It’s a kind of magic, czyli psychologiczna interpretacja rytuału magicznego

Pomyślałem, że wezmę się za nieco bardziej odjechany temat. Mniej „badania jasno tak mówią”. Bardziej „hmm, w świetle tego co wiemy, to może/mogło tak działać i mieć taką funkcję. Albo i nie.”  Tak tak, tym razem ja pobawię się nieco w fotelowe dumanie. Ale może będzie choć ciekawie, bo zajmiemy się… magią :)

Btw. Jeśli czytasz ten post do jakiejkolwiek innej muzyki niż motyw przewodni Constantine, robisz duży błąd ;)

Wielu czytelników nie wie – choć regularnie o tym wspominam – ale zanim zacząłem być „tym upierdliwym sceptykiem naukowym”, dość mocno siedziałem w ezoteryce, okultyzmie i innych podobnych tematach. Jako, że zwykle zajmuje się różnymi tematami intensywnie, tu również „popłynąłem” mocno. Poznawałem bardzo wiele różnych systemów, od typowo szamańskich, po mocno usystematyzowane.

O tym czemu z ezoteryki wyszedłem itp. pisałem już kilkukrotnie na tym blogu. Z tego okresu został mi z jednej strony spory dystans do całego środowiska ezoterycznego, ale z drugiej podejrzenie, że „coś” w tym może być. Przy czym to „coś” w ezoteryce to coś takiego jak „mindfulness” w buddyzmie. Czyli jakieś prototechniki pracy nad sobą, ubrane w otoczkę duchowości, magii czy okultyzmu. Coś jak alchemia do współczesnej chemii. Wymagające dużo wyszlifowania i oczyszczenia, by wyciągnąć to, co fajne i wartościowe, ale potencjalnie kryjące jakieś ciekawe skarby, do których inaczej trudno by dotrzeć.


Dla przykładu, dziś patrzę na różnego rodzaju rytuały przyzwania – duchów (ludzi czy zwierząt), bóstw czy demonów – jako na prototypową technikę pracy z subosobowościami. Pełen opis koncepcji subosobowości znajdziesz w podlinkowanym artykule, ale warto ją może szybko podsumować. Wg. tego modelu mamy tylko złudzenie bycia jedną spójną osobą. Zamiast tego kontrolę nad naszym działaniem przejmują w zależności od sytuacji swego rodzaju podsystemy (zwane czasem częściami, aspektami albo, właśnie, subosobowościami). Żaden z tych podsystemów nie ma dostępu do całości naszego doświadczenia, wiedzy czy umiejętności, co zakrzywia ich sposób działania i reagowania na różne sposoby. Niektóre z nich pojawiają się częściej, inne rzadziej, niektóre potencjalnie wcale.

W najlżejszej wersji „przyzwanie” byłoby to po prostu sztucznym wywołaniem stanu silnej dysocjacji, w ciekawszych – uaktywnieniem (lub, być może, stworzeniem) subosobowości, która nie byłaby normalnie dostępna oraz „zaprzęgnięciem” jej do pracy w wybranym kontekście życiowym.

Na przykład – czuję, że potrzebuję pieniędzy. „Przyzywam” rzekomy byt związany z pieniędzmi. Demona Chciwości, Anioła – opiekuna kupców, bożka hazardu, czy ducha przodka który wszystkich zrobił w trąbę. W praktyce zaś aktywuję taką swoją subosobowość, normalnie nie dopuszczaną do głosu, która np. dużo twardziej i sprytniej negocjuje, jest bardziej dominująca i pewna siebie albo mniej etyczna. Łączę też tą subosobowość z sytuacjami, w których miałbym okazję zarobić lub zaoszczędzić pieniądze. Na przykład warunkując ją, albo stosując jakąś formę treningu mentalnego (opisanego np. jako natchniona wizja). W efekcie, gdy znajdę się w takiej sytuacji, mam dużą szansę na to, że uaktywni się ta subosobowość, da mi bardziej korzystny efekt, co następnie będę mógł interpretować jako wpływ demoniczny/anielski/prawujka Zegrzysława Cwaniaka.


Jeśli takie rozumienie rytuałów przyzwania jest słuszne, wyjaśniałoby to istne „katalogi” Aniołów, Archaniołów czy Demonów funkcjonujące w dużej części tradycji okultystycznych. Pod spodem byłyby to po prostu katalogi typowych subosobowości, jakie da się wywołać, wraz z odpowiednimi sugestiami, ułatwiającymi adeptom magii uzyskać pożądany stan. Oczywiście wszystko w ramach kulturowych uwarunkowań i metafor dopuszczalnych dla tamtych czasów i miejsc.


Trzymając się tej perspektywy, warto przyjrzeć się składnikom typowego rytuału magicznego.

Mamy tu często odpowiednie miejsce, bardzo często ozdobione określoną symboliką wyznaczającą granice praktyki – np. kręgiem magicznym. Psychologicznie łatwo tu dostrzec generowanie określonych barier, granic między normalnym funkcjonowaniem, a praktyką magiczną. Z jednej strony to bardzo naturalna ludzka skłonność (podobnym przykładem jest np. dojo w większości sztuk walki). Z drugiej prawdopodobnie coś więcej – forma uwarunkowania/automatyzmu, uruchamiająca u adepta określone skojarzenia i sposoby myślenia, ułatwiająca zaangażowanie się w pracę, swego rodzaju wgląd w siebie. Przez analogię takim „magicznym kręgiem” może być np. fotel, kanapa czy kozetka u psychoterapeuty- siadając przyjmuje się określone reguły i sposób rozmowy, jakich nie można oczekiwać od codziennej rozmowy.

