Jak długo powinniśmy pracować?

Przeciętny Polak pracuje 45 godzin tygodniowo, co stawia nas na 7 miejscu na świecie. Pytanie brzmi jednak – na ile ten czas jest przepracowywany wydajnie?

I tu już zaczynają się schody.

Szereg badań pokazuje bowiem, że realnej, wydajnej pracy mamy zdecydowanie mniej. Brytyjski Vouchercloud, sprawdzając typowy czas pracowników brytyjskich, stwierdził, że typowy pracownik realnie pracuje 2 godziny 53 minuty.  Widziałem podobne badania z Polski, gdzie rozpiętość wyników była nieco większa, ale najniższe wskazywały na… półtorej godziny dziennie wydajnej pracy.

Półtorej. Godziny. Dziennie.

Na osiem przesiedzianych w miejscu pracy.

Co tu jest nie tak?

Cóż, powiedzmy sobie szczerze, standard ośmiu godzin pracy jest, w dużej mierze, wyssany z palca. Choć popularnym jego wytłumaczeniem jest praca zmianowa i trzy zmiany fabryczne po osiem godzin, historycznie ten standard jest inny.

Jeśli chodzi o naszych praprzodków plemiennych, tu możemy wnioskować po współczesnych plemionach zbierackich, np. !Kung. Mężczyźni pracują tam przeciętnie nieco ponad dwie, a kobiety nieco poniżej trzech godzin dziennie. Taka praca jest też źródłem socjalizacji i rozrywki, jest mocno wpisana w rytm codziennego życia.

Robotnicy w starożytnym Rzymie pracowali przeciętnie 6-7 godzin dziennie, w zależności od pory roku („Daily life in Ancient Rome”, Carcopino).

Nie jesteśmy dziś w stanie jasno wskazać ile godzin pracował typowy średniowieczny chłop czy rzemieślnik – w dużej mierze dlatego, że trudno tu wskazać na stałe godziny pracy. Czas pracy w tym okresie, ze względu na duże koszta światła, był ściśle ograniczony przez długość dnia. Do tego tradycyjne, nawet w okresie najbardziej intensywnej pracy, było wielokrotne przerywanie wysiłku na posiłki, odpoczynek, a nawet popołudniową drzemkę. Nasze najlepsze współczesne szacunki wskazują, że nasi przodkowie pracowali nie dłużej niż osiem godzin dziennie, a zwykle wyraźnie krócej. Mieli też bardzo wiele świąt w których nie pracowano w ogóle.

Dopiero rewolucja przemysłowa była punktem, który zmienił nasz typowy czas pracy, drastycznie go wydłużając do 10, a nawet 16 godzin, siedem dni w tygodniu.


To od tych kilkunastu godzin zaczęto wysiłki do skrócenia czasu pracy. Prekursorem był tu przemysłowiec Robert Owen, głoszący „osiem godzin pracy, osiem odpoczynku, osiem snu”. Przez lata robotnicy walczyli z właścicielami fabryk o skrócenie  czasu pracy, uzyskując stopniową poprawę, aż do znaczących skoków na początku XX wieku. Ci przemysłowcy, którzy pierwsi wprowadzili takie zmiany, jak Henry Ford, szybko odkryli, że przejście na krótszy czas pracy jest opłacalne. Pracownicy nie dość, że stawali się wydajniejsi, to jeszcze zaczynali być potencjalnymi klientami – bo stać ich było na samochody (Ford podniósł im też pensje) oraz mieli czas, by móc chcieć taki samochód wykorzystać i zabrać gdzieś rodzinę.


Po silnym skoku w górę następowało więc stopniowe skracanie czasu pracy. Opłacalne, jak się wydawało, dla wszystkich. Jeszcze w latach trzydziestych ubiegłego wieku Keynes przewidywał, że do końca wieku dojdziemy do 15-godzinnego czasu pracy… Tak się jednak nie stało.

No, przynajmniej oficjalnie, bo jeśli zsumujesz tych 2 godziny 53 minuty, które wskazał Vouchercloud, przez pięć dni w tygodniu, to wyjdzie Ci… tak jest, niecałe 15 godzin pracy tygodniowo. Realnie wielu z nas pracuje właśnie tyle, albo i krócej. Reszta czasu schodzi nam na:

  • social mediach
  • stronach www
  • dyskusjach pozapracowych z kolegami
  • przygotowywaniem kawy/herbaty
  • przerwach na papierosa
  • jedzeniu (przygotowywaniu, kupowaniu, spożywaniu)
  • smsach
  • poszukiwaniu nowej pracy
  • telefonach do rodziny/bliskich

Jasne, będą dni bardziej intensywne, ale będą też mniej intensywne, gdzie nawet te trzy godziny będą się wydawały ciężką harówką.


