Jak zaczynałem w coachingu – i co radziłbym początkującym dzisiaj? Cz. 1

Co jakiś czas spotykam się na różnych grupach coachingowych z pytaniami o to jak inni zaczynali i na co warto zwrócić uwagę na starcie. Byłem przekonany, że mam tego typu wpis tutaj na blogu, ale ponieważ nijak nie jestem w stanie go odnaleźć, pomyślałem, że warto by parę słów na ten temat napisać ;)

Swoją drogą, pisząc artykuł zdałem sobie sprawę czemu byłem tak pewny, że już o tym pisałem. Po prostu to temat, który porusza bardzo wiele osób w przerwach na szkoleniach, itp. i mówiłem o tym tak często, że zmieniło się to w mojej głowie w zrobiony wpis ;) Cóż, czas ten wpis napisać. Dzieki temu, parafrazując Neila Gaimana, to nie tak, że się myliłem. Po prostu byłem nieprecyzyjny chronologicznie ;) Oto więc moja historia ;)

Czyli banzai! I do przodu :)

Moje pierwsze zainteresowanie tematyką rozwoju, jak przystało na licealnego szczyla, wiazało się z zainteresowaniem wpływem i manipulacją. Dość szybko odbiłem się jednak od pierwotnych, prymitywnych stron w temacie.

Po drodze trafiłem do pierwszej pracy w redukcji szkód, dorosłem nieco  i ogólnie parę priorytetów mi się w życiu poprzestawiało. (Po drodze trafiłem też na psychologię, choć nie z jakiegoś szczególnego powołania – po prostu z dostępnych opcji ta wydawała się najciekawsza. Miałem też starszego brata, który lata wcześniej „przecierał szlaki” na MISH z magisterium-i doktoratem – z psychologii właśnie.)

Gdy więc po latach, gdzieś koło drugiego roku studiów, znów napotkałem tematykę NLP, hipnozy, itp. nie byłem już tak wkręcony we wredną manipulację itp. Interesowało mnie to bardziej całościowo, jako coś czym warto się zająć. Dużo zrobiła w tym kierunku grupa rozwojowa na Gronie (pamięta ktoś jeszcze ten portal?) założona przez Michała Jankowiaka. To pod jej wpływem wybrałem się na swojeg pierwszego Praktyka NLP, wówczas prowadzonego przez Grzegorza Halkiewa. (Do niedawna promowanego przez Michała, na tamtym etapie już nie – jak z czasem odkryłem, takie zrywanie relacji  biznesowych było dość silnym trendem u Grzegorza.) Z perspektywy wspominam tamto szkolenie – i parę kolejnych, które robiłem u Halkiewa – mocno krytycznie, ale wtedy mocno się wkręciłem. (Inna sprawa, że z tamtego szkolenia została mi jedna przyjaźń faktycznie na lata i to jeden powód, dla którego było warto się na nie wybrać.)

U Halkiewa (oraz jego innego krótkoterminowego partnera biznesowego, Janusza Gołyńskiego) zrobiłem wtedy kilka różnych szkoleń. (Łącznie ze szkoleniem z hipnozy zakończonym chodzeniem po rozżarzonych węglach, które było tak spaprane, że kulałem potem dwa tygodnie po dość mocnym poparzeniu.) Jednocześnie nawiązałem bliższą znajomość z Michałem Jankowiakiem i jego kręgiem. Pod jego wpływem zainteresowałem się ezoteryką, czy środowiskiem NLP Polska. Te wszystkie szkolenia sporo kosztowały, ale pracowałem wtedy na kontrakcie w brytyjskiej pozarządówce w Polsce i dostawałem pensję kiepską jak na UK, ale cudowną jak na nasze krajowe warunki – co też ułatwiało decyzję o kolejnych szkoleniach. W tamtych czasach byłem niesamowicie zaangażowany w całą tematykę – od ezoteryki, przez rozwój osobisty po hipnozę. Masa szkoleń, ale też ogromna ilość czasu poświęcanego na zgłębianie samemu różnych materiałów, książek, stron www, płytek z kursami, itp. O bieganiu po korytarzach wydziału z wahadełkiem czy medytowaniu pod drzewem nie wspominając ;) (No, ja nie wspominam. Przyjaciele z psychologii do dziś mi o to docinają przy piwie :P )

