Dlaczego nie lubię, gdy dziennikarze biorą się za naukę?

Przyznam, jestem uprzedzony. Nie lubię dziennikarzy wypowiadających się o tematach naukowych. Jestem zaś szczególnie cięty na nich wtedy, gdy zdecydują się napisać jakąś książkę popularnonaukową.

Oczywiście, są wyjątki. Po pierwsze są naukowcy, którzy zostają też dziennikarzami (np. Claudia Hammond), którzy wypadają dużo lepiej. Po drugie, są niektórzy dziennikarze, np. Rita Carter, którzy potrafią napisać wartościowe książki popularnonaukowe.

Ale większość dziennikarzy? Nie dość, że paprzą, to paprzą na bardzo powtarzalne i łatwe do przewidzenia sposoby.

Nie przeczę – książki pisane przez dziennikarzy czyta się często lepiej, niż książki pisane przez naukowców. Jest tak dlatego, że zadanie dziennikarza jest zupełnie inne, niż zadanie naukowca. Rolą naukowców jest docieranie do prawdy – oraz informowanie o niej. Natomiast dziennikarz ma przede wszystkim opowiedzieć ciekawą historię. Ma ona być w jakiejś mierze oparta na faktach – nikt nie oczekuje od dziennikarzy pisania fantastyki – ale mając do wyboru pełniejsze przedstawienie obrazu, albo ciekawiej napisaną historię, dziennikarz wybierze to drugie. (Fakt, dziennikarze śledczy są tu wyjątkiem. Jako jedyni mają rolę podobną do roli naukowców. Dlatego też od nich wymaga się zwykle dużo większej rzetelności, ostrożnego doboru słów, itp.)

Problem w tym, że nasze instynkty narracyjne – typy historii, jakie lubimy jako ludzie – niespecjalnie dobrze nakładają na rzeczywistość.


1. Schematy narracyjne

Dziennikarze poruszają się, wbrew pozorom, w bardzo podobnym zakresie historii, jak autorzy powieści czy stcenariuszy filmowych. Jedni i drudzy sięgają po powtarzalne schematy, które po prostu lubimy. Stąd np. tak wiele historii typu „Dawid przeciwko Goliatowi”. Lubimy nierównowagę w konflikcie,bo generuje ona napięcie. Dziennikarze nauczyli się więc nadawać konfliktom powtarzalne ramy „słaby kontra silny”. Nie byłoby w tym jeszcze nic złego – ale w ramy tego schematu wpisane jest domyślne założenie, że w takim konflikcie „słaby” ma moralną wyższość nad „silnym”.

I potem taki dziennikarz napisze artykuł lub ksiażkę np.  o medycynie alternatywnej, przedstawiając konflikt „słabego buntownika, który rzucił wyzwanie silnemu establishmentowi medycznemu”… Z automatu sugerując, że to słaby ma w tym konflikcie racje.

Takich typowych schematów jest kilkanaście i bardzo rzadko zdarza się dziennikarzom wychodzić w swojej pracy poza nie. Niby czemu, skoro – na poziomie narracji – działają? Takie ksiażki czy artykuły faktycznie czyta się lepiej. Nasze mózgi oczekują takich historii i dobrze się z nimi czują.

Tyle tylko, że po drodze historie te zniekształcają obraz rzeczywistości. I to już nie jest fajne, zwłascza gdy mowa o materiałach, które w założeniu mają edukować i uczyć. Zniekształcona wiedza jest dużo gorsza od braku wiedzy – bo daje złudne przekonanie, że coś tam wiemy i rozumiemy.


2. Schematy strukturalne

Skoro mowa o schematach, mój drugi duży problem z dziennikarzami to duża schematyczność strukturalna pisanych przez nich książek. Powiedz mi, czy to brzmi znajomo:

a) przedstawiamy osobistą historię jakiejś postaci (współczesnej lub historycznej)

b) na jej przykładzie omawiamy wybrany temat czy problem (często tu wprowadzamy wspomniane schematy narracyjne)

c) na koniec wracamy do naszego bohatera, z jakąś umoralniającą puentą

I tak co rozdział.

Nie zliczę jak wiele książek pisanych przez dziennikarzy pisana jest punkt w punkt z tym schematem. Każdy rozdział wg. dokładnie tej samej struktury… która fajnie sprawdza się w pojedynczych artykułach w Forbes’ie czy Polityce, ale słabo działa w książce. A działa słabo, bo ksiażka jest dłuższą formą, która wymaga innej struktury – bardziej spójnej i zintegrowanej niż antalogia oddzielnych felietonów na wybrany temat.


