Czy niewiara w życie po śmierci musi być czymś smutnym?

Mamy właśnie czas skupiony na tematyce śmierci i przemijania, pomyślałem więc, że podzielę się z Wami pewnymi swoimi refleksjami w temacie. Co jakiś czas, jako osoba nie wierząca w życie po śmierci, stykam się z opinią, że musi to być strasznie smutne podejście. A jeśli nawet nie smutne, to z pewnością wiara w takie życie byłaby dużo przyjemniejsza i dająca więcej szczęścia. Przynajmniej z tej perspektywy warto się więc przekonać i w takie życie po śmierci uwierzyć.

Nie uważam tak i chciałbym Wam przedstawić moje podejście do tematu. Co istotne, jest to stricte moja opinia, pewna próba wyjaśnienia tego, jak ja na to patrzę. Nie będę się upierać, że to prawda – to przemyślenia i obserwacje, nie fakty i twarde dowody :)

A patrzę przede wszystkim tak, że strasznie dużo zależy nie tyle od tego czy wierzysz w życie po śmierci, czy nie. Chodzi o to, co dalej, dla Ciebie, z tej wiary lub niewiary wynika. Zarówno wiara jak i niewiara w życie po śmierci może Ci na co dzień pomagać, lub szkodzić. Wszystko zależy od interpretacji.

Martwy, ale szczęśliwy ;)

Martwy, ale szczęśliwy ;)

Nie wierzę, żeby po śmierci coś na nas czekało. Może będę zaskoczony? (Przyjemnie lub nieprzyjemnie, to wciąż pytanie otwarte… parę razy za dużo w życiu powiedziałem Hastur, Hastur, Hastur ;) ).  W każdym razie zakładam, że gdy umieramy, to już koniec.

Rozumiem, że dla wielu osób taka wizja byłaby nieprzyjemna czy przerażająca. Żyjemy w kulturze, która śmierć, chorobę i starość odsuwa i tabuizuje jak tylko może. Większość osób żyje w mniej lub bardziej sprecyzowanym wyobrażeniu, że będzie żyć wiecznie. Temat śmierci jest czymś, czemu raczej nie poświęcamy uwagi. Z czym czujemy się niekomfortowo, staramy się raczej odepchnąć i odrzucić. Możliwość tego, że kiedyś nas po prostu nie będzie… W pełni rozumiem, jak może to być straszne i przeraźliwe.

Z mojej perspektywy – ok, nie będzie mnie kiedyś. Skoro mnie nie będzie, to nawet nie będę tego swojego niebytu świadomy. Czym tu więc być przerażonym?

Jeśli miałbym się czegoś z tego zakresu bać, to raczej przewlekłego, długotrwałego i niemożliwego do powstrzymania bólu przed śmiercią. Ale samej śmierci? Po prostu mnie nie będzie. Nawet tego nie odczuję. W tym zakresie jestem więc spokojny. Przyznaje, zapewne pomaga w tym fakt, że dwa razy byłem tuż na krawędzi śmierci. Raz zupełna głupota – zwolnienie na przejściu dla pieszych by sięgnąć do kieszeni po M&Ms’a  – oszczędziła mi tych dwóch kroków niezbędnych by rozjechał mnie świr pędzący jakieś 120km/h na czerwonym. Nie widziałem go, nie słyszałem, dwa kroki dalej i by mnie nie było. Za drugim razem zaliczyłem śmierć kliniczną (w zasadzie dwa razy pod rząd) podczas rutynowego zabiegu. Ot, okazałem się być uczulony na jakąś zupełną głupotkę, której alergenności nawet nie przyszło lekarzom do głowy sprawdzać. W obydwu przypadkach bylem jeszcze szczylem, ale sądzę, że mogło to faktycznie dać mi sporo dystansu do tematu.


Brak życia po śmierci nie czyni mnie też smutniejszym. Tak, nie mam wieczności na zrealizowanie wszystkich rzeczy, które bym chciał. Ponownie, nie widzę z tym problemu. Przeciwnie, skłania to raczej do dokonywania lepszych wyborów i nie marnowania czasu aż tak bardzo, jak mógłbym go marnować w alternatywnym przypadku. Skoro wiem, że moje życie jest ograniczone, bardziej je cenię, częściej się zatrzymuję po prostu po to, by poczuć jak jest mi w nim dobrze.

Być może gdybym uważał, że moje życie jest złe, niefajne, że jestem w jakiś sposób pokrzywdzony, podchodziłbym do tematu inaczej, czułbym rozżalenie i frustrację. Nie dość, że to życie kiepskie, to i nie ma nawet nic po nim, żadnej „drugiej szansy”. W pełni rozumiem, że taki układ byłby niefajny, choć jest tu pewna opcja alternatywna, pewna, druga szansa, przynajmniej dla większości ludzi.