To zaangażowanie – i ten przydługi wstęp, tak przy okazji – zaowocowało jednak decyzją o zostaniu coachem. A było to tak… Sytuacja: na moim drugim Praktyku NLP (tym razem u Grzesiaka, dostałem go za dużą aktywność na forum, choć obstawiam, że zakup paru innych szkoleń, np. Erica Robbie też pomógł). Dostaliśmy do wykonania ćwiczenie, bodajże ichniejszą wersję podwójnej dysocjacji, albo coś w tym stylu. Dziewczyna z którą ćwiczyłem nie była w stanie wykonać zadania – uruchamiała się jej jakaś silna reakcja fobiczna na samo wyobrażenie sytuacji. Oczywiście nadzoru trenera brak – przy tej ilości ludzi nie powinno to być zaskoczeniem – więc wymyśliłem sobie, że spróbuję technikę, którą niedawno przerabiałem przy okazji samokształcenia. (Konkretniej, „Sanktuarium” Grindera, formę systematycznej desynsetyzacji.) Mój pomysł zadziałał, udało się przerobić cały problem i go rozwiązać. (Gdy następnego dnia pochwaliłem się trenerowi, dostałem opierdol. Nie, nie za zastosowanie potencjalnie niebezpiecznej techniki bez nadzoru trenerskiego. Za to, że koncentruje się na tym co mi wyszło wczoraj, zamiast szukać czegoś, co mi wyjdzie dzisiaj. Ehh, jakie rzeczy wtedy człowiek przełykał bez popitki ;) )


I to było, cóż, fajne. Nawet bardzo fajne Tzn. nie zjebka trenera, ale fakt, że byłem w stanie napotkać problem wychodzący mocno ponad poziom szkolenia, wykorzystać wiedzę, którą miałem z innych źródeł, znaleźć i wdrożyć skutecznie rozwiązanie. Było to naprawdę strasznie satysfakcjonujące. Chciałem więcej :)

(Z perspektywy było to też strasznym fartem. Nie miałem pojęcia co robiłem, „rzucałem gównem o ścianę” jak to opisuje jeden z moich znajomych. No wiesz, „rzuć dostatecznie dużą ilością, a coś się może przyklei na dłużej.” Miałem ogromne szczęście, że narzędzie które dobrałem pomogło, że nie wywołało żadnych problemów, że nie skrzywdziłem osoby na której wtedy de facto eksperymentowałem – wydaje mi się, że z jej zgodą, ale pamięć może mi tu płatać figle. Plus pytanie na ile ogólny klimat „uuuurrraaa, jesteśmy na szkoleniu rozwojowym” wpływał na dobrowolność takiej zgody.)


Zacząłem więc powoli myśleć, żeby zostać coachem. Dalej się szkoliłem i chodziłem na wiele kursów, ale teraz trochę częściej wybierałem je pod kątem ewentualnej pracy terapeutyczno-coachingowej. Zacząłem też powoli poszukiwać klientów do pracy gratis, dla zdobycia doświadczenia. Wyglądało to zwykle tak, że spotykaliśmy się w kawiarni, ta osoba płaciła za napoje, a w zamian miała sesję. Z częścią tych osób pracowałem też online, zwykle z wykorzystaniem Gadu-Gadu (znów, pamięta ktoś to coś? :D Taki Facetime zanim był Facebook). (Tak, tak, pamiętam też ICQ. Nawet IRCa. Stary jestem. Albo nerdem. Albo starym nerdem :P )

Pracowałem tak dłuższą chwilę. Szczerze przyznam, że już nawet nie pamiętam, czy był to rok, półtora, czy dwa lata. Wydaje mi się, że dwa, ale pamięć może w takich kwestiach płatać spore figle, a „ryba rośnie w miarę powtarzania opowieści”. Faktem jest, że dużo się wtedy nauczyłem (klienci „z ulicy” reagują jednak zupełnie inaczej, niż współkursanci na szkoleniu).

