Fake Guru: Carl Gustav Jung

Fake Guru, swoista kontynuacja Anty-Guru, to cykl poświęcony nazwiskom popularnym w rozwoju, ale firmującym rzeczy szkodliwe, bezwartościowe lub wprowadzające ludzi w błąd.

Gdy zapowiadałem ten cykl szczególnie byliście zainteresowani Jungiem, czas więc najwyższy na jego wpis.

C. G. Jung, zdjęcie w domenie publicznej.

C. G. Jung, zdjęcie w domenie publicznej.

Zanim zaczniemy, chciałbym podkreślić jedną kwestię: nie mam nic przeciwko Jungowi jako filozofowi, albo jako prekursorowi psychologii. Uważam, że koncepcje które rozważał były ciekawe, zwłaszcza w świecie wiedzy i trendów w jego czasach. Całkiem możliwe nawet, że zainspirował ciekawe odkrycia w niektórych gałęziach psychologii. Za to należy mu się, moim zdaniem, szacunek. Tak samo, jak jego mentorowi, Freudowi.

O ile jednak Zygmunt Freud został nieco niesłusznie odsądzony od czci i wiary i dziś pamiętamy go raczej za jego zdyskredytowane koncepcje, niż za faktyczny, istotny wkład, jaki wniósł do psychologii i psychiatrii, o tyle Jungowi jakoś się upiekło. Stało się tak, choć niektóre idee Junga są, delikatnie mówiąc, równie narwane jak Freudowska koncepcja zazdrości seksualnej syna o matkę czy zazdrości córki wobec ojca o posiadanie penisa. A jednak Freuda dziś przywołuje się z kpiną i ironią, a Junga wspomina jako wielkiego mędrca psychologii.

Niesłusznie. Zarówno Freud jak i Jung byli prekursorami. A prerogatywą prekursorów jest popełnianie błędów. Są w końcu pierwsi – kto inny miałby te błędy popełniać? Prekursorzy nie znają jeszcze nawet ogólnych kierunków, jakie przyjmie ich dyscyplina, nie ma więc co się dziwić, że eksperymentują. Nie ma w tym nic złego, jeśli następcy błędy odnotują, pozostawią w archiwach i zajmą się budowaniem na tym, co prekursor wniósł faktycznie wartościowego.

Czasem jednak, z jakiegoś powodu, system nie działa. Najdziksze błędy prekursora są cenione na równi (lub nawet bardziej!) niż jego faktycznie wartościowe koncepcje. Tak właśnie stało się u Junga i dlatego trafił on do Fake Guru. Jako filozof czy prekursor psychologii jest ciekawym autorem. Często jego pomysły są jednak przedstawiane jako zweryfikowane i dowiedzione przez psychologię, jako prawda na temat istoty świata i ludzi. A to już po prostu wprowadza ludzi w błąd.


Carl Gustaw Jung urodził się w Szwajcarii pod koniec XIX wieku. Jego matka pochodziła z majętnej rodziny, natomiast ojciec był dość ubogim pastorem, co prowokowało liczne konflikty między rodzicami Junga. Na pewno nie pomagały mu również problemy psychologiczne jego matki. Dokładna ich natura nie jest znana, ale pojawiały się tam różne ezoteryczne wizje, jak również epizody depresyjne. Sam Jung uważał, że takie doświadczenia wpłynęły na jego odbiór kobiet. Znając genetyczne uwarunkowania niektórych zaburzeń można się jednocześnie zastanawiać, czy syn nie odziedziczył pewnych predyspozycji po matce.

Jako chłopiec Jung doświadczył kilku przeżyć, które wpłynęły na jego przyszłą pracę. Gdy zaczynał gimnazjum, napadnięty przez starszego chłopca, zemdlał. Od tego czasu przez pół roku mdlał ilekroć brał się do nauki – aż do czasu gdy podsłuchał obawy ojca na temat jego przyszłości. Wtedy zdeterminowany przysiadł do książek i mimo kilkukrotnego omdlenia, pokonał skłonność (którą interpretował jako swoje zetknięcie z neurozami). Stosował również pewne rytuały na uspokojenie, które później interpretował jako bardzo podobne do rytuałów różnych pierwotnych kultur. Z tego doświadczenia i jego interpretacji stworzył później koncepcję archetypów i zbiorowej nieświadomości. Sprawiły również, że zdecydował się zgłębić temat psychiatrii, jako łączącej ciało i ducha.