Rola takiego miejsca jest też odwrotna – tzn. jego celem jest zatrzymanie zakresu pracy w pewnej przestrzeni i czasie

Co więcej, większość rytuałów magicznych poprzedzana była i kończona różnego rodzaju mniejszymi rytuałami „okalającymi”. Najsłynniejszym tu przykładem jest chyba „Mniejszy Rytuał Wygnania Pentagramu” stworzony przez sektę Złotego Świtu. Rytuały te również miały być swego rodzaju otoczeniem dla całej praktyki, przygotowywać adepta do pracy, ale też kończyć tą pracę, jeśli np. adept ma kłopoty ze stanem, jaki w sobie wywołał. Przez wielokrotne warunkowanie jako „klucz” do przejścia między normalnym, a magicznym trybem funkcjonowania stanowiły w mojej ocenie swego rodzaju psychologiczną kotwicę bezpieczeństwa. Jeśli ktoś zbyt się „zgubił” w wywołanej dysocjacji czy uruchomionym nowym aspekcie osobowości, szybki „pentagram” mógł go przywołać do porządku i normalnego funkcjonowania.

Podobną symboliczno/aktywującą rolę miały też prawdopodobnie różnego rodzaju przyrządy rytualne, w rodzaju szat, ksiąg, różdżek czy noży. Skojarzone z określonym trybem funkcjonowania, mogły znacząco przyśpieszyć wywołanie określonych efektów psychologicznych. Nie różnią się pod tym względem np. od konkretnego utworu, od którego ktoś zawsze rozpoczyna bieganie, czy od pierwszej kawy w biurze, „uaktywniającej” subosobowość pracownika i wszystkie z nią związane zasoby, sposoby reakcji i myślenia. Jednocześnie były też kolejną psychologiczną barierą, której przekroczenie symbolizowało przejście między dwoma trybami funkcjonowania.

Oczywiście, do wszystkich tych barier i narzędzi dodawano bogatą mistykę. Jednak czysto praktycznie, ich funkcje były prawdopodobnie dość proste.


Proste, ale istotne. Z perspektywy normalnych ćwiczeń psychologicznych, terapeutycznych czy coachingowych te liczne warstwy zabezpieczenia mogą się wydawać zbędne. Adept miał w odpowiedniej szacie (1) i miejscu (2), w obrębie ściśle wyznaczonego symbolu (3) – często wcześniej rysowanego specjalnie dla danej okazji (4) – używając konkretnych rytualnych przedmiotów (5) i po odprawieniu wprowadzających rytuałów zabezpieczających (6) wykonać konkretne ćwiczenie, po czym wykonać drugie tyle zabezpieczeń. Razem koło dwunastu praktyk zabezpieczających.

Tyle tylko, że dziś jesteśmy w stanie nazwać te stany – wskazać na dysocjację czy depersonalizację, na przywołanie konkretnych subosobowości. Lepiej rozumiejąc proces jesteśmy w stanie też dużo łatwiej go kontrolować gdy coś pójdzie nie tak. Wtedy wszystko to było owiane aurą mistycyzmu i mniej zrozumiałe. Mniej przewidywalne. Nic dziwnego, że takie rytuały wymagały dużo większej ostrożności i zabezpieczeń, by uniknąć poważnych zaburzeń u osób im poddawanych.

Dodatkowo nie sposób nie podejrzewać, że w dawnych czasach mogliśmy mieć dużo więcej poważnych traum w dzieciństwie. Przemoc seksualna i fizyczna, traktowanie dzieci jak rzeczy, śmierć i choroby bliskich – to wszystko ciężkie doświadczenia. To również doświadczenia historycznie dużo bardziej powszechne, niż obecnie. Jeśli prawdziwa jest hipoteza, że pełna osobowość wieloraka, czyli subosobowości całkowicie odcięte od pozostałych, są mieszanką wrodzonych skłonności oraz silnych traum w kluczowych okresach wczesnodziecięcych, to rytuały tego typu były kiedyś dużo bardziej ryzykowne. Nagle faktycznie mogła „obudzić się” w kimś zupełnie inna osoba i wtedy szereg zabezpieczeń mógł być kluczowy, do przywrócenia normalnego funkcjonowania.


Jeśli takie rytuały miały faktycznie wartość psychologiczną, być może w ich opisach możemy znaleźć jakieś subtelne wskazówki co do skutecznej pracy z subosobowościami obecnie. Czy np. koncepcja negocjacji z przyzwanymi bytami sugeruje taką praktykę we współczesnej pracy z częściami? Może to być ciekawy obszar eksperymentalny.


Oczywiście, wszytko tutaj to tylko hipoteza. Być może owe rytuały nie miały żadnej głębszej wartości psychologicznej. Czasem zbieżność procedur jest tylko zbieżnością procedur i nie ma co wnikać. Czasem jednak można odkryć coś ciekawego, warto więc przynajmniej nieco pokopać…

Nie, nie na cmentarzu! Sio!

Ach ci współcześni nekromanci.

Zero szacunku. Znów mi wejście do krypty zafajdali…



Potrzebujesz dawki solidnej determinacji do działania? Chcesz zaangażować się bardziej, usprawnić swoje działanie, wesprzeć swoją motywację? Chcesz by Ci się bardziej chciało, a co ważniejsze - chcesz być w stanie robić to co trzeba, nawet gdy Ci się niezbyt chce? Poznaj e-kurs Determinacja w Działaniu! 26 lekcji wideo, 210 minut, praktyczne i konkretne rozwiązania do wprowadzenia w życie od razu! Już teraz na Mindstore.pl


Podziel się tym tekstem ze znajomymi:
Następny wpis
Poprzedni wpis