Do tego należałoby dodać liczne „wewnątrzpracowe” metody marnowania czasu, choćby:

  • sprawdzanie i odpisywanie na zbędne maile
  • niepotrzebne i nieproduktywne spotkania
  • ludzi zawracających nam głowę, bo łatwiej nas zapytać, niż coś sprawdzić samemu
  • próby koncentracji w hałasie
  • koszta wielozadaniowości

W efekcie może nam wyjść nawet to dolne 1.5 godziny wydajnej pracy dziennie z niektórych polskich raportów.


Wbrew pozorom, ma to silne uzasadnienie. Nasz mózg po prostu niespecjalnie nadaje się do 8-godzinnych cyklów pracy. Nasze ciało zresztą też nie. Choć szacowany czas maksymalnej koncentracji może się różnić z osoby na osobę, badania wskazują, że przeciętny pracownik raczej nie będzie w stanie koncentrować się dłużej, niż cztery godziny w ciągu dnia. Po tym czasie może robić różne bezmyślne dłubaniny, ale nie zrealizuje niczego naprawdę wartościowego. Co gorsza, większość z nas nie będzie w stanie wyciągnąć nawet tych czterech godzin – bo jest po prostu niewystarczająco wypoczęta. Praca poniżej wydajności prowadzi zaś między innymi do dodatkowych błędów, których naprawa wymaga potem dodatkowego czasu i wysiłku. Zwiększa się ilość wypadków na drodze. Co więcej, pracownicy dłużej przebywający w biurze to też dodatkowe koszta dla firmy, choćby w zakresie elektryczności czy personelu pomocniczego, który trzeba dłużej utrzymać.


Jasne, jesteśmy w stanie, gdy jesteśmy wypoczęci i zrelaksowani, dokonać okazyjnych zrywów i pracować wydajnie nawet kilkanaście-kilkadziesiąt godzin pod rząd, albo z niewielkim odpoczynkiem. Tak jak w pełni zatankowany samochód jest w stanie przejechać całkiem spory dystans.

Ale wyobraź sobie samochód tankowany z baterii słonecznych, który zwalnia w miarę, jak ilość energii w akumulatorach spada poniżej 50%. Czyli od 100 do 50% jedziesz z pełną szybkością, 100km/h, przy 45% tylko z 90 km/h, przy 40% z 80km/h, itp. Wszystko po to, by zminimalizować szanse, że samochód po prostu staje.

I wyobraź sobie, że taki samochód niemal non stop trzymasz na 20-30%, pozwalasz mu się trochę doładować, ale tylko trochę. Jak daleko zajedziesz?


Tak, w dużym uproszczeniu, wygląda nasz współczesny rytm pracy. Większość z nas jest przemęczona, niedospana i pracuje niewydajnie. W efekcie możemy wręcz uzyskiwać GORSZE efekty, niż gdybyśmy mieli dzień pracy dużo krótszy niż obecnie. Ponieważ jednak mamy dzień pracy założony i tych 40 godzin tygodniowo trzeba jakoś wypełnić, a po prostu nie mamy sił poznawczych na faktycznie wyzywającą pracę, często ten czas sztucznie rozdmuchujemy. Dodatkowymi spotkaniami. Mailami. Działaniami, które dają pozory zajętości, gdy powinno nam zależeć na wydajności.


Bo, powiedzmy sobie szczerze, ośmiogodzinny dzień pracy nie ma żadnego obiektywnego uzasadnienia. Nie ma nawet uzasadnienia czasem mu przypisywanego, czyli pracy zmianowej – w takiej pracy równie dobrze sprawdzą się przecież np. cztery zmiany po sześć godzin, albo sześć po cztery. Zresztą fabryki pracowały swego czasu np. przy dziesięciogodzinnym dniu pracy i też to działało jakoś.

