Czy rozwój osobisty jest klasistowski?

Jeden z moich ostatnich wpisów, poświęcony ograniczeniom rozwoju osobistego, wzbudził nieco kontrowersji. Zwłaszcza punkt 4, „(Prawdopodobnie) nie staniesz się bogaty” sprawił, że wiele osób, w tym mocno zaangażowanych w rozwój osobisty, reagowało w stylu „nie zabraniaj ludziom marzyć”, czy „nie istnieją granice dla marzeń. Ich realizacja może być na tyle trudna, że zbyt szybko się poddajemy.”


Czytaj – dokładnie te same sformułowania, za które do „kołczingu” ma ogromne wyrzuty coraz szersza grupa ludzi. Podejścia, za które rozwojowi osobistemu mocno się w ostatnich latach dostaje po głowie.

Zanim rozpiszę się dalej, mała dygresja. Nie powiązana bezpośrednio z tematem, ale – w mojej ocenie – pomagająca go dobrze zrozumieć.

Kilka „Co w sieci piszczy” temu udostępniłem artykuł o tym, jak jedna z organizacji wspierających pacjentów z nowotworem zaczęła sugerować unikanie terminu „walka z rakiem” i podobnych, „wojennych” metafor w tym kontekście. Taka metafora może się wydawać niewinna, lub wręcz cenna dla osób nie mających problemów z nowotworem. U osób chorych wywołuje ona jednak często poczucie winy i wstydu. Czują, że nie mogą mówić o swoich lękach przed śmiercią – „bo muszą być dzielni i walczyć”. Pacjenci czują się winni, że nie potrafią pozytywnie podchodzić do swojej choroby. Jednocześnie mają też problemy z rozmową z lekarzami i bliskimi na temat tego, jak zareagować gdy sytuacja się pogorszy – bo przecież rozmowa na te tematy to „akceptacja porażki”. Wielu pacjentów, w efekcie, niepotrzebnie umiera w szpitalach, samotnie, zamiast spędzić ostatnie dni w domach wśród bliskich. 2/3 pacjentów wolałoby tak odejść, a tylko 1/3 się to udaje.

Jestem gorąco przekonany, że nikt, kto przywołuje metaforę walki w kontekście raka, nie ma złych intencji. Silnie wierze, że chcą wspierać takie osoby i korzystają z kulturowo dostępnych środków ku temu. W naszej kulturze nauczyliśmy się mówić o nowotworze jako o problemie walki. Jeśli będziemy dzielnie walczyć, uda nam się go pokonać. Po prostu wytrwaj i walcz. Mówienie o tym, zagrzewanie chorego do walki, jest uznawane za zdrowe i naturalne.

Niezależnie od tego, że w rzeczywistości jest często po prostu okrutne.

Żadna z osób, która zachowuje się w tak okrutny sposób o tym nie wie. Każda z nich myśli, że robi dobre. Nie bierze pod uwagę, jakie jej słowa mogą mieć konsekwencje, jak mogą wpływać na odbiorcę.

Przede wszystkim dlatego, że nie potrafi postawić się w jego butach.


Podobnie, niestety, jest z wieloma hasłami rozwoju osobistego.


„Podążaj za marzeniami” jest wspaniałym hasłem dla ludzi, którzy, cóż, mają jakąś poduszkę bezpieczeństwa. Dla ludzi, którzy, jeśli omsknie im się noga w biegu za tym czego pragną, będą mogli upaść bezpiecznie.

Ilu jest takich ludzi?


Mediana (próg poniżej i powyżej którego zarabia po połowie obywateli) w Polsce wynosi około dwóch i pół tysiąca złotych na rękę. Dominanta – najczęściej otrzymywane wynagrodzenie – około półtora tysiąca złotych na rękę.

To nie są kwoty, z których da się sensownie odłożyć „na czarną godzinę”.

Jasne, niektórzy łączą dochody w związkach i zyskują nieco bezpieczeństwa w zarobkach partnera. Ale też niektórzy muszą z tej kwoty zadbać i o siebie i o partnera.

Niektórzy mają rodziców, którzy są w stanie swoim majątkiem pomóc im w razie problemów. Ale niektórzy to o swoich rodziców muszą dodatkowo dbać.

Niektórzy mają wsparcie społeczne, które nie pozwoli im upaść, nawet gdy będzie bardzo źle. Ale niektórzy mają otoczenie, które jedynie przyśpieszy ich podróż w dół.


Podążanie za marzeniami jest ryzykowne.

Nie ryzykowne pt. „Nie uda mi się i uderzy to w moją miłość własną.”

Nie ryzykowne p.t. „Nie uda mi się i okaże się, że nie jestem tak dobry, jak o sobie myślałem.”

Ryzykowne p.t. „Nie uda mi się i do końca życia nie wygrzebię się z długów.”

