Wielokrotnie w ostatnich czasach zdarzało mi się brać udział w gównoburzach dyskusjach w gronie trenerskim n.t. praw intelektualnych. Dyskusje te były tym bardziej barwne, że akurat w branży trenerskiej główne „produkty” -programy szkoleniowe czy ćwiczenia – nie podlegają prawom autorskim nigdzie na świecie. (Podlegają im dzieła, ale program szkolenia czy ćwiczenia dziełami nie są. Co innego np. opisana fabuła ćwiczenia – to już prawom autorskim podlega.)

W takich dyskusjach padało wiele emocjonalnych haseł, ale rzadko kiedy przyglądano się samej kwestii praw autorskich, ich – dość ograniczonej – historii, ograniczeniom oraz możliwościom. Pomyślałem więc, że to dobry temat na bloga :)

Szybkie zastrzeżenie na początek. To luźny artykuł, więc dla wygody będę tutaj używał terminów prawa autorskie, prawa (własności) intelektualne(j) i prawa patentowe zamiennie – przy świadomości, że legalnie są to nieco inne kwestie. W żadnym z poruszonych elementów argumentacji rozróżnienie to nie po prostu ma większego znaczenia, a milej jest czytać odmieniane terminy.


Dziś traktujemy prawo autorskie jako coś oczywistego, coś co zawsze tam było. Warto jednak pamiętać, że w rzeczywistości jest to rozwiązanie nie tylko stosunkowo świeże, ale i bardzo nierówno wprowadzane. To, czy konkretne obszary wiedzy czy kultury podlegały ochronie prawnej i jaki był zakres tej ochrony, było bardzo płynne i wprowadzane w różnych państwach w różnych okresach. Często pod wpływem silnego lobbingu biznesowego, przy okazji przepychania różnych traktatów handlowych. Nie jest to więc jakieś prawo absolutne i niezbywalne, czy coś nierozrywalne związanego z naszym systemem prawnym (jak np. koncepcja praw własności czy prawa nie działającego wstecz). Decyzja o tym, że dany obszar będzie chroniony prawnie była decyzją polityczną – choć dziś zwykle dyskutuje się o tych prawach w kategorii etyki. Nie są one jednak bezpośrednio wywiedzione z żadnego powszechnego systemu etycznego.

Podkreślam te kwestie, gdyż odwołania do tradycji czy etyki bardzo często pojawiają się w dyskusjach o prawach autorskich, dodając im zbędnej emocjonalności i zaciemniając obraz całości.


No dobrze, po tym krótkim podsumowaniu, spróbujmy przejrzeć argumenty „Za”, „Przeciw” oraz „Niejasne” w kategoriach praw autorskich. Na koniec postaram się trochę podsumować całość i przedstawić moje prywatne zdanie w temacie.


Za:

– Zacznijmy od oczywistej oczywistości ;) Jestem autorem. Napisałem wiele książek, sporo ponad tysiąc artykułów popularnych, kilkanaście (może -dziesiąt) artykułów do pism i gazet. Przygotowałem kilkadziesiąt e-kursów, zaprojektowałem kilkadziesiąt szkoleń. To wszystko praca i fakt, że za tą pracę mniej lub bardziej bezpośrednio zarabiam zdecydowanie sprzyja jej wykonywaniu. Bez praw intelektualnych przynajmniej część mojej pracy wyglądałaby inaczej. (Przy czym nie wiem, czy byłoby jej mniej, czy też byłaby inna w formie, np. trudniejsza do skopiowania.) W każdym razie czynnik finansowy na pewno jest silnym motywatorem dla autorów. Choć był nim, dla pełnego obrazu, też przed wprowadzenie praw autorskich i również wtedy ludzie tworzyli wartościowe dzieła.


– Łamanie praw autorskich może prowadzić do strat producentów, tym samym zmniejszając ich chęć produkcji. Choć wyliczenia stowarzyszeń broniących praw producentów bywają absurdalne (np. licząc rynkową cenę każdej nielegalnie pobranej piosenki tak, jakby brak pobrania gwarantował jej sprzedaż temu samemu klientowi), to w jednym konkretnym przypadku – wysokobudżetowe filmy kinowe – można faktycznie stwierdzić, że piractwo zmniejsza ilość legalnie oglądanych filmów, co przekłada się na realne straty dla producentów.


– Prawa autorskie mają w założeniu chronić pracę wykonaną przez autorów, która to praca jest sama w sobie wartością w niektórych systemach etycznych. (Np. protestanckim.)