Jak by nie było, nie jestem w tej pozycji. Lubię swoje życie, cieszę się z niego, doceniam osoby z którymi je dzielę i jestem za takie życie strasznie wdzięczny. Świadomość, że kiedyś się skończy, jedynie tą wdzięczność pogłębia. W końcu mogło się równie dobrze skończyć lata temu.


Co z innymi ludźmi? W końcu oni niekiedy też umierają i nigdy więcej nie będziemy mieli okazji się z nimi spotkać. Tymczasem wierząc w życie po życiu mielibyśmy taką opcję, nasi bliscy czekaliby na nas „po drugiej stronie” albo „poza granicami galaktyki” (sorry, jako fan Babylon 5 nie mogłem się powstrzymać ;).

Jeden duży problem z tym wyobrażeniem – zakłada, że ani nasi bliscy, ani my sami, nijak się nie zmieniamy ani nie uleglibyśmy żadnej zmianie po śmierci. Tymczasem nie tylko „kobieta zmienną jest”, ale ludzie się po prostu zmieniają. Zdarzyło Ci się spotkać z przyjaciółmi sprzed lat i odkryć, że rozmowa nijak się nie klei? Z ludźmi, których kiedyś nienawidziłeś, a okazują się być dziś naprawdę w porządku? Osobami mądrymi, którym odbiło i zgłupiały? Głupcami, którzy popracowali nad sobą i zmienili się w mędrców?

Jeśli choć jedno z tych brzmi znajomo, to pozostaje pytanie – skąd wiesz, czy faktycznie chciałbyś się spotkać z taką osobą „po śmierci”? I czy faktycznie chciałbyś się spotkać  tą osobą, czy może ze swoim wyobrażeniem na temat tego, jaka być powinna? Wyobrażeniem bardzo odległym nie tylko od tego, jaka może być, ale często nawet jaka faktycznie była za życia?

Nie bez powodu wiele źródeł sugeruje, że osobami najciężej przechodzącymi śmierć bliskich są ludzie, którzy wierzą iż mają z nimi jakieś niedokończone sprawy. Którzy chcieliby sobie coś wyjaśnić, pogodzić się, przeprosić lub uzyskać przeprosiny… a tu guzik. Nic z tego. Za późno. Czy nie lepiej więc załatwić te rzeczy za życia? Czy nie lepiej wziąć tą świadomość ostateczności ludzkiej śmierci i żyć zgodnie z nią? Już dziś zadbać o te osoby, zanim nie będzie za późno?

Moim zdaniem tak, ale jak pisałem, to moje zdanie i przemyślenia, nie fakty obiektywne. Korzystając z okazji chciałem się nimi po prostu z Wami podzielić.


A, btw. jest jedna opcja „życia po śmierci”, w którą jak najbardziej wierzę :) I każdego do takiego „życia po śmierci” i to wielokrotnego gorąco zachęcam :)

Pisałem o niej tutaj


Jeszcze tylko kilka dni zostało na skorzystanie z przedpłaty na wiosennego Praktyka Beyond NLP! 17-25 marca 2018, Warszawa, 9 dni intensywnej pracy nad sobą. Więcej informacji znajdziesz TUTAJ


Jeśli lubisz te materiały, polub i fanpage bloga :)


 

Podziel się tym tekstem ze znajomymi:
Następny wpis
Poprzedni wpis
  • MrNice

    Mnie od dłuższego czasu zaczęły męczyć tego typu myśli o śmierci, do tego stopnia, że nawet dziśjedną z myśli zaraz po przebudzeniu była myśl „umrę” i niestety nie jestem w stanie podchodzić do tematu tak lekko jak pan. Żałuję, że nie jestem w stanie „uwierzyć” w katolickie czy inne tego typu koncepcje. Brak świadomości nieistnienia jest przerażająca, jakkolwiek głupio by to nie brzmiało. Jakbym umarł dzisiaj to bym stwierdził, że moje życie było dość chujowe : ), nic konkretnego w nim nie zrobiłem i nie mogę niczego już naprawić.
    ps. mam 22 lata jestem zdrowy.

    • Mag vel Ric

      Polecam cwiczenia De Mello oswajania sie ze smiercia. Jedna z jego ksiazek koncentruje sie tylko na tym aspekcie a jego specyficzne podejscie do duchowosci sprawia, ze nie narzuca on zadnej konkretnej tradycji.