W 1895 rozpoczął studia medyczne, a w 1900 zaczął pracować w szpitalu pod kierownictwem Eugene Bleulera (twórcy terminów takich jak „schizofrenia” i „autyzm”). Ten korespondował już z Zygmuntem Freudem i pod auspicjami Bleulera, również Jung nawiązał taką korespondencję. Ta przerodziła się w bliską, sześcioletnią współpracę i przyjaźń. Obaj byli jednak uparci i ambitni, więc gdy Jung opublikował książkę z tezami mocno odstającymi od tez Freuda, panowie na trwałe się poróżnili. Sam Jung ciężko to przeżył (być może w połączeniu z wybuchem wojny). Na pewno nie pomógł fakt, że dominująca rola Freuda w ówczesnej psychiatrii doprowadziła do towarzysko-zawodowej banicji Junga. Ośmielił się podnieść głos przeciwko autorytetowi i został za to ukarany społecznie. Czas ten był dla Junga bardzo trudny (współcześni autorzy określają to wręcz jako „przewlekły epizod psychotyczny”, a więc stan poważnego zaburzenia poczytalności), ale jednocześnie transformujący. Być może odezwały się tu skłonności odziedziczone po matce? Sam Jung określał ten czas jako psychozę lub schizofrenię, choć dziś zapewne diagnozowalibyśmy to nieco inaczej.

Normalny człowiek, który zgłosiłby się do swojego psychiatry, nawet w tamtym okresie, z podobnymi objawami, zostałby zdiagnozowany i zasugerowano by mu ignorowanie doświadczeń, jakie przeżywa. Ale Jung sam był psychiatrą – zamiast więc zgłosić się do kolegi po fachu, przez przeszło sześć lat zaczął prowokować, zgłębiać i spisywać swoje psychotyczne halucynacje. Większość treści i koncepcji z którymi dziś kojarzymy Junga jest właśnie pochodną tych psychotycznych wizji. Zwykle nie były w żaden sposób weryfikowane naukowo (a jeśli były, to test ten oblewały). Jednocześnie, w odróżnieniu od jego pierwszych publikacji, są pisane żywiej, barwniej, w bardziej angażujący sposób. Trafiają do fantazji i wyobrażeń czytelników. Zapewne to zapewniło im taką popularność i długowieczność.


Nie mam nic przeciwko wykorzystywaniu takich doświadczeń psychotycznych do eksploracji swojego wewnętrznego świata. Jasne, dobrze, by było to pod opieką jakiegoś terapeuty, ale przynajmniej część nurtów terapeutycznych jak najbardziej porusza takie aspekty doznań pacjenta. Nie ma w tym nic złego. Sądzę nawet, że umiarkowane dawkowanie sobie takich doświadczeń celowo, jak popularne w środowisku psychologicznym w USA lat 70-tych eksperymenty z halucynogenami, może mieć jakąś wartość. Tylko ponownie, do poznania siebie.

Carl Gustaw Jung zamiast tego wykorzystał te doświadczenia do prób opisania psychiki wszystkich ludzi. Zapewne w oparciu o swoje wcześniejsze poglądy n.t. zbiorowej nieświadomości, którą dzielą wszyscy ludzie. Przy takim założeniu poznanie i zrozumienie siebie pozwala też zrozumieć wszystkich innych ludzi.

Tyle tylko, że to założenie jest błędne. Zbiorowa nieświadomość jest koncepcją w najlepszym razie niefalsyfikowalną. Tam gdzie wynikają z niej falsyfikowalne tezy, nie jest im w stanie podołać.

Dlatego wszelkie prace Junga po 1913 można, a nawet warto traktować jako ciekawe teksty filozoficzne, albo jeszcze ciekawsze próby poradzenia sobie i racjonalizacji choroby przez zaburzonego człowieka. Nie można natomiast pod żadnym pozorem traktować ich jako twardych koncepcji psychologicznych, a tym bardziej jako coś, czego psychologia miała rzekomo dowieść.


