszta to absolutny przypadek. Swego czasu popularne były próby analizy „czemu Gangnam Style” zyskało taką popularność. O ich porażce świadczy fakt, że żaden inny utwór nawet nie zbliżył się do tego efektu.

Na koniec dnia, Gangnam Style osiągnął taką popularność… bo osiągnął taką popularność. Lub, żeby uniknąć truizmu – bo zaczął osiągać popularność, co napędziło dalszą popularność.

Sukces w branżach „zwycięzca bierze wszystko” sprowadza się w ogromnej większości do czystego przypadku. Ciężka praca, kompetencje, itp. są ważne do spełnienia pewnego minimum, ale powyżej tego poziomu mniej kompetentny i bardziej leniwy może łatwo wygrać z lepszym konkurentem. Bo sprowadza się to do tego, w jakim „świecie” akurat się znajdzie.

Warto wziąć ten eksperyment pod uwagę przy ocenie takich kwestii jak zarobki supergwiazd (sztuki, sportu czy w innych branżach). Jasne, nie jest to tak fajne i przyjemne jak poczucie „jeśli tylko się postaram, osiągnę wielki sukces”. Ale to „jeśli się postaram” jest pewnym złudzeniem. Dającym poczucie kontroli w życiu, jasne – a to przyjemne. Tylko poczucie w dużej mierze złudne.

Ciężką pracą masz przyzwoitą szansę dorobić się przyzwoitego życia jako szef najlepszej piekarni na osiedlu. Jeśli do tego dążysz, wiara w ciężką pracę jest sensowną strategią. (Powoli się to zmienia, ale to temat na inny wpis. Przez jakiś czas jeszcze tą strategią pozostanie.)

Jednak jeśli planujesz być supergwiazdą czy autorem bestselleru na miarę Harry’ego Pottera – weź pod uwagę kwestię czynników losowych. Nie stawiaj wszystkiego na jedną kartę. Jasne, dobre piosenki z czasem nadrabiały straty początkowego braku popularności. Gdybyśmy przenieśli ten eksperyment na realne życie, tacy muzycy po latach zyskaliby wierną publiczność pozwalającą na przyzwoite, może nawet dostatnie życie. Ale zajęłoby to lata i lepiej mieć przez ten czas co do garnka włożyć ;) Inaczej mogliby zerwać z muzyką na długo zanim doczłapałby do nich ten (umiarkowany) sukces.



Chcesz poznać Beyond NLP, ale nie jesteś w stanie wybrać się na kurs? Już teraz na MindStore  przedpłata na e-kurs Beyond NLP w Praktyce. Do premiery (15 czerwca 2017), promocyjna cena w przedpłacie! Pełen program Praktyka Beyond NLP w wersji e-learningowej!


Jeśli lubisz te materiały, polub i fanpage bloga :)


Podziel się tym tekstem ze znajomymi:
Następny wpis
Poprzedni wpis
  • Kuba

    A co z wieloma innymi „deterministycznymi” czynnikami występującymi w prawdziwym świecie, których w eksperymencie nie uwzględniono? Mam tu na myśli rzeczy takie jak: sposób promocji dzieła, chwytliwość nazwiska, seksowność wizerunku, może wręcz umiejętność manipulacji opinią publiczną, itp., itd. Czyż to wszystko nie ma wpływu na „losowość” (choćby i tego początkowego) wyboru publiki, a jest w dużej mierze kwestią właśnie ciężkiej pracy twórcy – tyle że na innych płaszczyznach?

    Notabene, ciekawym tematem byłby podobny wpis, lecz odnoszący się do osiągnięcia sukcesu (dajmy na to finansowego) w zwykłym życiu. Tematyka popularności artystów jest dla większości chyba dość abstrakcyjna, natomiast czy szczęście jest równie krytyczne w bardziej „standardowej” karierze zawodowej?

    • Szum informacyjny. Gdyby te „deterministyczne” czynniki miały wyraźny wpływ, nie byłoby choćby tak wielu popisowych klap filmowych.

      Artyści są tu przykładem, ale w innych branżach mechanizm działa podobnie – czemu zresztą miałby działać inaczej?

      • Kuba

        Ponieważ w pokazanym przez Ciebie przykładzie sukces jest wyborem ludu, który wybiera często „bezmyślnie” (np. na podstawie osiągniętej już popularności – jak podaje eksperyment).

        Wydaje mi się, że w bardziej „odpowiedzialnych” branżach wybór specjalistów jest bardziej świadomy. Np. lekarze – czyżby najlepsi chirurdzy również mieli się wzbić na fali popularności, a nie faktycznej jakości swoich zabiegów? Czy o wyborze najlepszego dostawcy jakichś elementów dla firmy inżynieryjnej nie stanowią jasne kryteria wyboru? Czy ciężej pracujący pracownik nie przebije się wyżej w hierarchii firmy? (Czy awans można uzależnić tak mocno od losowych okoliczności?)

        A czyż ciężej pracujący student (w domyśle – faktycznie o większej wiedzy) nie będzie miał większej szansy na rynku pracy od obiboków?

        • Tak. Nie masz przecież obiektywnego rankingu chirurgów. Wybijają się więc często przypadkiem, np. głośnym klientem.

          Dostawcy rzadko kiedy są wybierani najlepsi, często np. podtrzymywaniu „sprawdzeni umiarkowanie dobrzy”. Albo wybierani bo ktoś kogoś znajomego polecił (słynny case MS-DOS wybranego dzięki lobbingu matki Gatesa, prawniczki zarządu Intela). Ciężej pracujący pracownik często zostanie wręcz zatrzymany w dole – bo bez niego dział siądzie. Itp., itd.