Musze też powiedzieć, że klientów z tego okresu pamiętam dużo wyraźniej, niż tych, z którym pracowałem przez kolejnych dziesięć lat. (To jeden z powodów, dla których nie napisałem jeszcze „Opowieści Zmieniacza 2”, choć od dawna noszę się z tym pomysłem.) W zasadzie każda z tych pierwszych sesji była czymś nowym, rozwijającym i nieoczekiwanym. Im więcej doświadczenia zyskiwałem, tym bardziej klienci z podobnymi problemami zaczynają się zlewać w jedno wspomnienie, tak, że przez kolejne lata wyróżnia mi się tylko kilka osób. Z jednej strony to fajnie – ułatwia skuteczną pracę, bo znasz wzorce problemu. Z drugiej jednak strony, brakuje ciekawych historii i anegdot z praktyki ;)


Jakby nie było, po kilkunastu miesiącach takiej pracy za darmo trafił się klient, który uparł się, by mi zapłacić, tak był zadowolony z naszej pracy.

Ja, bardzo przytomnie i mądrze… czytaj: jak ostatni kretyn – stwierdziłem, że może jest to dobry moment na założenie własnej firmy, na podstawie tego jednego zlecenia. Fakt, był to moment gdy trochę szukałem co ze sobą zrobić. Moja współpraca z pozarządówką dobiegała końcowi (firma wychodziła z Polski, a ja nie za bardzo mogłem wyjść za nią, bo chciałem jeszcze skończyć studia.) Studiowałem dziennie, co prawda z dość elastycznym harmonogramem, ale jednak nie pasującym do normalnej pracy etatowej. Kariera coachingowa wydawała się atrakcyjną opcją. tym bardziej, że miałem nieco oszczędności z mojej dotychczasowej pracy, na pierwsze trudniejsze miesiące. Tym niemniej, gdybym trochę pomyślał, to spróbowałbym puścić tą zapłatę przez znajomą firmę, zrobić umowę zlecenie (czy to z tym klientem, czy z tamtą firmą), albo w inny sposób wymyślić coś, co nie wymagałoby od razu zakładania firmy.

Tym bardziej, że była to moja druga firma i brakowało mi czterech miesięcy do „wyczyszczenia się” podstaw do niższego ZUS. Urzędniczka lojalnie mnie o tym uprzedziła. Z wrodzoną skromnością i skrajnym brakiem jakiejkolwiek arogancji stwierdziłem, że jeśli nie zarobię przez te cztery miesiące na ten zus, to nie ma co otwierać firmy. Mądrość, logika i długowalowe przewidywanie, jak widzisz, wręcz po mnie wtedy spływały.

Bleh, wciaż mnie wstrząsa na myśl o tym, jak byłem wtedy głupi. Podatek od tej głupoty wszelako zapłaciłem, w sumie pewnie z 10 tysięcy „zbędnego” ZUS. Więc wiecie, jeśli kogoś punktuję za głupoty i odloty, to mam jak najbardziej świadomość, że bynajmniej nie jestem lepszy, tylko w innych tematach mi trafiło na mózg :P


No ale słowo się rzekło, dusza zaprzedana trzem różnym demonom na raz, jestem coachem. Postawiłem stronę, własnoręcznie, na Joomli (czego nauczyłem się podczas pracy w pozarządówce), wypełniłem ją masą treści.  Jestem coachem. Zarobiłem na coachingu pierwsze pieniądze.

A potem nic. I nic.

Naprawdę dobrze, że miałem te oszczędności, bo pierwsze miesiące były po prostu bardzo słabe. Z czasem – aktywnością w mediach społecznościowych i na forach, artykułami na stronie (to było jeszcze zanim założyłem bloga), aktywnością na lokalnych spotkaniach rozwojowych, ogólnie wysoką widocznością – udało mi się jednak zacząć umawiać pierwszych klientów.

Sam z tamtych lat najmilej wspominam środowisko rozwojowe zorganizowane wokół Michała. Zawsze miał do tego ogromną smykałkę, doskonale angażował ludzi bez wywyższani się nad nich. Kluby rozwojowe kończące posiadówkami w kebabie do białego rana będę zawsze pamiętał. (Na parę zajęć na psychologii, które w związku z tymi posiadówkami zignorowałem litościwie spuśćmy zasłonę milczenia ;) ) Nieco moich pierwszych klientów było zresztą z tego posiadówkowego środowiska, stąd również o tym wspominam.



Przerwa na reklamę ;)


Potrzebujesz więcej motywacji do działania? A może potrzebujesz więcej, potrzebujesz determinacji? E-kurs Determinacja w Działaniu na MindStore to rozwiązanie dla Ciebie. 26 lekcji VOD wypełnionych skondensowaną wiedzą i praktycznymi rozwiązaniami. Bo Twój czas jest za cenny na lanie wody!


