Duchowość, religijność i stara, dobra magia…

Przy okazji katolickiego Święta Zmarłych powraca jak co roku dyskusja o Halloween jako o święcie pogańskim, szamańskim czy wręcz magicznym. Jest to o tyle ironiczne, że Halloween wykreowali w popularnej świadomości Irlandczycy, katoliccy uciekinierzy przed protestanckim prześladowaniem. W praktyce mamy więc konflikt dwóch perspektyw na katolicyzm (oraz popkulturę, która zawłaszczyła tą okazję tak samo, jak zawłaszczyła np. Święta Bożego Narodzenia). Oczywiście typowy człowiek i tak wzruszy ramionami i stwierdzi, że nie ma o co robić afery. Tym, czym jest Halloween będą się zajmowali głównie głęboko religijni, a i to nie wszyscy.

Daje nam to jednak fajną okazję do przyjrzenia się samej religii i jej rzekomej niechęci do magii czy szamanizmu. Jeśli bowiem przyjrzymy się temu, jak większość osób podchodzi do religii, zobaczymy właśnie zachowania typowo magiczne. Zobaczymy bardzo pierwotne rytuały i wyobrażenia, podstawowe relacje społeczne uogólniane na bóstwa wszelkiego rodzaju. Tak naprawdę naszej duchowości dużo bliżej jest np. greckim wyobrażeniom o bóstwach, które można było upić, przekupić czy oszukać, niż jakiejkolwiek koncepcji wszechmogącego i wszechwiedzącego boga, wpisanej we współczesne religie monoteistyczne.

Weźmy na przykład kwestię modlitw błagalnych. Modlitw, w których prosi się bóstwo (Jhvh, Allacha, jakkolwiek) o jakąś łaskę, sukces w życiu, czy choćby zdrowie dla bliskiej osoby. Pod spodem mamy tu tak naprawdę relację feudalną, chłopa proszącego jaśnie pana o datek. Układ zupełnie niemożliwy, jeśli mielibyśmy do czynienia z istotą dobrą, wszechmogącą i wszechwiedzącą. W końcu taka istota wiedziałaby najlepiej jaki „datek” jest potrzebny i (jako dobra) sama by tego „datku” udzielała w odpowiedniej chwili. Nie zmieniałaby zdania pod wpływem ludzkich błagań – bo dając coś za wcześnie lub za późno czyniłaby świadomie (wszechwiedza) szkodę. A przecież jest dobra, więc jak mogłaby tą szkodę czynić?

Jeśli więc wierzymy, że modlitwy mogłyby cokolwiek dać, to musimy skreślać przynajmniej jedną z cech takiej triady. Albo dane bóstwo nie jest dobre i wymaga swego rodzaju przekupienia przez prośby. Albo nie jest wszechwiedzące – w końcu pan na włościach może nie wiedzieć, że akurat nasza rodzina ma problemy – i potrzebuje dodatkowych informacji. Albo nie jest wszechmocne i nasze modlitwy nadają mu moc (bardzo popularna koncepcja w fantastyce, notabene).

Ten układ „pana na włościach” jest jeszcze wzmacniany gdy weźmiemy pod uwagę tzw. „modlitwy o wstawiennictwo”. Czyli, np. w katolicyzmie modlimy się do Maryi czy do jakiegoś świętego, żeby „szepnął szefowi dobre słówko o nas”. Układ bardzo jasny i bardzo zrozumiały, ponownie, w ludzkich strukturach społecznych, gdzie faktycznie wiele rzeczy załatwia się takim „szepnij o mnie dobre słówko gdzie trzeba”. Czasem jest to zwykły nepotyzm, czasem kwestia tego, że osoby na szczycie hierarchii faktycznie nie mają odpowiedniego rozeznania i nie wiedzą gdzie pomoc z ich strony by się przydała – ale ludzie faktycznie w ten sposób działają. Jednocześnie trudno na poważnie wyobrazić sobie wszechmocny byt, który ktoś bierze na stronę i „no wie szef, tu by się cud urodzaju przydał, oni bardzo prosili, fajni ludzie są, szef im cud zrobi”.

Sęk w tym, że w ogóle wyobrażenie sobie wszechmocnego jest, cóż, poznawczo dość trudne. Nie będę twierdził, że niemożliwe, ale wymaga faktycznie dużego skupienia i rozważenia konsekwencji takiej cechy. To wyzwanie dla filozofów, teologów czy autorów fantastyki. Przeciętny wierzący nawet go nie podejmuje, zamiast tego uogólnia po prostu relacje społeczne, jakie sam zna lub jakich uczył się od innych.

