Czy praca jest wartością samą w sobie?

W każdej kulturze istnieje szereg niepisanych „prawd”. Założeń, które traktowane są jako coś oczywistego, domyślnego i nie podlegającego dyskusji. Przenikają one nasz sposób myślenia i nawet nie przyjdzie nam do głowy, że musieliśmy się ich kiedyś nauczyć. Zamiast tego zakładamy, że „wszyscy ludzie tak mają”, „to naturalne”, itp.

Dobrym przykładem jest tu np. obrzydzenie kanibalizmem, które jest całkowicie kulturowe. (Uczymy się go m.in. przez bajki.) Traktujemy je jednak jako coś oczywistego i wrodzonego.

O ile to kulturowe założenie nie ma dla nas większego znaczenia w codziennym życiu, o tyle chciałem przyjrzeć się innemu, które zdecydowanie ma.

Jest to koncepcja „wrodzonej” wartości pracy. Tego, że jest ona wartością samą w sobie. Tego, że chęć do pracy jest czymś dobrym i szlachetnym, a niechęć czymś niecnym.

Żyjemy w kulturze, która nadaje pracy ogromną, wewnętrzną wartość.

Pracowitość jest cnotą. Lenistwo grzechem.

Ludzie potrafią się przechwalać tym jak wiele i jak ciężko pracują. Socjologowie wskazują wręcz, że „popisowa pracowitość” – niemotywowana finansami praca dużo ponad normę, ponad 60, 70 a nawet 100 godzin w tygodniu – stała się nowym symbolem statusowym, tak jak kiedyś popisowe wydawanie pieniędzy.

Nikt natomiast nie przechwala się unikaniem pracy, długim wypoczynkiem czy spaniem do późnych godzin. Ba! Takie rzeczy, nawet jeśli mają miejsce, są zwykle wstydliwie ukrywane. Możemy pisać w sieciach społecznościowych jak to harujemy, ale już nie o tym, że dziś spaliśmy do południa…

Naszymi najpowszechniejszymi – i społecznie akceptowanymi – narkotykami są stymulanty takie jak kofeina. (Napisał Artur pijąc kolejną już tego dnia kawę…)

Pracowitość jest cnotą. Lenistwo jest grzechem.


Tylko… czy faktycznie?

Zanim się temu przyjrzymy, chciałem wskazać czemu w ogóle poruszam ten temat.

a) Takie założenie przyczynia się do rosnącego problemu pracoholizmu. Co gorsza, taki pracoholizm wcale nie musi być wydajny. Wiele badań, tak psychologicznych, jak związanych z wydajnością organizacji i pracy, wskazuje, że bardziej zrównoważone podejście do pracy daje lepsze efekty. Większość osób „pracowitych” charakteryzuje się tak naprawdę „zajętością” – robią coś, ale jest to mało wydajne. Więcej wypoczynku i mniej pracy dałoby w efekcie wydajniejszą pracę i lepsze wyniki dla wszystkich.

b) Takie założenie utrudnia jakąkolwiek racjonalną debatę n.t. czasu pracy. To naprawdę nie jest tak, że 40 godzin tygodniowo, 8 godzin dziennie to w jakikolwiek sposób optymalny czas pracy. Tak po prostu wyszło w toku historycznych zmian. Nie jest wcale jasne, czy np. 30 godzin (albo 45!) nie byłoby lepsze. Co więcej, to „lepsze” będzie się zmieniać z biegiem czasu, choćby w wyniku wzrostu automatyzacji w wielu dziedzinach. Dziś być może ideałem jest 35 godzin, za 10 lat może to już być 28. Nie wiemy tego, bo temat ten jest – z nielicznymi wyjątkami – wypychany z debaty publicznej przez założenie o domyślnej wartości pracy.

c) Założenie to utrudnia też dyskusję na temat takich rozwiązań jak Bezwarunkowy Dochód Gwarantowany, czy innych opcji, które trzeba brać pod uwagę wraz ze zmieniającą się gospodarką i rosnącą automatyzacją. (Oczywiście, część osób, które stracą pracę w wyniku automatyzacji przejdzie do nowo powstałych sektorów gospodarki… Ale nie jest to przejście 1:1, nowych miejsc pracy powstanie mniej, niż zaniknie i trzeba być na to gotowym.)

d) Taka kultura pracy jako cnoty skłania do przekształcania nawet czasu wolnego w kolejną pracę – nad sobą, swoim życiem, zdrowiem, itp. Jasne, pewna ilość tego jest fajna i cenna… ale łatwo tu zatracić jakiekolwiek granice.

e) W końcu takie założenie prowadzi do wielu problemów pokrewnych do pracoholizmu. Do poczucia winy wynikającego z tego, że ktoś „nie pracuje dość ciężko”, itp. nawet wtedy, gdy dodatkowa praca czy wzrost jej intensywności nie byłyby w żaden sposób racjonalne, nie dawałyby zwrotu, który by je uzasadniał.


