Wchodzisz na Facebooka, czytasz blogi, oglądasz Instagrama. Patrzysz na to życie innych ludzi i wydaje się ono jakoś tak dziwnie perfekcyjne. Piękne, kolorowe, pełne przygód i przeżyć. Brak w nim zmęczenia, frustracji, ani nawet takiej zwykłej codziennej rutyny. Piękne posiłki, bez bajzlu w kuchni i stosu naczyń do zmywania. Leniwe popołudnia przy kawce, na które Ty nie masz czasu bo w końcu jakoś trzeba zarabiać na życie. Urokliwe wakacje w luksusowych lokacjach. Pyszne ciastka bez tycia.

Witaj w instarzeczywistości.


Pozowanie – udawanie lepszego, bardziej atrakcyjnego, bystrzejszego, itp. niż jesteśmy – jest typowym ludzkim zachowaniem praktycznie od zawsze.

Zresztą, nie dotyczy tylko ludzi. Gdy moje koty czują się zagrożone, stroszą futro by wyglądać na groźniejsze. (Ogon mniejszej, Luny, potrafi napuchnąć 3-krotnie!) Zwierzęta stosują niezliczone triki by wprowadzić innych w błąd. Pozują by sprawiać lepsze wrażenie na potencjalnych partnerach w okresie godowym, zachęcić ofiary lub odstraszyć potencjalnych drapieżników.

Tyle tylko, że w pewnym momencie to futro przestaje się stroszyć. Schodzi z nas powietrze, wciągnięty brzuch w końcu wypełnia się powietrzem. Odwracamy się tak, że widać nas z mniej korzystnej strony. Wstajemy bez makijażu.

A przynajmniej tak to jest w przypadku ludzi, których znamy w realu. (Tudzież w Tesco. Co, że niby zbytni suchar? )


Sytuacja zmienia się jednak ze względu na media społecznościowe. Te stają się coraz bardziej wizualne i pozwalają na kształtowanie wizerunku na niespotykanym dotąd poziomie.

Jesteśmy w stanie codziennie przekazywać fragmenty naszego życia, ale jednocześnie starannie je selekcjonować tak, by wybierać te najbardziej atrakcyjne… I jeszcze je podkręcać.


Jeden z moich przyjaciół jest w związku z pewną blogerką. Czasem dla beki wrzuca zdjęcia tego, jak wygląda jej posiłek, jak jego, a jak w tle jeszcze kawałek masakry w kuchni. Oczywiście na instagram wchodzą tylko zdjęcia jej posiłku, ślicznie ozdobionego, zdrowego i pięknie wykadrowanego. Jego tosty z ketchupem już niekoniecznie.

Jego doświadczenie jest przy tym i tak dość lekkie, bo inni blogerzy czy instagramowcy posuwają się do ogromnych ekstremów, byle tylko budować wrażenie „odpowiedniego” stylu życia. Co jakiś czas w internecie czy prasie pojawiają się „pożegnalne” listy blogerów i instagramowców, którzy mieli ewidentnie dość takiego stylu życia i ciągłego udawania, a na odchodne ujawniają niektóre tajniki swojego warsztatu.

Warsztat ten sprawia, że wszyscy żyjemy, niestety, w fikcyjnym świecie. W świecie, w którym jedyne posiłki to cudownie ustawione, pięknie ozdobione kępki czystego zdrowia i smaku. W którym nie ma wysiłku. Zmęczenia. Brzydoty. A nawet nie brzydoty, ale drobnych niedoskonałości.

Jakby nie wystarczyło, że świat taki generują media, photoshop, profesjonalne sesje fotograficzne oraz ogólnie ta ekstremalna selekcja, która sprawia, że dzień w dzień oglądamy tak naprawdę najatrakcyjniejszy 0.001% ludzkości… To sami sobie dodajemy kolejną warstwę tej „zabawy” poprzez media społecznościowe. Sami sobie tworzymy dodatkową warstwę samooszukiwania. Instaświat.


Dlaczego o tym pisze? W końcu skoro ktoś chce pozować, to niech pozuje, co w tym złego?


Problem w tym, że życia w takim instaświecie ma realne – i negatywne – konsekwencje dla naszej psychiki. Są badania pokazujące, że czas spędzany w mediach społecznościowych, zwłaszcza w przeglądaniu profili innych osób i autopromocji, negatywnie wpływa na nasze zdrowie psychiczne, zwiększając m.in. ryzyko depresji. Media społecznościowe nie są przy tym czystym złem – jeśli używamy ich głównie do komunikacji z innymi ludźmi i utrwalania relacji, ich efekt jest wręcz pozytywny i może przyczyniać się do naszego dobrostanu.

Nie chodzi więc o to, żeby w ogóle ograniczyć media społecznościowe czy internet. To postulat w najlepszym razie nierealny, przynajmniej przez najbliższe lata.

Tym, co możemy ograniczyć, jest instaświat.


Możemy przestać tworzyć takie złudzenie idealnego świata, wrzucać tylko piękne, cudowne grafiki tego jakie to niezwykłe jest nasze życie. Albo przynajmniej zacząć je równoważyć zdjęciami tych mniej efektownych aspektów tego życia. Za każdy zajeposiłek – zdjęcie kuchni w jakiej powstał PRZED jej posprzątaniem (co, tak, może oznaczać również pozostałości 10 wcześniejszych posiłków). Za każde cud-zdjęcie – norma-zdjęcie, dla równowagi. I tak dostanie mniej lajków i będzie mniej podbijane, ale przynajmniej da jakąś namiastkę wyrównania.

Możemy przestać śledzić takie złudzenia idealnego świata i wykorzystać ten czas na budowanie relacji lub ulepszanie swojego życia.

Możemy zaakceptować, że życie ma też liczne aspekty mniej chwalebne. To, że na insta nie ma zdjęć tego co zostawiliśmy w sedesie (to nie była sugestia by to zmienić), a na snapchacie nie ma krótkich filmików o pierdzeniu (tzn. chyba ich nie ma…) nie znaczy, że tych aspektów życia nie ma. Warto mieć ich świadomość.

Możemy próbować bojkotować te źródła, które upierają się na tworzeniu instaświata i doceniać te, które oferują coś bardziej rzeczywistego.

Możemy w końcu próbować edukować ludzi o trikach instaświata, obnażać je i uczyć, że życie jest naprawdę nieco bardziej zróżnicowane.


Nie każdemu się to spodoba. Niektórzy chcieliby przynajmniej przez kogoś żyć w sposób ekscytujący i wybitny. Gdy tą iluzję się rozbija, może to ich zaboleć. Ale to zdrowy ból. To ból leczącej się rany, który dotychczas zabijany był narkotykiem instaświata. Bo życie przez kogoś nie jest prawdziwym życiem i zdecydowanie lepiej zadbać o swoje. A gdy żyjemy przez czyjeś kłamstwa i pozy na temat jego życia, jest to już podwójne oszukiwanie się. Jak ma z tego wyjść coś dobrego?



Jeśli cenisz treści z tego bloga, zostań patronem na Patronite i postaw mi kawę.

Im więcej kawy w Arturze, tym więcej ciekawych treści Artur generuje ;)


Podziel się tym tekstem ze znajomymi:
Następny wpis
Poprzedni wpis