Wracamy do artykułu :)



Przez pierwsze lata pracowałem „na efekt” – ustalaliśmy wynik do którego dążyliśmy, klient płacił po jego osiągnieciu. Było to kiepskie zarówno dlatego, że w sumie zgadzałem się na dość niskie stawki „za efekt”, jak i dlatego, że sama praca w tej formie była po prostu mniej wydajna. Klienci się po prostu, mówiąc brutalnie, obijali. Ignorowali jakąkolwiek pracę domową, bo i czemu mieliby ją robić, skoro mogą zawsze zrobić to samo na kolejnej, „darmowej” sesji. (Darmowej dla nich – spotykaliśmy się wtedy zwykle wciąż w wybranych kawiarniach, teraz ja płaciłem za napoje, wiec de facto dopłacałem do każdej kolejnej.) Do tego dochodziły kwestie typu nie ujawnianie kluczowych informacji nt. naszej pracy. (Np. klient-schizofrenik na lekach antypsychotycznych, pragnący mieć równie barwne i żywe wyobrażenia jak kiedyś – jak się później okazało, „jak przed przyjmowaniem leków”.) Odetchnąłem z ulgą, gdy przeszedłem na prace od godziny (i to dość drogiej godziny, dwugodzinna sesja kosztowała wtedy 600 zł, a 8h 1800). Co ciekawe, moja skuteczność po tej decyzji drastycznie wzrosła. Po części to pewnie kwestia automatycznej poprawy autoselekcji klientów, po części zdecydowanego wzrostu ich zaangażowania. Wcześniej pracę domową mniej lub bardziej robiły 3 osoby na 10. Po tej zmianie – 9 na 10, a dziesiąta była zwykle finansowana przez szefa, współmałżonka, itp.

Skąd wzięło się to robienie na efekt? Trochę z opowieści innych coachów na forach z tamtego czasu, trochę od Andrzeja Setmana, który w tamtym czasie był dla mnie sporym wzorem. Zapisałem się nawet do niego na mentoring w zakresie usprawnienia mojego biznesu coachingowego. Takich efektów nie dał, choć skorzystałem w innych kontekstach, bardziej psychoterapeutycznie. Do dziś mam nieco mieszane uczucia czy dobrze zrobiłem – była to praca na efekt – że zapłaciłem mu wtedy pełną ustaloną stawkę. Z jednej strony wiele mi ta praca dała, z drugiej – zupełnie nie z obszaru na który się umawialiśmy i za który płaciłem. Koniec końców wygrał chyba jakiś konformizm i niechęć do narażenia tamtej relacji. Co jest o tyle ironiczne, że relacja i tak się niedługo potem rozpadła – jak dla mnie Andrzeja zbyt ciężko było wyciągnąć z roli terapeuty by mieć z nim normalna znajomość.


Po kolejnym roku czy dwóch przestałem przyjmować klientów w kawiarni. W dużej mierze było to połączenie czynników. Z jednej strony przeniosłem się już wtedy do mojej  ówczesnej dziewczyny (obecnie żony), moja kawalerka stała pusta. Z drugiej, zbitka sytuacji, gdy to miejsce jednak przeszkadzało skuteczności sesji. Choć wybierałem lokal, który normalnie dawał dużo prywatności (nieodżałowane Bla-Bla za Novotelem, w 2017 w końcu po wielu latach padło… ), to i tak czasem zdarzały się sesje gdy o prywatność było trudno. Gdy do tego trafiłem na sesję z bardzo silną reakcją klienta – po prostu się popłakał jak bóbr – stwierdziłem, że potrzebuję czegoś bardziej prywatnego.

Padło na kawalerkę, którą przez kolejnych parę lat używałem jako gabinet coachingowy, miejsce do prywatnej pracy i mikrosalkę szkoleniową. Ekonomicznie nie było to być może najlepsze rozwiazanie, choć na pewno pod wieloma względami było wygodne. Po latach w końcu wynająłem lokal jako mieszkanie, a sam przechodzę między najmowaniem sal na godziny i długoterminowym najmem lokalu – w zależności od potrzeb.