W efekcie ogromna część naszej religijności przypomina tak naprawdę tę samą magię rytualną, jaką uprawiali nasi praprzodkowie przed tysiącami lat. Jest tak nie tylko w Katolicyzmie czy Chrześcijaństwie. Ba, nawet nie tylko w religiach monoteistycznych jak Islam czy Judaizm. Buddyści też szukają wsparcia różnych Bodhisattw, często w bardzo podobny „magiczny” sposób. Podobnie Shintoiści czy Hindusi. Pod spodem różnych rytuałów mamy tak naprawdę próby okiełznania chaosu i nieprzewidywalności świata. Próby negocjacji ze światem – „zrób tak jak chcę, a ja dam Ci coś w zamian”, gdzie to „coś w zamian” to w tym wypadku modlitwa. Zamiast magicznego symbolu – różaniec w samochodzie czy zdjęcie świętego w portfelu – czym różni się to od przyzwania ducha opiekuńczego i noszenia jego symbolu?

To zresztą wyjaśnia czemu tak wiele osób religijnych tak emocjonalnie reaguje na rzeczy w rodzaju Halloween czy wróżb na Andrzejki. Jeśli bowiem przyjmujesz (niekoniecznie w pełni świadomie) układ, w którym możesz przekonać jedno bóstwo do wsparcia Twojego działania, to dlaczego inni nie mogliby przekonać innych bóstw do swoich działań? I oczywiście, Twoje bóstwo jest najsilniejsze, Twój pan feudalny ma największą armię… Ale do zamku daleko i czy w razie najazdu zwolenników innych panów pomoc zdąży nadejść na czas? Na wszelki wypadek lepiej przekonać innych by też byli lojalni wobec Twojego pana i nawet nie wspominali o innych.


Miażdżąca większość religijności na świecie sprowadza się, w swojej naturze, do takiej pierwotnej, prymitywnej formy magii. Wydaje się, że – czysto ewolucyjnie – jesteśmy do takiego myślenia po prostu predysponowani.  Warto jest rozpoznawać innych ludzi, by móc na nich reagować lub przed nimi uciec.Te same struktury, które pozwalają nam lepiej rozpoznać twarz potencjalnego napastnika czającego się gdzieś w ciemnej bramie, sprzyjają też rozpoznawaniu twarzy w chmurach czy Jezusa na przypalonym toście. Warto jest rozumieć intencje innych osób, np. żeby się z nimi dogadać. Te same mechanizmy, które każą nam doszukiwać się intencjonalności w zachowaniu innych osób, każą nam doszukiwać się tej intencjonalności w tym co zrobiła twarz w chmurach. Albo w tym, że samochód „na złość” nie chciał nam zapalić. A skoro jest jakieś „czemu jest zła pogoda”, to jest też jakieś „dogadajmy się”, próby obłaskawienia tej intencjonalności po drugiej stronie.

Tego typu religijność widoczna jest na całym świecie i tak naprawdę większość religijnej patologii można sprowadzić do takiego sposobu myślenia. „Huragan był karą Boga za szerzący się homoseksualizm”, „Bóg chce, żebyśmy bili obcych”, „Uchwalenie tego prawa zadowoli Maryję”, „Powinniśmy zmienić prawo na bardziej podobające się Allahowi” itp. To wszystko tak naprawdę magiczne myślenie, sprowadzające rzeczone bóstwo do roli nieco silniejszego feudalnego pana, bawiącego się klockami świata. (Świetnie zresztą sparodiowane np. przez Grupę Darwin w ich cyklu o Rafale i Sławku.)  Paradoksalnie, trzymając się wytycznych większości religii, takie myślenie jest ze swojej natury swego rodzaju herezją, obniżającą rangę i moc danego bóstwa o wiele poziomów, czyniąc z niego co najwyżej lokalnego ducha opiekuńczego. No ale, jak już wspomniałem, to właśnie taki spirytyzm jest realnie podstawą większości współczesnej wiary.

Skłonność ta jest na tyle silna, że nawet u osób odrzucających wiarę religijną może się przejawiać na różne sposoby. „Wszechświat daje mi znaki” i podobne koncepcje są niczym innym, jak odmianą takiego religijnego mistycyzmu. Podobnie jak wiele klasycznych przesądów, w rodzaju „czarny kot przebiegł mi drogę, więc będzie nieszczęście”, czy „Nie będę zapeszał przed spotkaniem z klientem.” Choć to może nieco naciągane, to przyznam, że nawet rosnącą popularność tzw. realizmu magicznego, podciągnąłbym pod łagodną próbę podrapania tego poznawczego „swędzącego miejsca”…


Czy to znaczy, że prawdziwej duchowości czy wiary nie ma i być nie może? Że cała religijność sprowadza się do słabo ukrywanego myślenia magicznego i zaspakajania ewolucyjnych popędów?

