Wielu komentatorów sugeruje, że żyjemy w czasach wyjątkowych politycznie. Kampanie wyborcze nigdy nie były tak brutalne. Przekaz w ich trakcie nigdy nie był tak oderwany od prawdy i faktów. Nie kandydowały jeszcze nigdy tak obrzydliwe postacie…

No cóż: nic z tego nie jest prawdą.

Mieliśmy już taką i gorszą propagandę (polecam przejrzenie archiwów prasowych np. z czasów wejścia do UE). Mieliśmy już tak obrzydliwych polityków. Mieliśmy już dużo bardziej brutalne kampanie polityczne.

Jedna rzecz jest jednak faktycznie wyjątkowa i to w dużej części świata.

Jeszcze nigdy we współczesnej historii „podziały plemienne” między zwolennikami poszczególnych partii nie były aż tak silne. Jeszcze nigdy chęć do współpracy między poszczególnymi siłami politycznymi nie była tak niska. Wzajemna niechęć, lęk czy pogarda są absolutnie na najwyższym poziomie od kiedy zaczęto to badać.

I jest to faktycznym problemem i zagrożeniem. Bo koniec końców, nawet jeśli w wielu kwestiach np. Republikanie i Demokraci się różnią, to jest też duży obszar wspólny. Rzeczy na które wszyscy mogliby się zgodzić…


Kiedyś. Kiedy w ogóle ze sobą dyskutowali.

Im większe bariery między ugrupowaniami politycznymi (oraz ich zwolennikami), tym mniejsza szansa na dogadanie się nawet w tych obszarach, co do których wszyscy się zgadzają. Działają tu po prostu mechanizmy plemienne i grupowe.

„Ich” pomysły są złe. Wszystkie. Z definicji. Przyznanie, że „oni” mogliby cokolwiek dobrego zrobić jest traktowane jako ujma na honorze. Zdrada SPRAWY.

I vice versa, oczywiście.

Internet oczywiście ułatwia takie zachowanie.


Z jednej strony zamyka nas w bańce podobnych poglądów, dając nam poczucie, że „nasza” grupa jest dużo większa, niż w rzeczywistości. To sprawia, że przestajemy czuć potrzebę szukania szerszego grona sojuszników. Sami sobie poradzimy, nie musimy iść na kompromisy z innymi, którzy tylko częściowo się z nami zgadzają!

Z drugiej strony, ten sam internet ułatwia przekazywanie krytycznych uwag i komentarzy. (Pochwalnych też, ale te dużo łatwiej załatwia się „polub” czy „udostępnij”, które angażują w dużo mniejszym stopniu.) To łatwo prowadzi do zaognienia sporów.


To wszystko generuje duże zagrożenia. Podałem przykład polityki, ale rzecz jasna dotyka to również innych obszarów. Prowadzi do dalszej atomizacji społeczeństwa.

Co, jeśli chcesz to zmienić? Jeśli chcesz znaleźć coś wspólnego? Są na to dwa narzędzia…



Przerwa na reklamę ;)


Lean Mind Experience - kurs, który zapewni Ci narzędzia do niezwykle głębokiego rozwoju. Dziewięć intensywnych dni, trzy zjazdy rozwojowe, poświęcone Twoim relacjom, skutecznemu działaniu i świadomości emocjonalnej. Nasycony praktycznymi rozwiązaniami, skupiony na tym, co buduje w Twoim życiu realną, codzienną wartość. Esencja ponad dziesięciolecia pracy nad skutecznym rozwojem. 


Wracamy do artykułu :)



Ciekawym zbiegiem okoliczności, metody służące budowaniu porozumienia i znajdowaniu obszarów wspólnych stanowią swoje zupełne przeciwieństwo. Jedna z nich opiera się na zgromadzeniu jak największej ilości szczegółowych przykładów. Druga, przeciwnie, opiera się na wejściu na dostatecznie ogólny poziom, by znaleźć coś wspólnego.


Na sto rzeczy zgadzamy się w sześćdziesięciu…

Jakieś trzy lata temu eksperymentalnie wrzuciłem na bloga wpis stanowiący przegląd moich poglądów polityczno-społeczno-ekonomicznych. Ciekawe było to, jak wiele osób – nawet tych, które na codzień mnie nie lubiły i aktywnie krytykowały – po tym wpisie stwierdziły, że w sumie w dużej mierze się zgadzają z tym co napisałem. Ba, nawet relacje z niektórymi z nich (zwykle tymczasowo) uległy pewnej poprawie!

Sytuacja ta jest przykładem pierwszej z poruszanych metod. Twoje poglądy to nie jedno czy dwa hasła, ale ogromna ilość różnych idei.