Powyższe punkty nie wyczerpują wszystkich przyczyn, ale już one powinny wystarczyć do wskazania, że tematem warto się zająć…



Przerwa na reklamę ;)


Chcesz dojść do siebie po zakończonym związku? Pakiet Autocoachingowy Odkochanie pomoże Ci o to zadbać!


Wracamy do artykułu :)



No dobrze, więc pytanie brzmi: czy praca jest wartością samą w sobie?

Czy pracowitość jest cnotą?


Pierwszą rzeczą, którą wskazuje nam historia, jest to, że nawet jeśli jest cnotą, to nie uniwersalną.

Historycznie – jak możesz pamiętać choćby z historii małżeństwa, którą podsumowywałem na blogu – brak potrzeby pracy był traktowany jako sygnał statusowy.

Przez długie wieki blada, nieopalona skóra była traktowana jako bardzo atrakcyjna, zwłaszcza u kobiet. Była ona bowiem sygnałem, że taka osoba nie miała potrzeby pracować na słońcu, np. w polu. (Notabene, z podobnych powodów dziś uznaje się ciemną, opaloną karnację za atrakcyjną – sygnalizuje to, że taka osoba może sobie wypoczywać w miejscach w których jest słońce.)

Wiele kultur wprowadzało standardy piękności, które miały sygnalizować, że dana osoba nie pracuje. Bardzo długie paznokcie, krępowane stopy, ciężka biżuteria w której nie dałoby się wykonywać prac domowych -wszystko to miało sygnalizować „ta osoba nie pracuje, nie musi pracować”.


Oczywiście, jeśli kogoś nie było stać na taki styl życia, pracowitość była dla niego realną cnotą – bo pozwalała mu i jego bliskim przeżyć. Przez miażdżącą większość naszej historii zwykłe utrzymanie się przy życiu wymagało niezwykle ciężkiej pracy i dużego zaangażowania.

No, przynajmniej dla uboższej większości populacji.  Prawdopodobnie właśnie z tej grupy pracowitość jako cnota „rozlała się” na całą naszą kulturę… Akurat wtedy, gdy zmiany na świecie doprowadziły do sytuacji, gdy przestała ona być aż tak potrzebna.


Rewolucja przemysłowa XIX wieku, rewolucja technologiczna XX wieku, powoli nadchodząca rewolucja robotyzacji XXI wieku… Te gwałtowne przemiany pozwoliły nam na stworzenie świata wyjątkowego w skali ludzkiej historii.  Świata, w którym potrzeba jest tak naprawdę dużo mniej pracy, niż jest wykonywana.


Tak, naprawdę tak uważam. Wiele stanowisk pracy jest absolutnie zbędnych. (Nie jestem przy tym jedyny, debata na temat tzw. „useless jobs”, bezużytecznych zawodów, toczy się we współczesnej ekonomii od lat.)

Ogromna część „nowych” zawodów powstałych w toku rewolucji przemysłowej i technologicznej sprowadza się do przelewania z pustego w próżne, do zarządzania i administracji rzeczami, które niekoniecznie potrzebują takiego poziomu zarządzania.

Druga duża część tych zawodów jest bezpośrednią konsekwencją tego, jak wiele pracujemy. Zapotrzebowanie na takich dog-walkerów, ludzi zawodowo wyprowadzających psy na spacer, byłoby dużo niższe gdybyśmy po prostu pracowali krócej i mieli czas samemu pospacerować ze swoimi zwierzakami. (Nie mam nic przeciwko dog-walkerom, są po prostu dobrym przykładem.)

Nowe stanowiska, które są faktycznie produktywne, to stosunkowo niewielka część całości.

Sęk w tym, że jesteśmy tak przywiązani do wartości pracy, do idei pracy jako czegoś szlachetnego, że nie dajemy sobie miejsca na zastanowienie się czy takie prace są faktycznie potrzebne.


Albo szerzej – na to, co jest celem pracy, jeśli nie jest ona celem samym w sobie?


Postulowałbym bowiem, że celem pracy powinna być nie ona sama, ale konkretny rezultat. (Lub, tam gdzie końcowy rezultat nie jest zależny jedynie od pracy – zbliżenie się do tego rezultatu.)

Jeśli nie mamy przygotowanego takiego rezultatu, nie ma specjalnego sensu podejmować pracy. Można ten czas spędzić na inne sposoby, skorzystać z niego inaczej.