Sześciogodzinna zmiana fabryczna była zresztą testowana, np. przez Kelloggsa (tą firmę od płatków śniadaniowych) w latach 30-tych. Na początku z niewielką redukcją pensji (o 15%) i zatrudnieniu dodatkowej zmiany, ale w ciągu siedmiu lat koszta produkcji tak im dzięki temu spadły, że mogli podnieść pensje do standardowych i wciąż wychodzić na plus!  (Niestety zmienił się zarząd i stwierdził, że woli bardziej „tradycyjne” rozwiązania.)

Coraz więcej firm współcześnie eksperymentuje z (pełnopłatnym) 32-godzinnym tygodniem pracy i efekty są obiecujące. Mniej spotkań i maili, więcej produktywności, większe zadowolenie pracowników, mniejsza rotacja, łatwiejsza rekrutacja talentów. Tak zrobiły np. informatyczne 7Signals czy edukacyjne Treehouse i należy oczekiwać, że trend będzie się tylko rozwijał.

Nie ma też badań pokazujących jakąkolwiek przewagę 40-godzinnego tygodnia pracy, a jest wiele badań pokazujących jego słabość.


Co więc stoi na przeszkodzie przed zmianą 40-godzinnego tygodnia pracy na krótszy?

W mojej ocenie, cztery główne czynniki.

  1. Bezwładność – zwykła, klasyczna bezwładność. „Zawsze” (czytaj, od niecałych 100 lat) było osiem godzin pracy, to po co to zmieniać? To niestety bardzo duża siła. Zobaczmy, że nawet zmiana czasu, co do której wszyscy eksperci i większość laików zgadzają się, że jest bez sensu, wciąż się uporczywie trzyma.
  2. Kult pracy – przekonanie, że praca jest wartością samą w sobie, czymś co trzeba cenić i chwalić. To, mam wrażenie, powoli się zmienia. Pokolenia Y i Z są już dużo mniej nastawione na pracę dla pracy, dużo bardziej na pracę jako narzędzie do czerpania z życia. I jest to, trzeba powiedzieć, dużo zdrowsza postawa. Postawa, którą wielu X-ów i baby-boomersów odkryło dopiero na starość, często z wielkim żalem. Wciąż są jednak osoby wychowane w takim kulcie pracy, nie dostrzegające, że tak naprawdę same siebie sabotują. Nie zdziwię się, jeśli w komentarzach do tego artykułu pojawią się argumenty o promocji lenistwa i podobnych kwestii – to właśnie pochodna założenia, że praca jest sama w sobie wartością.
  3. Przeświadczenie biznesu, że w ten sposób zarabia więcej. Jeszcze dałoby się to zrozumieć, gdyby nie jedna kluczowa kwestia. Tak jak wskazałem już wcześniej, to przeświadczenie złudne, przynajmniej w większości branż. Nawet w wypadku prac czysto fizycznych, nie wymagających dużej koncentracji, zmęczenie materiału, wyczerpanie, dodatkowe błędy – to wszystko będzie sprawiało, że realnie wydajność z ośmiu godzin pracy naprawdę nie jest większa, niż z np. czerech.
  4. Obawa pracowników – nieco powiązane z powyższym, poczucie, że skoro biznes uzna, że nie potrzebuje pracowników na osiem godzin, tylko na cztery, bo to będą te cztery wydajne, to w porządku – ale będzie im chciał płacić połowę mniej. Jest to, patrząc historycznie, nieco uzasadniona obawa i jest to miejsce gdzie potrzebne byłyby silne regulacje państwa.

Żaden z tych czynników nie jest miażdżąco silny. Przy wystarczająco silnej woli politycznej lub społecznej, zdecydowanie można je przełamać. Zwłaszcza, że nie trzeba od razu skakać z 40 na 20 godzin, można przejść skokowo, najpierw na 32-35, a gdy świat odkryje, że żadna tragedia się nie wydarzyła… Ba, że tak jest po prostu dla wszystkich lepiej… Wtedy podjąć kolejne kroki.

Bo naprawdę nie potrzebujemy pracować 40 godzin. Ba – nie jesteśmy w stanie wydajnie tego robić.

(Swoją drogą, nie, osiem godzin szkolenia to też nie jest optymalny format. Niestety do czasu gdy nie zmieni się perspektywa na długość dnia pracy, również dni szkoleniowe raczej zostaną długości ośmiu godzin.)



Jeśli cenisz treści z tego bloga, zostań patronem na Patronite i postaw mi kawę.

Im więcej kawy w Arturze, tym więcej ciekawych treści Artur generuje ;)


Podziel się tym tekstem ze znajomymi:
Następny wpis
Poprzedni wpis