Gdzie tu szkoda?

Podstawową szkodą jest szerzenie dezinformacji, przyczynianie się do zbiorowego ogłupienia ludzkości. To nigdy nie jest dobra rzecz. Wtórnym problemem są różne mniej lub bardziej oderwane produkty oparte na ideach Junga, choćby MBTI.

Ide Junga były fantazjami. Ciekawymi fantazjami, ale wciąż fantazjami. Cokolwiek co na nich opieramy, ma takie podstawy teoretyczne, jakbyśmy opierali to na mitach greckich i Zeusie zmieniającym się w łabędzia by wyrwać pannę. Darujmy sobie :)


Powrót do strony cyklu.


Nadchodzi kolejna edycja Praktyka Beyond NLP. 9 dni. 6-12 osób. Ponad 70 narzędzi rozwojowych. Ponad 100 stron szczegółowego skryptu. Po prostu kawał solidnego szkolenia na którym poznasz tajniki komunikacji, inteligencji emocjonalnej i skuteczności osobistej. Do 3 lipca w przedpłacie! Więcej informacji znajdziesz TUTAJ


Jeśli lubisz te materiały, polub i fanpage bloga :)


Podziel się tym tekstem ze znajomymi:
Następny wpis
Poprzedni wpis
  • Źródło archetypów – wspomnienia Junga sugerują co innego.

    „Chętnie poznam, jakie założenia Junga oblały weryfikację naukową – jakieś źródła?” Zacznijmy od tego, że działa to w drugą stronę – dowodzi się działania założenia, nie podważa. Tym niemniej wymieniasz kilka przykładowych poniżej i odniosę się do nich.

    „Autor artykułu żongluje etykietkami „normalny” i „zaburzony” kompletnie
    nie odnosząc się do ogromnego wkładu myśli Junga w nurt antypsychiatrii”
    Anty-psychiatrzy być może grupowo zasłużą na oddzielny artykuł. Sęk w tym, że nurt antypsychiatrii NIE JEST nurtem naukowym w psychologii ani medycynie. Więc „ogromny wkład myśli Junga w nurt antypsychiatrii” można porównać do „ogromnego wkładu myśli Junga w nurt mitologii Cthulhu”;) A wiesz, Hastur jest super, chciałbym kiedyś przeczytać oryginalnego „Króla w żółci” (PDK ;) ), ale, jakby to ująć… nie wzbogaca to nijak wiedzy o człowieku.

    „(Jung, dzięki koncepcji nieświadomości zbiorowej, stworzył podwaliny do
    tego, aby wydobyć psychologię ponad ramy specyficzne dla danej kultury –
    co relatywizuje i tym samym wywraca do góry nogami klasyfikacje
    zaburzeń psychicznych).” Tyle tylko, że ponownie, to nie miało miejsca. Antypsychiatrzy od początku funkcjonowali poza systemem nauki. Ich obecność miała zapewne nieco pozytywnych efektów dla psychiatrii – po prostu dlatego, że była jakaś skoncentrowana zewnętrzna siła wchodząca w interakcje z psychiatrią.Ale to by było na tyle.

    „- Gdyby autorowi chciało się rzetelnie
    podejść do tematu i zapoznać się z nurtem zapoczątkowanym przez Junga,
    to zamiast pisać ogólnikowo, mógłby odnieść się do jego konkretnych
    założeń, takich jak np:”

    Mówisz, masz :)

    „ignorowanie przez człowieka jego wewnętrznych doświadczeń (odniesienie do fragmentu artykułu) jest źródłem neuroz;” Nie, nie jest. Ale tak serio nie jest. W psychiatrii ani psychologii od dawna nie używa się już terminu „neuroza” (patrz DSM czy ICD). To powiedziawszy, koncepcja z neurozami była de facto przedłużeniem koncepcji psychoanalitycznej Freuda, w której układ emocjonalny był jak układ hydrauliczny. Ale nasze emocje nie działają jak hydraulika :)

    „psychika sama w sobie zawiera potencjał do tego, aby się uzdrowić;”

    1) Nie była to oryginalna koncepcja Junga.
    2) Nie jest to bynajmniej zawsze prawda, a tam gdzie jest zwykle jest to diagnoza po, a nie przed faktem.