Problem z opiniami, polecaniami, itp. jest zwykle taki, że najbardziej Ci ich brakuje na początku, gdy o nie najtrudniej. Z czasem potrzebujesz ich coraz mniej i mniej i wtedy zaczyna być o nie coraz łatwiej. Tak też wspominam tamten okres. Każda nowa była powodem do świętowania. Bolała każda usuwana (bo np. ktoś nie chciał, by przyszłym pracodawcom jego imię i nazwisko wyskakiwało przede wszystkim w kontekście opinii u coacha). Zbyt wiele osób bało się ujawnić, że było u coacha, zbyt tożsame to było z byciem u psychologa. Stopniowo jednak przybywało też opinii. Faktem jest, że umieszczałem każdą opinię od klienta, także te umiarkowane (nikt nigdy nie zaproponował negatywnej, też bym umieścił). Z mojej perspektywy dodawało to wiarygodności.

No, jedna rzecz, której dziś bym nie robił (ale wtedy była dość popularna w branży i powiedzmy sobie szczerze, dużo moich działań marketingowych polegało na małpowaniu innych stron), to opinie „od znajomych trenerów”, ludzi, którzy nie byli u mnie na szkoleniach czy coachingach, ale polecali mnie po znajomości. Sam takich udzielałem, sam takie dostawałem – po latach mocno się naszukałem tak usuwając tego typu opinie u siebie, jak i prosząc o ich usunięcie u osób, którym je dałem.


Z czasem firma rosła. Dodawałem kolejne „nogi” – organizacja szkoleń trenerów z zachodu, nagrania kursów, własne szkolenia, książki, itp. Dawało to miejsce na oddech w sytuacjach, gdy akurat coachingu było mniej. Przez długie lata był on i tak moim głównym źródłem utrzymania (dopiero kilka temu zastąpiły go na tym miejscu szkolenia), ale źródłem na tyle niestabilnym, że te dodatkowe działalności zdecydowanie ułatwiały stabilne funkcjonowanie.  Na pewno bez nich byłoby trudniej – choć czy moja firma przetrwałaby, po prostu skromniej na samym coachingu, tego po prostu nie wiem. Cieszę się, że nie musiałem opierać się tylko na tej opcji i sprawdzać.

Dziś coaching, w zależności od roku, stanowi między 20 a 30% moich dochodów. Zmienił się też trochę typ klienta, dużo więcej osób decyduje się na długoterminowe pakiety (co mi przypomina, że muszę je nieco pozmieniać ;) ).  Nie byłoby mnie jednak tu gdzie jestem, gdyby nie te pierwsze lata jako coach. Zapewne byłbym zamiast tego jakimś korpotrybikiem, względnie od lat siedział w jakimś NGO w UK.


To co na pewno mi pomogło, to fakt, że pojawiłem się na rynku dość wcześnie i długo byłem na nim widoczny. (To jeden z powodów, dla których, mimo  postępującego szwankowania Joomli, długo wahałem się ze zmianą strony coachingowej na WordPressa. Po prostu zmiana była na tyle drastyczna, że musiała się negatywnie odbić na fajnym pozycjonowaniu i nie tylko.) Bezdyskusyjnie miałem też po prostu sporo szczęścia (a już na pewno więcej niż rozumu), choć nieco wytrwałości i uporu również się przydało. Pomogło jasne ustalenie specjalizacji na początku pracy (pewność siebie i odkochanie – wynik tego, że pierwsi darmowi klienci przychodzili głownie z tymi rzeczami), choć w rzeczywistości przyjmowałem klientów z bardzo różnych obszarów. (Jeśli wszelako miałem wątpliwości, to pracowałem z klientem pod nadzorem superwizyjnym albo przekierowywałem do kogoś innego.)

I tak wyglądały moje początki. Zaczęło się od mieszanki dużego zaangażowania, braku kierunku i ogromnego łutu szczęścia. Przez lata nieco udawało mi się nadawać lepiej kierunek, tym samym uniezależniając się odrobinę od szczęścia (choć i tak miałem go bardzo dużo przez ten cały czas), równolegle angażując się sporo, choć już w zdrowszych i bardziej produktywnych tematach. Tak oto dotarłem do chwili obcnej. W drugiej części wpisu podzielę się kilkoma moimi wnioskami, przemyśleniami i sugestiami dla początkujących coachów ;)



Praktyk Beyond NLP - skoncentrowana dawka rozwojowej wiedzy i praktycznych umiejętności. Komunikacja, inteligencja emocjonalna, perswazja, zarządzanie czasem, organizacja czasu. To wszystko i dużo więcej- już 17-25 marca 2018!

