Pierwszy wpis na tym blogu ukazał się w czerwcu 2009 roku. Dopiero niedawno zdałem sobie sprawę z tego, ile to czasu. Wiele osób towarzyszy mi tu niemal pięć lat. To długo – dłużej, niż wiele moich dobrych znajomości w realu, pomyślałem więc, że warto byłoby napisać coś, co pozwoliłoby Wam nieco lepiej mnie poznać jako człowieka, a nie tylko coacha. Niewątpliwie przyczynił się do tego podobny cykl znajomej, Diany Domin.


Nie będą to wpisy szczególnie regularne, ot, coś co pojawi się od czasu do czasu. Część czytelników może to po prostu nie interesować i nie chcę Was znudzić. Zamierzam jednak co jakiś czas napisać taki post, bo niektórych z Was może to zaciekawić.

Plus, Ci, którzy mnie nie lubią (ale z jakiegoś tajemniczego powodu i tak tu wchodzą), mogą znaleźć jakiś powód by się ze mnie pozbijać ;P Też korzyść :D


Co na początek? Może coś o jednym z moich dużych zainteresowań.

Jestem komiksiarzem

W zasadzie zawsze byłem. Gdy TM-Semic wchodził do Polski w latach 90-tych, ze wszystkimi Spider-manami, Batmanami, Alfami i Transformersami, ja dzielnie biegałem do kiosku kupując kolejne zeszyty :) Ba, to komiksy sprawiły, że zacząłem dużo czytać. No, dokładniej – reklama gry „Bitwa na Polach Pelennoru” w jednym z nich. Bardzo mi się spodobała, ale starszy brat namówił mnie (była to druga klasa podstawówki) żebym najpierw przeczytał Hobbita i Władcę Pierścieni. No to przeczytałem – w jakieś dwa tygodnie zresztą, wiec chyba naprawdę chciałem mieć tą grę.*  Komiksy zresztą mocno mieszały mi się z fantastyką – np. czytając Kroniki Amberu połowę Książąt wyobrażałem sobie jako postacie z Marvel’owskiego Hellfire Club ;)

* Nigdy jej w końcu nie miałem. Grał ktoś? Warto się było nakręcać?

TM-Semic zniknęło z naszego rynku, ale moje zainteresowanie pozostało, choć przerzuciłem się raczej na komiksy japońskie. Były to czasy promocji mangi w Secret Service (popularne pismo o grach – o tym innym razem) i cóż – wkręciłem się. Czytałem naprawdę sporo, ale komiksy te są głównie pisane pod nastolatków, co czuć po latach – niewiele jest takich, do których naprawdę chciałbym dziś wrócić, niewiele historii tak pamiętnych, by chcieć je sobie przypomnieć. Choć wyjątki jednak są (FullMetal Alchemist chociażby).

Odchodząc od japońskich zacząłem odkrywać zachodnie graphic novels, komiksy pisane raczej dla starszej publiczności – tu kluczem był absolutnie cudowny „Sandman” Neila Gaimana.

Dziś praktycznie nie śledzę już komiksów japońskich – są może ze dwa tytuły które okazyjnie sprawdzę, bardziej dla potrzeby „domknięcia” fabuły (ciągną się od kilkunastu lat… skojarzenia z „Pieśnią Ognia i Lodu”/”Grą o Tron” są całkiem do rzeczy ), ale i z zachodnich nie ma wielu, które naprawdę mnie zainteresowały. Zakochałem się w błyskotliwej, „medycznej” reinterpretacji magii w „Witch Doctor” Seiferta, urzekło mnie oryginalne „Crossed” Ennisa oraz jego mini-historia z „Crossed Badlands”, choć mocno boleje nad tym co inni autorzy wyrabiają z tym cyklem. Lubię też Walking Dead, swoboda autora w mordowaniu kolejnych postaci czyni z tego komiksu jeden z nielicznych gdzie faktycznie z zapartym tchem czeka się na kolejny rozdział. I to by było na tyle, tak naprawdę – choć mam gorącą nadzieje, że trafię jeszcze na historie, które trafią do mnie tak jak np. „Lucyfer” Carey’a i jestem otwarty na nowe tytuły.


Przyznam, przez dłuższy czas niespecjalnie wspominałem o tym hobby, bo jednak komiksy nie mają u nas „dobrej prasy”. Po prostu nieco się wstydziłem „dziecinnego hobby” ;) Od dłuższego czasu mam już z tym luz – jasne, jestem świadomy, że dla wielu osób będzie to niepoważne, tylko co z tego? :)


Dlaczego komiksy? Powód kiedyś był pewnie inny niż dziś, w końcu taki „Spiderman” ma inny klimat i grupę docelową niż „Hellblazer”. Cokolwiek bym wspominał o tym czemu kiedyś to lubiłem byłoby to jakimś przekłamaniem, mogę mówić o tym, co jest teraz. Teraz jednak kojarzę komiksy – te naprawdę wybitne – z wieloma spośród najlepszych eksploracji różnych obszarów ludzkiego życia.

Śnienie i marzenia w „Sandmanie” Gaimana. Istota wolnej woli i niezależności w „Lucyferze” Carey’a. Zło w każdym z ludzi, tak błyskotliwie oddane u głównych bohaterów „Crossed” Ennisa, czy „potrzeba przynależności” przegenialnie odwzorowana w trzech krótkich zeszytach jego „Crossed Badlands”, którego ostatnich parę zdań czytałem raz za razem przez kilkadziesiąt minut. Nawet pojedyncze perełki z Japonii, jak błyskotliwie obsesyjne szaleństwo w horrorach Junji Ito, czy świetnie oddane „musisz coś poświecić, by coś uzyskać” w „FMA” Arakawy…

Jasne, na każdą z tych perełek przypada cała masa „pulpy”** Ok, przypada. Ok, trzeba przez nią przejść by dojść do tych perełek. Nie zmienia to faktu, że cieszę się z bycia komiksiarzem :) I gorąco to polecam

** Która wcale nie musi być czymś złym.


Moje komiksowe „Trzeba Przeczytać”

(zdecydowanie niepełne, to co teraz mogę najlepiej przywołać)


Zachodnie:

Neil Gaiman : Sandman (całość) + Death: A high cost of living + Sandman:Endless Nights

Neil Gaiman: Nigdziebądź (najlepiej z mapką londyńskiego metra pod ręką)

Mike Carey: Lucyfer (całosć)

Garth Ennis: Crossed (oryginalne), Crossed: Badlands 1-3

Michał „Śledziu” Śledziński: Osiedle Swoboda (dla swojskiego akcentu)

Brandon Seifert:  Witch Doctor, Witch Doctor: Mal Practice


Japońskie:

Hiromu Arakawa – Full Metal Alchemist

Junji Ito – Uzumaki

Kaori Yuki – Angel Sanctuary


Jeśli cenisz treści z tego bloga, zostań patronem na Patronite i postaw mi kawę.

Im więcej kawy w Arturze, tym więcej ciekawych treści Artur generuje ;)


Podziel się tym tekstem ze znajomymi:
Następny wpis
Poprzedni wpis