    „symptomy / objawy są próbą samoleczenia, jaką podejmuje psychika – jednak zazwyczaj postrzegamy je jako zagrożenie i odrzucamy to, co mają nam do przekazania;” – no więc to jest właśnie kolejna fantazja i pochodna metafory hydraulicznej :) Proszę, poczytaj coś ze współczesnej psychiatrii, neurologii i neurokognitywistyki. Twój obraz tego jak działa mózg i psychika jest jakieś 90 lat za współczesną wiedzą.

    „równie ważne jest dostosowanie się do swojej
    rzeczywistości wewnętrznej (na drodze procesu, który Jung nazwał
    indywiduacją), jak do rzeczywistości zewnętrznej (na drodze
    socjalizacji)” – cool, ale to już taki James twierdził.

    „… i wielu innych (można śmiało potraktować
    powyższe koncepcje jako zaproszenie do napisania kolejnego artykułu o
    krytycznym spojrzeniu na fake guru – bo samą ideę uważam za szczytną).”
    Tylko po co, skoro na razie są to w większości banialuki?

    • Robert Jarlaczyk

      „”Chętnie poznam, jakie założenia Junga oblały weryfikację naukową – jakieś źródła?” Zacznijmy od tego, że działa to w drugą stronę – dowodzi się działania założenia, nie podważa.”

      Moim zdaniem Karol nie postulował czegoś przeciwnego, poprosił jedynie o źródła na temat badań które już miały miejsce, i w których założenia Junga się nie sprawdziły.

      Napisałeś np. „Zbiorowa nieświadomość jest koncepcją w najlepszym razie niefalsyfikowalną. Tam gdzie wynikają z niej falsyfikowalne tezy, nie jest im w stanie podołać.” i bardzo chętnie bym o tym poczytał bo nie miałem styczności z tymi badaniami :)

      Trochę daje po oczach zerojedynkowość podejścia do ruchu antypsychiatrycznego. To że coś nie jest nurtem naukowym w psychologii (czy gdziekolwiek indziej) nie oznacza z automatu że jest czystą fantazją na poziomie Lovercrafta czy dajmy na to Tolkiena. Moim zdaniem jest to pewne spektrum. Pomiędzy twardą nauką a mitem jest szereg stanów pośrednich. Metoda naukowa nie pojawiła się nagle w akcie objawienia dla całej cywilizacji przecież, dochodziliśmy do niej powoli a wcześniejsze próby zrozumienia działania świata stawiały swoje kroki w różnych miejscach tego spektrum, od fantazji poprzez różne obserwacje świata i próby wnioskowania na bazie dostępnych danych na jego temat, aż po quasi-naukowe, czy całkiem przypominające współczesną naukę metody. Zgodzę się z tym że metoda naukowa to jedyny znany nam póki co sposób na ocenienie czy dana hipoteza jest obiektywnie prawdziwa (czyli możemy zaobserwować intersubiektywnie zjawiska które przewiduje). Nie zgodzę się natomiast z tym by tylko ona miała wartość jeśli chodzi o poznanie prawdy. Bo pytanie o prawdę jest pytaniem nie tylko o to jak ją zweryfikujemy, ale też o to co do niej potrafi prowadzić. Pewnie powiesz, że metoda naukowa jest najskuteczniejsza, więc tylko jej poświęcajmy czas, ale faktem jest że nie zawsze są na to pieniądze oraz nie zawsze okoliczności temu sprzyjają, albo wręcz środowisko naukowe jest czemuś przeciwne (czynnik ludzki, jeśli grupa osób zbudowała karierę na jakimś podejściu i dostaje na to dofinansowania, a ktoś im to podważa, mogą niechętnie czy wręcz buntowniczo do tego podchodzić. oczywiście bardzo naukowe byłoby podejście otwarte, ale to tylko ludzie, zdarza im się fałszować nawet badania, a chęć zachowania status quo bywa silniejsza więc c’mon…) a mogą się pojawiać wartościowe prądy, nurty myślowe oparte na obserwacji świata które mogą coś wnieść i często nim ktoś się zabrał za naukę przez duże N, od tego zaczynał.
      Zdecydowanie ja tu widzę pewne spektrum, i akurat pomiędzy podejściem „napiszę sobie bajkę o wyimaginowanym świecie” a „mam pewne obserwacje na temat świata i się nimi podzielę” widzę różnicę. I ruch antypsychiatryczny akurat miał pewne obserwacje na temat pewnego aspektu świata, oraz wnioski, z których oczywiście pewne nie są dobrze uzasadnione, nie mniej jest to totalnie coś innego od pisania historii nieistniejących postaci w wymyślonym świecie.