3. Niezrozumienie omawianego tematu

Osobnym problemem jest to, że większość dziennikarzy po prostu nie rozumie nauki. Nie rozumie o czym pisze, nie zna podstaw metody naukowej czy statystyki używanej w badaniach. Moim prywatnym hitem w temacie jest artykuł sprzed lat z jednego z dużych portali, WP albo Onetu, który twierdził, że „naukowcy dowiedli, że przyroda relaksuje”. Ponieważ artykuł ten przywoływany był w dyskusjach jako dowód na to, że naukowcy głupio badają oczywiste rzeczy, sięgnąłem po oryginalną publikację naukową, na której miał się opierać.

I co?

Cóż, pierwotne badanie sprawdzało, czy ludzie wystawieni na wieloznaczny sygnał dźwiękowy – szum, który można interpretować na różne sposoby – będą go interpretowali inaczej w zależności od tego, na jaki bodziec wzrokowy zostaną równocześnie wystawieni. Jak się okazało, owszem – osoby którym pokazano zdjęcie lasu uznały szum za relaksujący szum morza. Tymczasem osoby, którym pokazano zdjęcie miasta uznały szum za nieprzyjemny szum samochodów w korku.

Ale nie, wg. dziennikarzy naukowcy dowiedli, że przyroda relaksuje.

To oczywiście anegdota – choć barwna – ale niestety takich sytuacji jest bardzo wiele. Dziennikarzy nie edukuje się z prawidłowego czytania badań. Co gorsza, system działa tak, by ich do tego wręcz zniechęcać…


4. Poszukiwanie afer i spłycenie omawianego tematu

Badania rzadko kiedy są faktycznie przełomowe. Zwykle obarczone są milionem zastrzeżeń, sugestii dalszej weryfikacji, itp.

To się nie sprzedaje. Sprzedają się niusy! Rzeczy wielkie i ważne. Wnioski naukowców są więc regularnie spłycane i „uatrakcyjniajne”. Efekty są rozdmuchiwane, zastrzeżenia ignorowane. Wstępne badania leku na liniach komórkowych przedstawiane są tak, jakby lek przeszedł już próby kliniczne na ludziach i miał zaraz trafić do sprzedaży. Niewielka poprawa przeżywalności jest przedstawiana jako przełomowy lek. Itp. itd.

(By być fair, naukowcy nie są tu bez winy. Część w pogoni za grantami itp. dąży do uzyskania sławy medialnej, licząc, że wspomoże to ich starania – i jest gotowa medialnie koloryzować swój przekaz.)

Podobnie wygląda sytuacja w książkach. Dziennikarze mają ogromną tendencję do spłycania przekazu, przedstawiania danego narzędzia jako leku na wszelkie problemy, ignorowania czynników zniekształcających czy elementów podważających ładną hipotezę.


5. Prawdopośrodkizm

Inny popularny motyw u dziennikarzy, związany z wszystkimi powyższymi, to coś co nazywa się popularnie prawdopośrodkizmem. Jest to tendencja do przedstawiania dwóch wysoce nierównych stron jakiejś sprawy jako równorzędnych i zostawianie czytelnika z podjęciem decyzji. Często łączy się to zresztą z wspomnianym schematem „słaby kontra silny”. Dziennikarz może wziać kwestię, co do której panuje absolutna zgoda w świecie nauki – 99.8% naukowców, w tym wszyscy fachowcy w danej dziedzinie mówą „jest A”. Następnie przedstawia jakąś alternatywę, „jest B” uznawaną przez 0.1% osób… I omawia je, jakby były równorzędne! Albo wręcz jakby zwolennicy „jest B” byli w jakiś sposób niesłusznie uciskani przez zwolenników „jest A”, którzy złośliwie chcą odmówić drugiej stronie prawa do równoważnych poglądów.

Mechanizm ten ignoruje podstawowy fakt, że wspomniane poglądy NIE SĄ równoważne. Nawet się do równowagi nie zbliżają.

Ale „99.8% naukowców uważa tak, niewielka i nieistotna grupka uważa co innego” to nie jest historia. To nie jest interesujący konflikt. To nie sprzeda gazet ani (zbyt wielu) książek.