– Jest to już pewna tradycja, status quo i jego zmiana powinna być w jakiś sposób uzasadniona.


– O ile niektórzy autorzy mają możliwości dodatkowego zarobku w momencie łamania ich praw (muzycy mogą dawać koncerty na żywo i na nich zarabiać; fotografowie mogą liczyć na kontrakty reklamowe gdy ktoś zobaczy nielegalną kopię ich zdjęcia wiszącą w salonie kumpla, itp.), o tyle wielu autorów nie ma możliwości takiego dorobku i żyją tylko ze sprzedaży tworów swojego umysłu. Kopiując takie twory bez stosownej opłaty przyczyniamy się do pogorszenia ich jakości życia.


Przeciw:

– Prawa patentowe bywają potwornie nadużywane, w sposób krzywdzący ludzi. Przykładem jest tu np. niedawna sytuacja w której Valent Pharmaceuticals kupiło prawa do Daraprimu, leku używanego w terapii AIDS i z dnia na dzień podniosła jego cenę z 13.50 do 750. Nie, tam nie zabrakło kropki, to nie był skok z 13.50 na 75.00, co już byłoby ogromnym wzrostem kosztów dla chorych. To był skok z trzynastu dolarów na siedemset pięćdziesiąt. 5000% Dodajmy, że koszt produkcji leku to 1 dolar, więc nawet przy normalnej cenie firma zarabiała całkiem przyzwoicie.


– Prawa autorskie bywają używane do zmuszania obywateli do ponownego zapłacenia za coś, na co już wyłożyli pieniądze. Np. większość badań naukowych finansowana jest przez podatników. Badania te są następnie publikowane w pismach naukowych, z których większość znajduje się za tzw. paywallem, czyli wymaga opłaty za skorzystanie. Pisma te nie płacą autorom badań, rzadko kiedy płacą recenzentom publikowanych prac, więc poza początkowym kosztem popularyzacji pisma jest to w zasadzie czysty zysk. A podatnik płaci dwa razy – raz za badania, raz za dostęp do ich wyników (czy to osobiście, czy np. znów z podatków idących do uniwersytetu, który kupuje dostęp do tych badań do swojej biblioteki).


– Prawa autorskie mogą potencjalnie prowadzić do zmniejszenia, zamiast zwiększenia zysków. Raport Komisji Europejskiej z 2015 roku pokazuje, że „piractwo” intelektualne nie tylko nie zmniejsza zysków firm, ale może wręcz zwiększać sprzedaż, konkretnie w przypadku gier komputerowych. Wnioski te pokrywają się z innym raportem, dotyczącym muzyki, który wskazywał, że osoby pobierające najwięcej pirackich utworów jednocześnie kupowały najwięcej legalnych płyt z muzyką. Jedyny obszar, w którym piractwo wydaje się faktycznie realnie zmniejszać zyski firm, to wysokobudżetowe filmy. W tym zakresie faktycznie mamy ok. 40% efekt (na każdych 10 nielegalnie obejrzanych filmów, 4 mniej zostaje obejrzanych legalnie). Pikanterii dodaje sprawie fakt, że raport ten prawdopodobnie próbowano utajnić, gdy wnioski z niego nie pasowały lobbistom ;)

Wiele wskazuje przy tym, że duża część użytkowników pirackich wersji podchodzi do nich jako do swego rodzaju testu (może to wyjaśniać zwłaszcza kwestię oprogramowania, gdzie firmy w dużej mierze zrezygnowały z dem i podobnych rozwiązań). Ilość dostępnych produktów kultury jest tak ogromna, że wydając pieniądze bez weryfikacji bardzo łatwo można się „przejechać”.

Z tego też powodu wielu autorów indywidualnych część lub całość swoich materiałów udostępnia zarówno komercyjnie, jak i na licencji CC. Tak zrobił choćby Peter Watts o którym pisałem ostatnio tu na blogu. „Ślepowidzenie” wyszło jednocześnie jako książka fizyczna oraz darmowo jako CC – i we własnych słowach Wattsa, to właśnie uratowało tą książkę przed natychmiastowym zapomnieniem w zalewie innych tytułów.