      W dużym skrócie Twoje twierdzenie że ruch antypsychiatryczny to ten sam poziom odniesienia się do rzeczywistości i jej zrozumienia co opowiadania Lovercrafta jest moim zdaniem nielogiczne.

      Fakt faktem ich niektóre pomysły uważam za nieźle odjechane ale po zdaniu „Ich obecność miała zapewne nieco pozytywnych efektów dla psychiatrii – po prostu dlatego, że była jakaś skoncentrowana zewnętrzna siła wchodząca w interakcje z psychiatrią.Ale to by było na tyle.” brakuje mi wskazania co Ciebie przekonało do tego by mieć taką opinię. W ogóle ktoś to badał, jakie postawy, podejścia i idee antypsychiatryczne wpłynęły na psychiatrię/psychologię lub zostały przez nie przejęte?

      • Bekier Piotr

        „Zgodzę się z tym że metoda naukowa to jedyny znany nam póki co sposób na
        ocenienie czy dana hipoteza jest obiektywnie prawdziwa (czyli możemy
        zaobserwować intersubiektywnie zjawiska które przewiduje). Nie zgodzę
        się natomiast z tym by tylko ona miała wartość jeśli chodzi o poznanie
        prawdy. Bo pytanie o prawdę jest pytaniem nie tylko o to jak ją
        zweryfikujemy, ale też o to co do niej potrafi prowadzić.”

        Mógłbyś dla mnie rozwinąć ten wątek ponieważ nie rozumiem tego, skoro nauka jest najlepszą metodą do poznania obiektywnej prawdy, to po co komplikować sobie życie na metody które będą dużo mniej trafne i bardziej nieobiektywne? Poza tym metoda naukowa nie wyklucza innowacji. To prawda że czasami dochodzi do „czynnika ludzkiego” nawet u naukowców ale nawet jeśli to czym prędzej czym później jest to weryfikowane, jest to może i powolny proces, ale o wiele bezpieczniejszy niż sugerowanie się o wiele mniej trafnymi metodami. To że zaobserwuje tysiąc 1000 zjawisk ale tylko 10 okaże się trafnie zinterpretowanymi nie oznacza, że powinniśmy sugerować się tą metodą bo pozostałe 990 zostało zinterpretowanych błędnie… To po protu nie praktyczne

        • Robert Jarlaczyk

          „Mógłbyś dla mnie rozwinąć ten wątek ponieważ nie rozumiem tego,”