Jeśli skupisz się na jednym haśle, jednej kwestii typu aborcja czy prawo do posiadania broni, szanse na znalezienie porozumienia będą niewielkie.

Jeśli jednak poruszysz dwadzieścia kwestii, albo pięćdziesiąt… To okaże się, że w pewnych sprawach zgadzasz się z drugą stroną. Jasne, różnicie się poglądami na temat imigracji, podatku dochodowego i religii, ale zgadzacie się co do niedofinansowania szpitali oraz co do tego, że serial Daredevil jest do kitu!

Możesz zapytać „Co z tego? W końcu w wielu rzeczach wciąż się nie zgadzamy!”

Owszem! Nie zgadzacie się. Ale macie też coś wspólnego. Sprawa nie jest już taka zerojedynkowa. A to bardzo, bardzo istotne rozróżnienie! To już nie jest „ten obcy jak-on-może-tak-myśleć?!” To „no-dobra-tu-i-tu-jest-głupim-bucem-ale-tu-i-tu-mówi-całkiem-sensownie”.

To przestrzeń do dialogu i współpracy. Nie nad wszystkim – ale przynajmniej nad pewnymi kwestiami.


Przy okazji, ciekawa demonstracja błędów poznawczych w działaniu. Zanim zajrzałem do tego postu, sądziłem, że dużo więcej moich ówczesnych poglądów (w końcu to tylko trzy lata!) było podobnych do moich współczesnych. Naprawdę nie doceniałem w ilu obszarach uległy one modyfikacji. Co jest bardzo konkretnym błędem poznawczym, tzw. consistency bias. Może czas na nowy wpis o poglądach? :)


Zacznijmy od podstaw

Drugie narzędzie znajdowania porozumienia działa od całkowicie odwrotnej strony. Służy szukaniu porozumienia tam, gdzie faktycznie zajmujecie się jedną kwestią, taką jak np. narkotyki.

Opiera się na tym, że nasze stanowiska rzadko kiedy istnieją w próżni. Zwykle stanowią złożone wnioskowanie od przesłanki A do wniosku Z, przez kilka-kilkadziesiąt etapów pośrednich.

O ile na etapie wniosków porozumienie będzie trudne, o tyle rozpoczęcie od przesłanki daje dużo większą przestrzeń na porozumienie. Albo przynajmniej zatarcie części różnic.

Dlatego metoda ta sprowadza się do wyjścia do bardziej ogólnego poziomu. Do dojścia do wspólnych wartości czy założeń, co do których obydwie strony mogą się zgodzić. Założenia te czy wartości będą zwykle dość ogólne, jasne. To właśnie dzięki temu mogą być wspólne. Dzięki temu można też o nich jasno rozmawiać i dojść do jakichś wspólnych wniosków. Po prostu – gdy startujemy od wspólnych przesłanek, chęć „dokopania” drugiej stronie jest dużo mniejsza, niż gdy zaczynamy na poziomie przeciwnych wniosków.


Żeby nie było tak różowo

Powyższe metody mają oczywiście jedno duże ograniczenie. Wymagają jednego zasobu, który we współczesnym świecie, a zwłaszcza w internecie, jest mocno ograniczony.

Czasu.

Względnie – czasu i chęci jego zainwestowania, często w dyskusję z nieznajomym i anonimowym człowiekiem. O to dziś trudno – za dużo ciekawszych i atrakcyjniejszych alternatyw, choćby w formie śmiesznych filmików o kotkach na youtube. (Tak, też je oglądam :P )

Dlatego nie łudzę się, że nagle po lekturze tego wpisu zaczniesz masowo korzystać z tych narzędzi. Sam z nich masowo nie korzystam, więc jak mógłbym tego oczekiwać od Ciebie?

Wystarczy jednak, żeby zacząć ich używać nieco częściej. Już to może wiele zmienić. Kilka z moich dzisiejszych dobrych znajomości wzięło się z tego, że kiedyś zdecydowałem się zainwestować tą odrobinę więcej czasu i znaleźć coś wspólnego. Czego i Tobie serdecznie życzę :)

(Tzn. nie dobrej znajomości ze mną – jestem wrednym cynikiem i w ogóle. Po prostu korzyści towarzyskich z zastosowaniu powyższych narzędzi i poszerzenia swojego grona znajomych o osoby demonstrujące również inne poglądy.)



Jeśli cenisz treści z tego bloga, zostań patronem na Patronite i postaw mi kawę.

Im więcej kawy w Arturze, tym więcej ciekawych treści Artur generuje ;)


Podziel się tym tekstem ze znajomymi:
Następny wpis
Poprzedni wpis