Ryzykowne p.t. „Nie uda mi się i moje dzieci będą niedojadały.”

Ryzykowne p.t. „Nie uda mi się i nieodpowiedzialne będzie w ogóle myślenie o dzieciach.”

Ryzykowne p.t. „Nie uda mi się i nigdy już nie będzie sensu marzyć, bo oczywiste będzie, że nie mam jak wyjść z obecnej pułapki…”

Ryzykowne p.t. „Nie uda mi się i będę zmuszona pozostać w przemocowym związku, bez nadziei na wyjście, ze względu na uwiązanie finansowe.”


Nie bez powodu silne siatki państwowego wsparcia socjalnego przekładają się zarówno na większe skłonności do zakładania firm, jak i do bardziej chętnego udawania się na studia i pogoni za innego rodzaju pasjami.

Nie bez powodu ludzie żyjący w państwie bez ułamka takiego wsparcia na hasła o tym, że „możesz wszystko”, „podążaj za marzeniami” i podobne zaczynają podpalać pochodnie i ostrzyć widły. Rozumiem ich, serio.


Mam to szczęście, że wychowałem się w rodzinie, która – ogromnym wysiłkiem, korzystając z odpowiedniego okresu w historii, mając po drodze też niewątpliwie wiele szczęścia i sprzyjających okazji – awansowała z biedy do bardzo przyzwoitej klasy średniej. Wiem jak ogromny wysiłek był w to włożony, ale wiem też jak łatwo ten wysiłek mógł nie przynieść efektów.

Wiem też jak ogromne korzyści i poczucie bezpieczeństwa dał mi gdy wchodziłem w moją karierę. Wiem, że umożliwił mi być odpowiednim miejscu w odpowiednim czasie, by mieć szanse załapać się na moją pierwszą pracę. Czy potrzebny był też do tego mój wysiłek? Jasne. Ale sam wysiłek nic by nie zmienił, gdybym nie trafił na konkretną okazję. Czy tą okazję wykorzystałem? Tak. Ale miałem ku temu w ogóle szansę, której inni nie mieli.

Wiem, jak ogromnym poczuciem bezpieczeństwa było dla mnie to, że jeśli podwinie mi się noga w firmie, to mogę polegać na rodzinie. Czy znaczy to, że nie miałem bezsennych nocy? Frustracji, zaciskania zębów czy przełykania łez gdy projekty, na które liczyłem potrafiły się rozsypać jeden po drugim? Nie! Oczywiście, że przeżywałem to wszystko! Ale gdzieś z tyłu głowy zawsze wiedziałem, że „w razie czego” mam się na czym oprzeć. Że wszystko co mogę stracić, to moja duma, a powiedzmy sobie szczerze – komu ona tak naprawdę wychodzi na dobre? Jasne, nie musiałem koniec z końców nigdy z takiej poduszki korzystać – ale ona tam była i to miało duże znaczenie w mojej pracy zawodowej.

Wiem, że miałem ogromne szczęście. Wiem, że wielu tego szczęścia nie miało.

I wiem jakim draństwem byłoby mówienie im „staraj się, po prostu nie poddawaj się za wcześnie”.

Bo nie jestem w ich butach. Ani nigdy nie byłem. Nigdy nie musiałem się zmagać z takimi obawami.


Większość osób w rozwoju tego nie rozumie.

Większość osób w rozwoju osobistym nie rozumie co dokładnie wynika z „nie istnieją granice dla marzeń. Ich realizacja może być na tyle trudna, że zbyt szybko się poddajemy.”

A wynika z tego na przykład to, że jeśli nie udało Ci się spełnić marzeń, to dlatego, że zbyt szybko się poddałeś.

Wynika z tego, że jeśli nie udało Ci się spełnić marzeń, to Twoja wina, Twoja odpowiedzialność.

Wynika z tego, że jeśli nie udało Ci się spełnić marzeń, to nie jest to kwestia systemu w jakim funkcjonujesz (innym choćby dzisiaj niż za czasów moich rodziców czy nawet za czasów gdy ja wchodziłem na rynek pracy). Jeśli nie udało Ci się spełnić marzeń, to kwestia Twojej osobistej porażki.


Jasne, nikt kto mówi te rzeczy tak nie myśli. No, prawie nikt. Niektórzy.

Bo prawda byłaby też taka, że dla części osób takie poglądy będą przewidywały wiarę w jakiś model „sprawiedliwego świata”. Układu, gdzie wszystko zależy od Ciebie i Twoje porażki i sukcesy są przede wszystkim konsekwencjami Twoich działań, a nie np. kapitału społecznego z jakim przyszedłeś na świat.