          Rozwijam to trochę w swoim komentarzu kilka zdań później więc doczytaj proszę. Dodam jeszcze że nie zrównywałbym też pojęć takich jak nauka i metoda naukowa, nie wiem czy to zabieg zamierzony czy niechcący Ci tak wyszło, ale to nie są tożsame pojęcia. Podejrzewam że nie miałeś okazji zapoznać się głębiej z takimi zagadnieniami jak filozofia nauki i historia filozofii i z racji nieznajomości tych zagadnień możesz mieć nieadekwatny obraz tej dziedziny. Tak w ogromnym skrócie, proces dochodzenia do hipotez które potem przy pomocy metody naukowej można weryfikować jest często bardzo irracjonalny, bardzo nienaukowy w rozumieniu postulowania czegoś co stoi czasem w jawnej sprzeczności z założeniami przyjmowanymi w danym momencie, szczególnie jest to obecne przy zmianach paradygmatu w jakiejś dziedzinie, czasem inspirowany dziedzinami spoza obszaru nauki. Poza tym nauka nie jest i nie będzie nigdy oderwana od rzeczywistości w której funkcjonuje a więc np. trendów jakie się w niej przejawiają, lokalnie czy globalnie itp. Uważam że jeśli ktoś się interesuje nauką to warto żeby znał historię rozwoju różnych obecnych w niej założeń, oraz ograniczeń jakie mają metody którymi się posługuje. Pytasz po co zajmować się innymi metodami, a historia nauki pokazuje nie tylko że nie da się nauki oderwać od innych metod ale wręcz były one nierozerwalnie związane z rozwojem nauki. Wydaje mi się, i mogę się tu mylić, to taka moja zgadywanka, że pod słowem nauka rozumiesz nie naukę a obowiązujący w niej obecnie paradygmat i zakres problemów oraz sposoby ich rozwiązywania w jego ramach. A tak nie jest. I historia nauki to historia zmian paradygmatów, ciągła. Wiążąca się z rewolucjami, weryfikacją dotychczasowych metod i podejść, walką z uprzedzeniami itd. Polecam się temu przyjrzeć tak od kilkuset lat wstecz co najmniej i prześledzić, zobaczysz że każdy paradygmat cechował się tym że naukowcy którzy żyli w jego epoce, byli przekonani najczęściej o tym, że mają już niemal pełny obraz świata któremu brakuje tylko paru detali których badaniu poświęcali życie. I tak w kółko. Metoda naukowa jest tylko i wyłącznie narzędziem do weryfikacji zjawisk w ramach założeń w przyjętym paradygmacie, i za jakiś czas znowu będzie rewolucja, zmiana paradygmatu, weryfikacja metod i założeń i będą nowe. Tyle tylko że rozwój tej dziedziny trwa na tyle długo że nasza cywilizacja ma szansę wynieść ten proces na poziom świadomy i uelastycznić mindset naszych naukowców. Na koniec zacytuję Maxa Plancka ” nowa prawda naukowa nie triumfuje wskutek zwycięstwa nad swymi oponentami, zmusiwszy ich, aby przejrzeli, ale raczej dlatego, że jej przeciwnicy w końcu umierają i dorasta nowe pokolenie, któremu nie będzie ona już obca”. Moim zdaniem fajnie by to było zmienić :)
          p.s. Do czynnika ludzkiego nie dochodzi „czasem” ;-) historia fałszowania badań i przepychania własnych interesów jest długa i obfita. To nie jest zjawisko które czasem sobie zaistnieje ale poza tym jest ok :)

          • Bekier Piotr

            ok, z miłą chęcią zapoznałbym się z jakimiś publikacjami na temat historii nauki bo faktycznie, być może za mało na ten temat wiem, jeśli jesteś w stanie dać chociaż jedną taką publikacje to byłoby super.

            Ciężko mi dyskutować na ten temat, po prostu wiedza którą posiadam jest za mała to też pytałem raczej w formie dowiedzenia się czegoś niż chęci udowodnienia swoich racji, bo takowych nie mam.

            Ogólnie dziękuje za odpowiedź :)

          • Bekier Piotr

            Ps. fajnie by też było gdyby ktoś jeszcze inny odniósł się do tego co piszesz by poznać inne zdanie na ten temat. Co prawda nie wyrobie sobie zdania na ten temat od dwóch osób ale dałoby mi możliwość spojrzeć na to z innej perspektywy, nie koniecznie zgadzającej się z tobą.

          • Robert Jarlaczyk

            „Struktura rewolucji naukowych” – T.Kuhn
            „Logika odkrycia naukowego” K. Popper
            „Philosophy of Science” P.Frank
            Polecam rozpocząć z tym.
            Pozdrawiam :)

    • Adrian

      „Ich obecność miała zapewne nieco pozytywnych efektów dla psychiatrii – po prostu dlatego, że była jakaś skoncentrowana zewnętrzna siła wchodząca w interakcje z psychiatrią.Ale to by było na tyle.”

      Tak na dobrą sprawę tych pozytywnych efektów było całkiem sporo. DSM-III, dyskusja na temat samego pojęcia „choroba psychiczna”, czy upodmiotowienie pacjenta (np. dzięki zmianom w prawie – przede wszystkim aspekty leczenia wbrew woli pacjenta).

      „Ale tak serio nie jest. W psychiatrii ani psychologii od dawna nie używa się już terminu „neuroza” (patrz DSM czy ICD).”