Jest to tym bardziej istotne, że – jak wspomniałem – mamy ogrom badań pokazujących, że praca 8 godzin na dobę jest w większości wypadków mitem. Jasne, są pewne zawody gdzie 8h to 8h, ale w przeważającej większości prac, zwłaszcza biurowych, 4 godziny realnej pracy są już naprawdę niezłym wynikiem, a wiele osób pracuje tak naprawdę przez 1-2 godziny dziennie. Co więcej, badania pokazują też, że jeśli pozwolimy pracownikom pracować krócej (np. 32 h w tygodniu zamiast 40), to mają podobną lub nawet większą wydajność!

Z tego też względu nie kupuję argumentu o kosztach takiej redukcji czasu pracy. Jeśli pracownicy i tak realnie pracują przez, powiedzmy, 4 godziny dziennie, to oficjalnie to uznając i redukując ich czas pracy do tych 4 godzin, będziemy po prostu pozbywali się samooszukiwania. Jak głosi jedno z moich ulubionych powiedzeń „Możesz znieść rzeczywistość, jaka by nie była- bo już ją znosisz.” Z tą różnicą, że oszukując się (czy na poziomie indywidualnym, czy organizacji), marnujemy strasznie dużo dodatkowych zasobów na tworzenie tego złudzenia.


To wszystko nie znaczy, że praca z realnymi celami nie może mieć wartości! Przeciwnie -taka praca, mająca swój sens, będzie zdecydowanie wzbogacała ludzi ją wykonujących. Na to również mamy wiele badań – poczucie sensu, spełnienia, osiągnięcia, postępu, te wszystkie rzeczy odgrywają dużą rolę w wartości pracy. Ale pojawiają się tylko, jeśli praca ma faktycznie sens, nie przy przelewaniu z pustego w próżne. Nie w pracy pozorowanej i nastawionej na „zajętość” zamiast wydajności.


A ponieważ internety lubią proste hasła, warto chyba takim podsumować ;) Nie, praca nie jest wartością samą w sobie. Ale skuteczność może taką wartością być.



Rekrutacja na wiosennego Praktyka Beyond NLP już się rozpoczęła :) Zarezerwuj swoje miejsce już teraz i skorzystaj ze zniżki w przedpłacie! Więcej informacji znajdziesz na BeyondNLP.pl


Jeśli lubisz te materiały, polub i fanpage bloga :)


Podziel się tym tekstem ze znajomymi:
Następny wpis
Poprzedni wpis
  • Adam314

    Nadaje się tutaj fragment przemowy do absolwentów wygłoszony w filmie o pszczołach: „Ciężko pracowaliście na to, żeby od teraz móc ciężko harować do końca życia.”

  • P. Klex

    Przypomniał mi się artykuł także w tym temacie:
    http://krytykapolityczna.pl/kraj/majmurek-prawo-do-pracy-prawo-do-lenistwa/

  • Grzegorz Szczepanik

    „debata na temat tzw. „useless jobs”, bezużytecznych zawodów, toczy się we współczesnej ekonomii od lat”

    Chętnie przyjmę namiary na jakieś artykuły.

    • Przejrzyj cykl o materiałach z sieci, tam nieco zdaje się już linkowałem i na pewno też będę linkował.

  • Kuba

    Dwie myśli:

    1. Czy nie uważasz, że wykształcenie ów stereotypu „wartości pracy” może być drogą do osiągnięcia spełnienia, lub wręcz poczucia bezpieczeństwa? Piszesz, że doprowadza on „do poczucia winy wynikającego z tego, że ktoś nie pracuje dość ciężko” – lecz czy nie działa to też w drugą stronę, czyli poczucia „wartości” gdy właśnie pracujemy ciężko? Podobnie, jak klasyczny obowiązek mężczyzny z zasadzeniem drzewa i spłodzeniem syna. Są to sztucznie wykreowane twory, lecz od jakiegoś czasu mam wrażenie, że – zakorzenione głęboko w głowie – faktycznie mogą pozwolić poczuć się spełnionym, gdy już je ‚wykonamy’. Pozbyć się poczucia pustki, która wypełniałaby życie na wiecznych „wakacjach”.

    2. Odnośnie „useless jobs”: problemem może być to, że praca jest dzisiaj uważana raczej za sposób na zyskanie pieniędzy, a nie konkretnego rezultatu. Bo jak inaczej zdobyć pieniądze na utrzymanie, jeśli nie przez ich zarobienie? Powstają więc wyimaginowane zawody tylko po to, by ludzie mieli jak pracować (czyt. zasłużyć na pieniądze) – w końcu sami oczekują od rządu „nowych miejsc pracy”. Czy jest jakaś alternatywa?