6. Brak umiejętności integracji i rozwinięcia treści

Historie nie składają się na większą całość. Pojedyncza historia musi, ze swojej natury, być zamkniętym przekazem. Dziennikarze myślą historiami.

Badania składają się na większą całość. Pojedyncza publikacja naukowa zaczyna się od przywołania dotychczasowego stanu wiedzy w omawianej dziedzinie, a kończy dyskusją n.t. znaczenia nowych danych dla tej wiedzy oraz sugestią dalszych badań. Naukowcy myślą strukturami wiedzy.

Pamiętam, jak kilka lat temu recenzowałem na tym blogu książkę n.t. przetrwania w niebezpiecznych sytuacjach… I kląłem na to, że autor nijak nie potrafił zintegrować przedstawionych treści. Przeciwnie – w jednym rozdziale książka sugerowała zupełnie inne wnioski, niż w innym – bez jakiejkolwiek próby zestawienia tych treści ze sobą.

Tymczasem jedną z głównych ról książek popularnonaukowych jest integracja dostępnej wiedzy. Nie tylko przedstawienie tego, co wiemy, ale też próba nadania temu jakichś spójnych ram. Jeśli dane są w jakichś obszarach sprzeczne – to dlaczego może tak być? Co możemy zrobić by lepiej temat poznać? Jakie są z tego wnioski i praktyczne działania?

U naukowców takie materiały pojawiają się regularnie. U dziennikarzy są wyjątkiem.


Oczywiście, nie jest tak, że wszyscy dziennikarze tak mają. Jeśli jednak widzę, że jakąś książkę napisał dziennikarz, to niemal zawsze znajdą się w niej powyższe problemy. Dlatego nauczyłem się już przez lata, żeby takie książki traktować jedynie (i aż) jako wskazówki do dalszego szukania. Nie oczekuję od nich głębokiej czy trafnej interpretacji tematu. Oczekuję „przeglądu wiadomości”, który podpowie mi czego szukać na własną rękę. W tej roli takie książki sprawdzają się już całkiem nieźle, a ja z takimi oczekiwaniami mogę być co najwyżej mile zaskoczony…

Co zostawia tylko okazyjne chwile frustracji w rozmowie z ludźmi, którzy całą swoją wiedzę w temacie opierają na książkach dziennikarzy i ufają, że tamci opisali temat tak, jak opisaliby naukowcy. To bywa mocno irytujące, zwłaszcza, że to w żadnej mierze wina takich osób – wręcz super, że czytają, pogłębiają swoje kompetencje. Nie mają podstaw by oczekiwać, że źródła tej wiedzy będą mniej rzetelne, niż być powinny. I to jest chyba w takich książkach najbardziej irytujące dla mnie. Że łatwo mogą potem prowadzić do sytuacji niezbyt komfortowych dla żadnej ze stron, a będących całkowicie i w 100% pochodną podejścia autorów…



Jeszcze tylko kilka dni zostało na skorzystanie z przedpłaty na wiosennego Praktyka Beyond NLP! 17-25 marca 2018, Warszawa, 9 dni intensywnej pracy nad sobą. Więcej informacji znajdziesz TUTAJ


Jeśli lubisz te materiały, polub i fanpage bloga :)


Podziel się tym tekstem ze znajomymi:
Następny wpis
Poprzedni wpis
  • Jacek

    Przerosłeś Grzesiaka dziesięciokrotnie. Kiedys on byl Twoim mentorem, pamietam z NLP Forum to, jak byles nim zafascynowany. A dzis ten chlopaczyna nie dostaje Ci do pięt, pod wzgledem etyki chociażby.

    • Trochę nie jestem pewien jak ma się to do tematu, ale dzięki za miłe słowa. Staram się nie porównywać w tym zakresie, nawet niespecjalnie go obserwuje od dawna. Cieszy mnie, że na tyle na ile wiem zostawił tematykę rozwoju osobistego, coachingu itp. za sobą i skupia się na eventach motywacyjnych – uważam, że jest tak zdrowiej i dla niego i dla coachingu :)

      • Jacek

        Tak, nie ma sie to do tematu w zaden sposob, oczywiste. To spontaniczna mysl, powodowana tym chociazby jak wiele postow bezinteresownie publikujesz, bo uwazasz, ze tak tak trzeba, ze to pomoze, ze byc moze zmieni to czyjesz zycie na lepsze.
        A to juz samo w sobie jest wspaniale.
        Pozdrawiam.