Powiedziałbym, że niekoniecznie. Myślę, że będą pewne nurty religijności, które mogą być bardziej rozwojowe i złożone – choć niewątpliwie trudniejsze. O ile bowiem np. modlitwy błagalne czy o wsparcie to czysta magia, o tyle np. modlitwy dziękczynne mogą mieć już wartość psychologiczną. Wiemy, że praktyka wdzięczności – doceniania tego, co mamy, tego co dobre w życiu – przekłada się na realne korzyści, tak psychologiczne jak i behawioralne. Regularne modlitwy dziękczynne mogą mieć więc wartość nie tyle dla hipotetycznego bóstwa, ale dla jego bardzo namacalnych wyznawców. Pewne odmiany modlitw błagalnych mogą również mieć wartość psychologiczną – tam gdzie skupiają się tak naprawdę na nas i naszym myśleniu. Przychodzą mi tu na myśl np. dwie klasyczne modlitwy sufickieDaj mi czego potrzebuje i pozwól mi czynić co mogę.” i  Panie, jeśli czczę Cię z nadziei na niebo, zakaż mi wstępu do nieba. Jeśli czczę Cię z obawy przed piekłem, ześlij mnie do piekła.” Tego typu modlitwy mogą stanowić bardziej wskazówki w pracy nad sobą, niż realne próby „wynegocjowania lepszego układu od życia”. Tego typu duchowość czy religijność może więc faktycznie prowadzić do usprawnienia siebie i swojego życia.

Czy jest to najlepsza i najszybsza wersja, tego nie wiem. Przyznam, że patrzę na duchowość i religię jak na swego rodzaju proto-psychologię, niczym na alchemię względem chemii. Pewne nurty miały sens, dużo było tam odlotów, pewne kwestie były prawdopodobnie metaforami lub do zastosowania w jakichś konkretnych warunkach, ale zostały uogólnione i usztywnione jako powtarzany bezmyślnie rytuał. (Przez analogię do alchemii – jakaś reakcja chemiczna mogła działać w danym rejonie, bo ruda z lokalnych kopalni była zanieczyszczona w określony sposób, umożliwiający reakcję. Próby powtórzenia reakcji w innych ośrodkach alchemicznych mogły już nie być możliwe, ale zamiast porzucić koncepcję, zaczęto doszukiwać się jakichś tajnych elementów w przepisie, nieznanych szerokiemu odbiorcy.) Nawet jeśli nie jest to jednak najszybsza droga, to ze względu na te lepsze aspekty nie skreślałbym religijności w ogóle. Jednocześnie warto na pewno zacząć od rozważenia na ile, jeśli jesteśmy religijni, a na ile po prostu sięgamy po starą, dobrą magię – tylko dla odmiany nazywamy ją nieco inaczej. Zwłaszcza, jeśli chcielibyśmy w imię naszego myślenia magicznego ograniczać prawa i możliwości innych ludzi.


Z drugiej strony, nawet jeśli patrzysz na czyjąś religijność TRAFNIE jak na myślenie magiczne i wyraz takich prostych ewolucyjnych skłonności… Cóż, nazwanie tego wprost rzadko kiedy dobrze zadziała. Większość osób religijnych, nawet jeśli w praktyce realizuje swoją religię na poziomie myślenia magicznego, to dość silnie buduje na niej swoją tożsamość. Bezpośrednia konfrontacja pt. „Twoja tożsamość jest zła i sam/a w nią nie wierzysz tak naprawdę…” cóż, marne są tu szanse na sukces. Efektywniejsza, ewentualnie, może być próba spotkania się z takimi osobami wewnątrz ich własnego modelu świata. To jednak temat na inny wpis ;)



Potrzebujesz dawki solidnej determinacji do działania? Chcesz zaangażować się bardziej, usprawnić swoje działanie, wesprzeć swoją motywację? Chcesz by Ci się bardziej chciało, a co ważniejsze - chcesz być w stanie robić to co trzeba, nawet gdy Ci się niezbyt chce? Poznaj e-kurs Determinacja w Działaniu! 26 lekcji wideo, 210 minut, praktyczne i konkretne rozwiązania do wprowadzenia w życie od razu! Już teraz na Mindstore.pl


Podziel się tym tekstem ze znajomymi:
Następny wpis
Poprzedni wpis