Ale nawet wśród osób, które odrzucają takie poglądy, takie zdania o marzeniach będą ze sobą niosły konkretny wydźwięk. Wydźwięk, którego oni nie rozumieją, którego dotkliwości nie zauważają nawet – ponieważ z ich perspektywy nie jest to takie dotkliwe.

Cóż, znam ludzi, którzy nie widzieliby problemów z opowiadaniem jak im się zajebiście dziś biegało w towarzystwie kolegi, który niedawno stracił nogi. Po prostu nie przyszłoby im do głowy, że ktoś pozbawiony takich możliwości jak oni mógłby się poczuć dotknięty wspominaniem o nich.

Braku szans, braku uprzywilejowania zwykle nie widać tak bardzo, jak fizycznego kalectwa. Ale potrafi boleć równie mocno. Lub nawet bardziej.


Rozwój osobisty, ze swojej natury, jest usługą luksusową. Coaching, szkolenia, itp. nie są dobrem pierwszej potrzeby. Nawet nie drugiej.

Są cenne i wartościowe, tak. Mogą pomóc naprawdę wzbogacić życie i uczynić je lepszym.

Ale są często przedstawiane jako absolutnie niezbędne, a to nie jest prawda.

Co więcej, są też wyceniane jak dobra luksusowe. I to jest zrozumiałe. Jest fair. Dobro luksusowe może być wyceniane jako dobro luksusowe.

Tylko na macki Hastura, nie twierdźmy przy tym, że to luksusowo wyceniane dobro jest dobrem pierwszej potrzeby.

Bo ludzi to wkurzy. Bo zaczną szykować pochodnie i widły i zbierać się by ruszyć na zamek szalonego coachera.


Rozwój osobisty, ze swojej natury, jest usługą przeznaczoną typowo dla osób z klasy średniej i wyższej. Jak przyjrzymy się jego narzędziom i metodom, to są one dopasowane do osób z tych grup i mogą im dać faktyczną, istotną wartość w życiu.

Nie ma w tym nic złego. Ale prowadzi to do jednej specyficznej konsekwencji.

Zamknięcia w bańce społecznej.

Coachowie i trenerzy, rozwojowcy i guru obracają się wśród ludzi, których poczynania faktycznie były jedną z kluczowych kwestii dla ich sukcesu w ramach ich ograniczonych grup społecznych – bo wszyscy JUŻ startowali z podobnych przywilejów i one faktycznie nie różnicowały. Przy bardzo niskiej mobilności społecznej faktycznie można ulec złudzeniu, że to cechy podlegające rozwojowi – motywacja, sumienność, komunikatywność – stają się kluczowe. Bo po przekroczeniu pewnego progu tak faktycznie może być.

Tylko ten podstawowy próg przekracza ułamek społeczeństwa.


Ponieważ typowy rozwojowiec ma kontakt tylko z tym ułamkiem* – łatwo gubi kontekst. Łatwo wierzy, że to wszystko co jest. Łatwo zapomina o alternatywach. Niczym Krystyna Janda powtarzająca, że wystarczyło chcieć – bo w jej konkretnym otoczeniu, w jej bańce społecznej tak faktycznie było.

*Albo, jeśli ma kontakt z innymi osobami, kupującymi rozwój na kredyt, często ma na tyle krótki by nie widzieć jak ten kredyt się kończy dla wielu z nich.


Dopóki środowisko rozwoju nie zauważy swojego zaślepienia, dopóty rozwój będzie wzbudzać tak wiele negatywnych skojarzeń. Dopóty coaching będzie się kojarzył ze sprzedawaniem marzeń i fikcyjnych opowieści, z których nikt nie wynika. Z naciąganiem naiwnych.

Do czasu gdy nie zrozumiemy swojej natury, jako branży, jako oferującej pewien luksusowy produkt dla określonego segmentu rynku, ze wszelkimi zastrzeżeniami z tym związanymi… Do tego czasu będziemy dostawali po głowie i to mocno. Bo rozwój, w obecnej postaci jest mocno klasistowski, narzucający normy i szanse typowe dla (wyższej) klasy średniej osobom żyjącym często w bardzo trudnych warunkach. A to będzie – bo musi- wywoływać opór.

Obyśmy, jako branża, ogarnęli się nim będzie za późno. Zrozumieli, że tu nie chodzi o „zakazywanie ludziom marzyć”. Tylko o to, że słowa mają swoje konsekwencje, nie zawsze takie, jak mogliśmy zamierzać.



Tradycją jest już, że w okresie od Świąt do moich urodzin - 5-go stycznia - mamy na MindStore promocję. 

Tak jest i w tym roku. 30% na wszystko (niedługo będzie też okazja kupić kilka szkoleń otwartych zaplanowanych na 2019, tak stacjonarnych jak i webowych). Zapraszam!


Podziel się tym tekstem ze znajomymi:
Następny wpis
Poprzedni wpis