          • Kuba

            Twoje argumenty brzmią sensownie i być może masz rację. Tylko… na ile mogę wierzyć logicznym argumentom? ;) Zastanawiam się, czy ktoś już próbował potwierdzić to badaniami.

          • Prior probability – do czasu znalezienia innych badań, sięgasz do najbliższych. Najbliższe są cytowane w tym arcie :)

  • Już chyba kiedyś o tym wspominałem odnosząc się do sukcesów niektórych przedsięwzięć. W podobnych warunkach rynkowych, podobne produkty czy usługi, oferowane przez różnych przedsiębiorców, w jednych przypadkach okazują się spektakularną klapą, a w drugich cieszą się oszałamiającym sukcesem. Przy czym obiektywnie niewiele je dzieli.

  • Pawel

    28 tys. dobra przyzwoita pensja aktora teatralnego w USA, jeszcze w LA? Całkowicie mnie rozłożyłeś w tym momencie. Przecież to zaledwie 2,3 tys/miesiąc.

    • To z tego co patrzyłem to i tak dość dużo.

  • Pavel K.

    Przykładów tego, że rynek nie „wybiera” tego co wartościowe można mnożyć w nieskończoność:
    1. muzyka disco polo – wszyscy narzekają, że jest słaba, a jednak sprzedaje się dobrze. Porównanie wynagrodzenia przeciętnego muzyka disco polo i muzyka grającego w filharmonii wypada zdecydowanie na korzyść tego pierwszego.
    2. sukces „50 twarzy Greya” – książki bez polotu i napisanej kiepskim językiem. Nawet rozpatrując półkę erotycznych romansów, jest mnóstwo powieści napisanych lepiej, w tym również takich z wątkami bdsm.
    3. sukces Gadu-Gadu – w epoce komunikatorów było mnóstwo lepszych aplikacji, np. Jabber. Jednak wszyscy używali GG, bo… wszyscy używali GG. Tu zresztą też można by było zrobić listę technologii IT, których się używa, bo są popularne, chociaż wcale nie najlepsze.

    • Z Grey’em jest jeszcze zabawniej. To był pierwotnie erotyczny fanfic (opowiadanie fanowskie) do „Zmierzchu”, Grey nazywał się Edward, a dziewczyna to była Bella ;) Fanfic zdobył dużą popularność, ale agenci Meyers zaprotestowali przeciwko erotycznemu fanficowi… Więc Snapdragon Icequeen (czy jakaś taka ksywka autorki) zmieniła ociupinkę fabułę, zachowując 99% treści, zmieniła nazwiska i wyszło „50 twarzy greya” ;)

  • kukłazdodanątwarzą

    Co ten artykuł niby ma uświadomić czytelnikowi?
    Nie warto pracować nad sobą? Nie warto się starać?

    • „Ciężką pracą masz przyzwoitą szansę dorobić się przyzwoitego życia jako szef najlepszej piekarni na osiedlu. Jeśli do tego dążysz, wiara w ciężką pracę jest sensowną strategią. (Powoli się to zmienia, ale to temat na inny wpis. Przez jakiś czas jeszcze tą strategią pozostanie.)

      Jednak jeśli planujesz być supergwiazdą czy autorem bestselleru na miarę Harry’ego Pottera – weź pod uwagę kwestię czynników losowych. Nie stawiaj wszystkiego na jedną kartę.”

    • Zdzisiu

      Albo, że jak chcesz się dorobić, musisz jako pierwszy zapełniać nowe rynki, a stare olać. Google wyczaiło nowy rynek na system operacyjny dla smartphone’ów przed Microsoftem i teraz większość z nas ma Androida a nie Windowsa. Jak umiesz wyniuchać zmiany i nowe rynki, masz dużo okazji do postawienia własnego molocha (pod warunkiem, że będziesz oferował produkty co najmniej przeciętne).

      • Windows Mobile SE był w… 2003. (Sam miałem na komórce :D) Google kupiło licencje na Androida w… 2005, a wypuścił na rynek w 2007. Więc nie, Google nie wyczaiło nowego rynku przed Microsoftem. Google po prostu stworzył kartel dość sprawnie plus miał też szczęście plus akurat google jest w stanie faktycznie manipulować popularnością dzięki przeglądarce.

        • Zdzisiu

          Uuups, nie wiedziałem. Tak to jest jak pierwszego smartphon’e zdobyło się w 2012 roku. I to jeszcze jakiegoś budżetowego Samsunga z autorskim BadaOS.

          • To akurat dość popularny wzorzec na rynku. Facebook nie był pierwszym portalem społecznościowym z podobną funkcjonalnością. Google nie był pierwszą wyszukiwarką. Itp. itd.

  • rr

    (Powoli się to zmienia, ale to temat na inny wpis. Przez jakiś czas jeszcze tą strategią pozostanie.)

    Mogłbyś to rozwinąc, chodzi ci o youtuberow, blogerow i ludzi, ktorzy niekoniecznie cieżko pracują tyko probuja swoich sił w różnych niszach? na rzecz bardzo skrupulatnych studentow?

    • Nie, chodzi mi o to, że wiele wskazuje na to, że – jeśli trendy gospodarczo-społeczne się nie zmienią, za 30-50 lat cieżką pracą dojdziesz nie do zamożności, a do przyzwoitej egzystencji, w najlepszym razie.