– Nie jest jasne na ile faktycznie prawa intelektualne są kluczowym wyróżnikiem na rynku. Praktycznie cała moja wiedza n.t. pracy z pewnością siebie została zawarta w książce „Pewność Siebie”. (Cała na moment gdy tamtą książkę pisałem + pominąłem dwa rzadko używane narzędzia, które wymagałyby oddzielnej książki, ale nadal.) Idealne do kopiowania. A jednak pod wpływem książki nie pojawiła się nagle masa ekspertów od pewności siebie – za to do mnie przyszło po jej lekturze bardzo wielu klientów, chcących, bym pomógł im z problemem. Co ciekawe, były próby porównań historycznych między krajami gdzie funkcjonowało i nie funkcjonowało prawo autorskie (Wielka Brytania i Niemcy, XIX wiek) i okazało się, że tam gdzie nie funkcjonowało nie tylko drukowano i czytano więcej książek, ale autorzy też przeciętnie zarabiali więcej.


– Niektórzy krytycy praw autorskich wskazują też na wątpliwości co do samej koncepcji „autora”. Jasne rozgraniczenie co faktycznie jest autorskie, a co nie jest bowiem, wbrew pozorom, bardzo trudne. Cała kultura czy technologia stanowi w jakiejś formie rekombinację dotychczasowych osiągnięć, nic nie jest absolutnie oryginalnego. Do tego wiele rozwiązań może być wykształconych zupełnie równolegle i nieświadomie przez kilka oddzielnych grup osób – a jednak tylko jedna z nich uzyska zaszczyt bycia autorem i związane z tym profity.


– Wielu krytyków wskazuje na to, że prawa autorskie zwykle sprzyjają silniejszym graczom rynkowym. Np. wydawcy mają w ich zakresie często przewagę nad autorami, czyli osobami, które wykonały faktyczną pracę kreatywną.


– Ochrona patentowa sprzyja większym graczom, których stać na stosunkowo drogą procedurę zatwierdzania i podtrzymywania patentów.


– Tzw. patent trolling, czyli zgłaszanie ogólnych patentów i następnie polowanie na każdego, kto wydaje się je w jakiś sposób naruszać jest realnym problemem ograniczającym innowacyjność. Nawet frazy i koncepcje w powszechnym użyciu od dziesięcioleci bywają poddawane próbom takiego zawłaszczenia. (Autory „Candy Crush Saga” – gry logicznej na komórki – pozwali autorów „Banner Saga”, strategii fantasy w świecie inspirowanym sagami wikingów, za używanie słowa „saga”.) Mali gracze mają niewielkie możliwości obrony przed takimi kosztowymi procesami i często ustępują bez walki, co przekłada się na ograniczenie rozwoju kultury.



Przerwa na reklamę ;)


Jeśli cenisz treści z tego bloga, zostań patronem na Patronite i postaw mi kawę.

Im więcej kawy w Arturze, tym więcej ciekawych treści Artur generuje ;)



Wracamy do artykułu :)



Niejasne:

– Prawa autorskie podawane są często jako motor innowacji. W końcu, gdyby ludzie nie mogli zarobić na swoich wynalazkach, to nie poświęcaliby czasu i energii na odkrywanie nowych rzeczy. W rzeczywistości jednak bardzo trudno oszacować realny efekt ograniczenia lub odrzucenia praw autorskich.

Dla przykładu, firmy farmaceutyczne wynajmowały leki i zarabiały krocie nawet w sytuacji, w której ich produkty nie były nijak chronione przed podróbkami (Niemcy wprowadziły ochronę patentową leków w 1967, Japonia w 1976, a Hiszpania dopiero w 1992!). Oczywiście, można wskazać, że przeciętny koszt odkrywania leków znacząco wzrósł w minionych dziesięcioleciach i dziś mogłoby to już tak różowo nie wyglądać. Tym niemniej trudno zakładać, że takie firmy zupełnie zaprzestałyby innowacji, choć być może zwolniłaby ona nieco.