      Terminu nerwica też się teoretycznie nie używa (bo w DSM go nie ma, a w ICD-10 ostało się jedynie w nazwie kategorii), a oddziałów/poradni leczenia zaburzeń nerwicowych mamy całą masę.

      Określenia mają być neutralne i niestygmatyzujące – stąd histrioniczny zamiast histerycznego i choroba afektywa dwubiegunowa zamiast psychozy maniakalno-depresyjnej. Wiele pojęc przeniknęło do języka potocznego zmieniając sens i stając się czymś w charakterze wyzwisk (vide psychopata).

      Niemniej jednak w różnych nurtach psychoterapii, które opierają się na psychoanalizie i jej podobnych często używa się klasycznych pojęć. Ja tam na tę neurozę mogę oko przymknąć mimo, że najczęściej pojęcie to (nawet w literaturze psychodynamicznej) wspomina się w kontekście historycznym.

      „Źródło archetypów – wspomnienia Junga sugerują co innego.”

      z tego co kojarzę to archetypy są efektem własnych doświadczeń Junga i analizy materiału pochodzącego z pracy z pacjentami. Wspomniana freudowska teoria o zazdrości seksualnej powstała w podobny sposób. Najpierw po śmierci ojca Freud odkrył swoją miłość do matki i zazdrość do ojca, a następnie znalazl podobne treści w czasie analizy pacjentów.

      Obaj panowie mieli tendencję do ugólniania. Z „byłem zazdrosny o matkę” zrobiło się „każdy mężczyzna był Edypem”, a analizy pacjentek histerycznych powstało przekonanie, że każda kobieta zazdrości płci męskiej posiadania siusiaka.

  • Mirosław Piróg

    Przeczytałem tekst i

    rozumiem, że forma eseistyczna ma swe prawa. Jednak należy te prawa
    szanować. Znaczy to, że szafowanie kryteriami nienaukowości czy
    też niefalsyfikowalności wobec koncepcji Junga bez umieszczenia w
    tekście żadnych argumentów merytorycznych – czyli naukowych –
    jest po prostu absolutnie nieprzekonywujące i przypomina potrząsanie
    szamańską grzechotką w celu otumanienia naiwnych. Chciałem
    podjąć dyskusję merytoryczną, ale jest ona niemożliwa, gdyż nie
    ma w tym tekście żadnych merytorycznych zarzutów, tylko osobiste
    opinie, oparte na zatrważająco nikłej wiedzy o koncepcji Junga. Są
    natomiast błędy merytoryczne, jak na przykład stwierdzenie, że
    Jung określał to, co przeżywał jako psychozę czy schizofrenię,
    albo też że Jung wysnuł swoją koncepcję jedynie ze swych
    doświadczeń w wieku 12 lat (było wprost odwrotnie). Poproszę
    zatem o tekst, w którym słowo „nauka” nie byłoby tylko
    ozdobnikiem retorycznym.

  • Spioch

    Nie mam duzej wiedzy nt. osobowosci czlowieka i w dodatku nigdy zbytnio nie przygladalem sie zachowaniom ludzi, ale ostatnio bardzo mnie to zainteresowalo. Od jakiegos czasu zywo zainteresowałem sie MBTI i staralem sie obserwowac zachowania ludzi przez jego pryzmat, sam mialem pewnwe przyslenia ale widze ze tutaj Arturze krtykujesz koncepcje Junga. Jestem ciekaw co sądzicie o samym MBTI? Jakie ma wady i czy ma zalety? Czy czas poswiecony na zapoznanie się z nią był czasem stracony czy rzewiscie można coś wyciągnąć z tej koncepcji?

    Z drugiej strony,j akie Arturze pozycja z nowoczesnej literatury nt. Funkcjonowania mozgu poldcalbys? Wspomniałeś miedzyinnymi o neurokognitywistyce?

    Zaoftopuje też – MBTI wydało mi sztywnym schematem i rozpatrywalem też inne wpływy na czlowieka, ostatnio zastanawiałem się nad polaryzacja między osobowością dominujaca i uległa. Czy z kolei tą koncepcja jest warta uwagi, a jeżeli tak to którego autora byście polecali?