    • Ja tak miałem od 7 roku życia (i skończyłem jako mgr filozofii :). Zresztą nie tylko ja: poczytaj egzystencjalistów czy Kierkegaarda :)

      Starożytną (i skuteczną u mnie) receptą na to było „memento mori” czyli nie uciekanie od tych myśli tylko regularne przypominanie sobie o swojej śmiertelności i zaakceptowanie swojego strachu. Myślenie o śmierci codziennie – aż ci się znudzi. Aż stanie się to naturalne. I dzięki temu docenisz każdy moment tego krótkiego istnienia na ziemi. Każdy oddech. Każdy uśmiech. Każdy dotyk kochanej osoby. Świadomość śmierci pozwala docenić te proste rzeczy i nie marnować życia na pogoń za bogactwem, sławą. władzą czy „sztucznymi” przyjemnościami. To co dla mnie było kiedyś przekleństwem (paraliżujący strach) stało się wyzwoleniem. Tylko nie można walczyć z tą myślą, trzeba ją zaakceptować, jakby nie było to trudne. W końcu sama znika :)

      Wiem, że bardzo wielu ludziom pomogły Rozmyślania Marka Aureliusza (mnie inni stoicy min.Seneka)

      I jeszcze jedno: pokonanie strachu przed śmiercią uczyni Cię bardzo odważnym i prawdziwie wolnym człowiekiem. Ten, który się nie boi śmierci jest nie do pokonania! Każdy tyran o tym wiedział. Ci, którzy całe życie uciekają od tej myśli (w pracę, dorabianie się, alkohol i inne przyjemności) na samą myśl o możliwości wojny srają w majtki. A stoik? Cieszy się, że będzie miał okazję potrenować swoją filozofię :)

      Zrobiłeś w młodym wieku pierwszy krok na drodze do prawdziwej wolności, który wielu robi dopiero na łożu śmierci, kiedy już jest za późno na trening…..i dobre życie…. Witaj w klubie :)

  • Marcin

    Religie to po prostu systemy ustawiające wartości i moralność tym, którzy nie mają chęci, czasu, czy też intelektu by szukać samemu. Stąd wiara w życie po śmierci, by do „dobrego” życia motywowało człowieka coś więcej, niż tylko kazanie babci Zosi. Podobnie jak z wizją piekła, która oczywiście ma odstraszać od niepasujących do ramy katolickiej rzeczy, tak też jest z wizją nieba – wariacja na temat karmy, czyli otrzymywania tego, co się daje. Oczywiście wszystko zależy od tego, w co się wierzy, co też potwierdzają różne wizje odpalane w czasie śmierci klinicznej – rzadko bywa, by buddysta widział jezusa, czy odwrotnie. Ale temat jest fajny i można na nim nieźle zarobić :)

  • qwe

    Narodziny zwykle uważa się za początek życia. Ale czy wzięliśmy się z nikąd? Coś co biło naszym sercem w brzuchu matki i wzięło razem z nami pierwszy oddech pojawiło się nagle z niczego i przepadnie na zawsze?(nie ważne jak ddaleko do tyłu się oglądamy, na naszych rodziców czy na prapra ryby czy coś) Nie mieliśmy pamięci ale coś było świadkiem naszych narodzin. Jeżeli będziemy potrafili żyć bardzo świadomie i przede wszystkim nie bać się żyć to uzyskamy zdolność bycia świadomym również własnego umierania.
    Wierzenie, że osobowość, ja Jan Kowalski będę żył wiecznie wydaje się niedorzecznością a wszystkim tym którzy w to wierzą dla ich dobra życzę aby im się to nie spełniło. Wszystko czego jest świadomych większość ludzi przepadnie na amen.
    Ja jednak nie uważam śmierci za coś przeciwnego życiu. Śmierć to przeciwieństwo narodzin. Życie nie ma przeciwieństwa, nie może przepaść, jest świadkiem śmierci i narodzin.
    Śmierć to nie jest przeciwieństwo życia. Śmierć to część życia, jego kulminacja i biegun przeciwny do narodzin.Oba te aspekty życia tworzą rytm, jak poranek i zmierzch, wiosna i jesień, wdech i wydech. Całe życie to dwubiegunowy taniec. nie może być inaczej. Nie jest to przerażające, jest w tym swoiste piękno. Kto boi się śmierci ten tak na prawdę boi się życia. Jeżeli znasz jakąś osobę, która bardzo boi się śmierci, to zwróć uwagę na to jaki ta osoba ma stosunek do życia. Nie pytaj jej o to tylko daj sobie możliwość poznania tego samodzielnie

  • qwe

    Życie pokazuje nam różne swoje aspekty i jeżeli ktoś chce być w pełni człowiekiem powinien być mu/sobie wdzięczny za tę możliwość zasmakowania jego różnorodności.