Jednocześnie jednak, skala realnych innowacji dokonywanych przez prywatne firmy od dawna poddawana jest wątpliwościom. Ok 50-70% (w zależności od tego jak liczyć) amerykańskich badań finansowane było, w złotym okresie połowy XX wieku, przez rząd (za: „Źli Samarytanie” Ho-Joon Chang). W miarę spadku tego finansowania, spadała też wyraźnie skala innowacyjności. Również dziś firmy, które kojarzą się powszechnie z innowacją (np. Tesla), w rzeczywistości bardzo mocno czerpią z rządowych grantów. Jednocześnie zaś „innowacje” rodem z prywatnego biznesu i Doliny Krzemowej znajdują się od jakiegoś czasu pod ostrzałem. („Chłopcem do bicia” tego ruchu jest wyciskarka soków Juiceiro za 400 dolarów, do której trzeba używać specjalnie przygotowanych paczek pociętych owoców… Które szybciej i łatwiej jest po prostu wycisnąć ręką. Ta „innowacja” dostała 120 milionów finansowania od firm venture capital.) W rzeczywistości innowacje są czymś, co niezbyt pasuje do współczesnego rynku kapitalistycznego. Są bowiem, z definicji, inwestycjami długoterminowymi i wysokiego ryzyka, a to połączenie, którego Wall Street bardzo nie lubi. Dlatego historycznie głównym motorem innowacji okazywały się być państwa, a dopiero śmietankę z ich inwestycji spijały prywatne firmy, monetyzujące państwowe odkrycia. Trudno więc oceniać na ile poluzowanie prawa patentowego miałoby tu wpłynąć negatywnie na innowacyjność biznesu, skoro od początku nie była ona zbyt duża.

Nie jesteśmy również w stanie trafnie ocenić wpływu na indywidualne innowacje  – bo trudno nam ocenić na ile te innowacje są napędzane przede wszystkim przez perspektywę zysku, a na ile przez fascynację danym tematem.

W końcu czwarty istotny czynnik – ograniczenie dostępu do wiedzy. Standardem jest, że państwa rozwijające się mają bardzo swobodne podejście do praw autorskich. Tak było w Polsce na początku transformacji, tak było w Korei Południowej przez kilkadziesiąt lat po wojnie, tak było w wielu innych państwach. Bez tego takie państwa mają bardzo niewielkie szanse na wykształcenie kapitału ludzkiego niezbędnego do skoku rozwojowego. Dostęp do jakościowej wiedzy – np. podręczników medycznych – jest bowiem bardzo drogi. Jest drogi nawet dla obywateli państw rozwiniętych, a co dopiero dla obywateli państw rozwijających się.  To tworzy dodatkową barierę wejścia w zakresie innowacji. Nie bez powodu historycznymi odkrywcami z czasów pre-naukowych byli generalnie przedstawiciele wyższej klasy średniej i arystokraci. Tyle tylko, że tworzy to wąskie gardło w rozwoju wiedzy i de facto spowalnia innowację. Jak wskazał Isaac Newton, „Jeśli widzę dalej, to tylko dlatego, że stoję na ramionach olbrzymów”. Ci „olbrzymi” to dotychczasowa wiedza. Utrudniając dostęp do niej – a prawa autorskie to czynią dość mocno – utrudniamy wielu potencjalnym przyszłym „olbrzymom” wspięcie się na tyle wysoko, by dostrzegli coś nowego i cennego. Co więcej, promocja praw autorskich sprzyja krajom rozwiniętym (do których należy większość takich praw) kosztem krajów rozwijających się, tym samym podtrzymując globalne nierówności.

Realny wpływ praw patentowych na innowacje jest wiec, w najlepszym razie, niejasny i trudny do zmierzenia.


– Prawa autorskie są pewną próbą ochrony pracy intelektualnej włożonej w opracowanie określonych rozwiązań. Owoce tej pracy są nienamacalne, ale sama praca została niewątpliwie wykonana. Czy uprawnia to ją do specjalnej ochrony, jest już bardziej złożoną kwestią – dlaczego niektóre rodzaje pracy miałyby być pod tym względem chronione bardziej (literatura), a inne mniej (równania matematyczne)? Na ile realnie wykonalna byłaby próba ochrony absolutnie każdej pracy? Na ile sama praca jest wartością samą w sobie i czymś, co powinniśmy chronić? To są dość duże pytania, na które nie ma jasnej odpowiedzi – dużo zależy od założeń etycznych, jakie przyjmiemy.


– W odróżnieniu od własności fizycznej, własność intelektualna nie jest tracona w momencie kopiowania. Oryginalna praca włożona w opracowanie jakiegoś rozwiązania nie jest więc utracona. Potencjalnie tracone są co najwyżej ewentualne dodatkowe bonusy, na jakie autor rozwiązania mógł liczyć. Pytanie brzmi jednak, czy ta oczekiwana premia była czymś, do czego autor miał niezbite prawo, czy jedynie jego optymistycznymi założeniami?