 


Jeśli lubisz te materiały, polub i fanpage bloga :)



Podziel się tym tekstem ze znajomymi:
Następny wpis
Poprzedni wpis
  • Robert Wachela

    Mialaby sens np taka retrospekcja, co udało Ci się osiągnąć poprzez rozwój osobisty w umiejętnościach miękkich? Co sprawiło Ci największy problem? Czego najtrudniej było się nauczyć? Nauka czego była najprzyjemniejsza, a co najchętniej przeklinales? Może inni maja jeszcze jakieś propozycje. PS ciekawy wpis, pokazujący, ile tak naprawdę trzeba włożyć pracy w byciu ekspertem i ile musi być sprzyjających sytuacji, żeby przebrnąć dalej.

    • Co największy problem – możliwe.
      Czego najtrudniej się nauczyć, a czego najprzyjemniej? Podobnie. Tylko nie mam pojęcia na ile to uogólnialne w ogóle dla innych.

      Co udało mi się osiągnać przez rozwój osobisty? Tu już odmawiam odpowiedzi, przynajmniej w tej formie. Mogę napisać jaki kiedys byłem i jaki jestem teraz. Ale ile z tego to konsekwencja rozwoju osobistego, ile zwykłego dorastania, ile małżeństwa i wpływu żony, ile wpływu przyjaciół, itp? Tego nie sposób wyizolować sensownie i nie chcę bajdurzyć.

  • Pavel K.

    Właśnie, największy problem z Twoim blogiem jest taki, że szalenie trudno odnaleźć stare wpisy, a masz tutaj wiele wartościowych artykułów. Czasem przy okazji różnych dyskusji chciałbym sobie coś odświeżyć, gdy pamiętam, że o tym pisałeś, a tu lipa. Nie da się znaleźć. Nie myślałeś, żeby zrobić jakiś system tagów? Przynajmniej do nowych wpisów.

    • Mam odważny plan przejścia przez tych 1064 posty i dopisania do każdego tagów.

      To tak odważny plan, że aż mnie przeraża i na razie nie próbuję go nawet wcielić w życie :D

      • Zdzisiu

        Może sam nie musisz robić wszystkiego? Może jakbyś poprosił czytelników, to znalazłoby się kilku, którzy by przejechali np. po dwadzieścia postów i wypisali do każdego tagi w excelu. A Ty byś potem je po prostu sukcesywnie wklejał do postów?

        Nie powiem, żeby mi się chciało, ale mógłbym przerobić 20.

    • Konrad

      Popieram :-)

  • Zdzisiu

    Przez opisanie swoich odpałów z ezoteryką czy „romansu” z Grzesiakiem i swojego lekkomyślnego podejścia, dostałeś +100 do człowieczeństwa w moich oczach ;P

    • Jest więcej artow typu moje błędy na blogu ;) jak coś spapralem
      to chociaż może z tego być coś dobrego.

  • Emilia

    Panie Arturze, gmeram po necie, bo przygotowuję swoją stronę (mediacje, coaching itp) i chcę dać znać, że jestem zbudowana po lekturze Pana artykułu! Chyba po raz pierwszy dowiedziałam się od osoby odnoszącej sukces, że łut szczęścia odegrał swoją rolę. A nie że „przestań jęczeć – weź się wreszcie do roboty”, „wszystko w twoich rękach” itp. Z przyjemnością nabieram przyspieszenia:)

    • Łatwo jest przeceniać swoją sprawczość – to naturalna ludzka cecha. Było takie fajne badanie – ludzie grali w Monopol, ale jeden z graczy dostawał absurdalne bonusy – rzucał dodatkową kością, dostawał 2x tyle pieniędzy za przejście przez start i na początku gry dostawał też dużo więcej kasy. Zawsze ten gracz wygrywał. Pytany o przyczyny sukcesu nigdy nie wskazywał na faworyzujące go reguły – zawsze znajdywał uzasadnienie czemu tak dobrze mu wyszło w swoich kompetencjach, dobrych decyzjach, itp.