Podsumowując:

Gdy zaczynałem pisać ten artykuł, oprócz swojej wiedzy zgromadziłem sporo źródeł i oczekiwałem bardzo zrównoważonej dyskusji. Dlatego moim dużym zaskoczeniem było to, jak wiele argumentów jest przeciwko prawu autorskiemu, jak wiele argumentów „Za” w najlepszym razie wpada do kategorii „Niejasne” i jak niewiele pozostaje czystych, ewidentnych haseł „Za”.  Być może jakieś kluczowe kwestie pominąłem – wrzućcie je w komentarzach, a chętnie skoryguję artykuł i przemyślę sprawę ponownie. Na ten jednak moment muszę powiedzieć, że jak podchodziłem do praw autorskich dość neutralnie (widziałem silne za i silne przeciw), to po tym tekście moja opinia przeszła w kierunku dużo silniejszego „przeciw”. O czym zresztą poniżej.


Moje własne podejście:

Na koniec chciałem zostawić to jak ja prywatnie podchodzę do kwestii praw autorskich

– Choć oczywiście byłoby mi miło, gdybym dostawał pieniądze za całą moją pracę, każdą przeczytaną książkę, obejrzane nagranie, itp. Realistycznie jednak mam absolutną świadomość, że moje prace będą w mniejszym czy większym stopniu piracone i traktuje to jako formę reklamy. (Choć jeśli trafię na swoje książki na Chomiku, zgłaszam prawilnie do admina ;) ) Na koniec dnia największe pieniądze zarabiam wciąż za to co robię z ludźmi bezpośrednio. A mnie skopiować tak łatwo się nie da, moje klony mają tendencję do mordowania i zjadania klonujących ;)

– Prawa autorskie osobiste niewątpliwie mają sens (choć pewien poziom remiksu powinien być domyślnie dopuszczalny). Natomiast granice praw majątkowych wymagają na pewno modyfikacji. Skrócenie okresu trwania praw po śmierci autora (np. 20 lat od pierwszego wydania dzieła lub do śmierci autora, co nastąpi później) zdecydowanie ma silne uzasadnienie.

– Prawo patentowe i część majątkowych praw intelektualnych zdecydowanie wymaga modyfikacji. Być może jedną z opcji byłoby poluzowanie indywidualnego prawa majątkowego w dużo większej skali, niż korporacyjnego. (Innymi słowy, osoby prywatne mogą swobodnie kopiować, ale firmy są już bardziej ograniczone.)

– Na pewno pozostaje wiele indywidualnych problemów do rozwiązania (np. ochrona leków i możliwość szantażu cenowego wrażliwych grup pacjentów – być może jakieś maksymalna górna granica zysków byłaby tu opcją?), których nie da się ogarnąć jednym systemowym rozwiązaniem.

– Gdybym miał szacować, ośmieliłbym się sugerować, że prawa autorskie  w obecnej formie pomagają silnym graczom na rynku, a szkodzą słabym. Jest to moim zdaniem jeden z dobrych argumentów za ich modyfikacją – tym bardziej, że rynki kulturowe są typowymi rynkami gdzie „zwycięzca bierze wszystko”, więc, szczerze, takie osoby naprawdę nie potrzebują już większych bonusów ;)

– Na koniec dnia, kwestia praw autorskich sprowadza się moim zdaniem do jednej kluczowej kwestii – czy ograniczenie dostępu do pewnych elementów wiedzy i kultury bardziej sprzyja generowaniu nowych elementów tej wiedzy i kultury, niż brak takiego ograniczenia?  W świetle argumentów, które udało mi się tutaj zgromadzić, mam silne wrażenie, że obecnie prawa autorskie bardziej ograniczają, niż promują rozwój wiedzy i kultury. Czy to znaczy, że należy z nich całkiem zrezygnować? Niekoniecznie, ale na pewno system wymaga gwałtownej i znaczącej modyfikacji względem koncepcji, które de facto wypracowywano koło XVIII-XIX wieku i które niezbyt pasują do współczesnego świata.



Lean Actions  - chcesz zoptymalizować swoje działanie, tak by łatwiej, szybciej i pełniej realizować swoje zamierzenia? Ten kurs zapewni Ci narzędzia do realizacji tego celu. Trzy intensywne dni poświęcone wprowadzeniu podejścia Lean Mind do Twoich codziennych działań. Już w październiku w Warszawie! Kurs dostępny jest samodzielnie, lub jako fragment szerszego cyklu Lean Mind Experience


Podziel się tym tekstem ze znajomymi:
Następny wpis
Poprzedni wpis