Chcesz by klient Cię lubił, czy żeby miał efekty?

Lata temu pracowałem z Moniką. Była na jakimś szkoleniu które prowadziłem (w zasadzie evencie , wtedy jeszcze nie wiedziałem czym są faktyczne szkolenia), potem zdecydowała się na skorzystanie z sesji coachingowej. Po sesji wystawiła mi opinię pozytywną, ale dość chłodną. Zgodnie ze swoim podejściem, umieściłem ją i tak na stronie – wychodzę z założenia, że uczciwie jest umieszczać wszystkie przysłane mi opinie od klientów.

Opinia ta brzmiała tak:

„Artur jest niezwykle inteligentną osobą i bardzo skutecznym trenerem. Ma olbrzymia wiedze, którą doskonale wykorzystuje. Początkowo sprawia wrażenie osoby nieco kontrowersyjnego i często jego sposób działania wywołuję dużo agresji, ale wszystko do sprawia, że można dotrzeć do podstawy problemu i skutecznie go rozwiązać. Podczas coachingu przeszkadzał mi tylko dystans i powaga, którą zachowuje podczas spotkań.”


Sześć lat później spotkaliśmy się ponownie – brała udział w dwóch jednodniowych szkoleniach (teraz już faktycznie szkoleniach! ;) ), które prowadziłem. W przerwie jednego z nich przywołała tamtą naszą pracę i to, jak bardzo doceniła ją z perspektywy czasu, gdy zobaczyła jej długoterminowe efekty.

Zgodnie z prawdą wskazałem jej wtedy, że nie mogę brać tu odpowiedzialności. Być może zmiany które uzyskała były efektem naszej pracy, a być może innych czynników, nigdy nie da się tego trafnie stwierdzić w jednostkowym przypadku. M.in. dlatego mówiąc o skuteczności swojej pracy staram się używać kategorii „Na X osób z którymi pracowałem nad tą kwestią, Y uzyskało taki efekt.” Tym niemniej Monika była na tyle miła, że zdecydowała się napisać mi uaktualnioną opinię:

„Pierwszy raz z Arturem pracowałam 6 lat temu. Brał udział w szkoleniach z Jego udziałem, miałam również sesje indywidualną. Po takiej sesji zrezygnowałam z udziału w szkoleniach z rozwoju osobistego. Nie zrezygnowałam jednak z nich bo nie działały, ale dlatego, że dzięki Arturowi wreszcie znalazłam techniki, które pomogły mi zmienić życie. Na początku tego nie doceniałam, ale teraz, z perspektywy czasu widzę jak dużo udało mi się zmienić w moim życiu. Zmieniło się moje nastawienie, relacje z ludźmi, sposób myślenia i dzięki temu wszystkiemu z osoby zakompleksionej, niepewnej siebie i szukającej wszędzie problemów stałam się po prostu szczęśliwa.

Pod koniec wakacji tego roku miałam przyjemność wziąć udział w dwóch jednodniowych szkoleniach prowadzonych przez Artura. Chciałam sobie przypomnieć pewne techniki i popracować z rzeczami, które teraz chce zmienić. I były to dwa niesamowite dni – przypominałam sobie kilka rzeczy, nauczyłam się kilku nowych. Pomimo tego, że minęło dopiero kilka dni od pierwszego z szkoleń już widzę różnice w moim działaniu.

Artur to najlepszy trener z jakim miałam przyjemność pracować. Ma olbrzymią wiedzę, którą potrafi przekazywać w bardzo przystępny sposób. Jego szkolenia i sesje indywidualne są naprawdę skuteczne i jeśli tylko chce się zmienić swoje życie to nie ma szans żeby informację i techniki, które przekazuję nie zadziałały. Poza tym jest bardzo sympatyczny i pomimo poruszania trudnych tematów można się przy Nim czuć komfortowo. Gorąco polecam!”


Dlaczego o tym piszę? Ze względu na jedną istotną kwestię. Jeśli jest jedna rzecz, która różni mnie od większości coachów czy changeworkerów na rynku, to jest nią to: skupienie na efektach u klientów.

Oczywiście, tytułowe pytanie „sympatia czy efekty?” jest często pozornym wyborem. Najlepiej jest zadbać o to, by klient zarówno Cię lubił, jak i miał efekty. Niekiedy masz jednak do wyboru tylko jedną z tych rzeczy. Pytanie brzmi: co wybierzesz?


Nie jest to takie oczywiste pytanie. Jasne, profesjonalnie należałoby odpowiedzieć, że najważniejsze są efekty. Ale…

Po pierwsze: jesteśmy ludźmi. Istotami głęboko, rdzennie społecznymi. Naturalne jest dla nas dążenie do bycia lubianym. Także bycie lubianym przez klientów. To naturalna tendencja, która może jednak bardzo sabotować skuteczną interwencję. Bo co, jeśli zapytam o coś, a klient się obrazi? Lepiej utrzymać miły klimat na sesji.

Po drugie: jesteśmy usługodawcami. Klient, który ma efekty, ale nie jest emocjonalnie ugłaskany, może więcej nie przyjść. Ba, klient który nie ma efektów, ale nas lubi, może przychodzić regularnie, licząc, że coś w końcu uzyska. Z perspektywy finansowej, dobry układ. Zwłaszcza, gdy ktoś dopiero rozwija swoją praktykę i nie przyjmuje jeszcze klientów regularnie. Jasne, jest to mało etyczne, ale etyką się nie najesz.

Po trzecie: skuteczność w coachingu nie jest łatwa do zmierzenia. Follow-up wymaga dodatkowego czasu, za który nikt nam nie płaci. Często wymaga kilku prób kontaktu, bo odpisanie na nasze pytanie o skuteczność rzadko kiedy jest dla klienta największym priorytetem. Może też być nieprzyjemny – sądziliśmy po sesji, że wszystko super, a tu klient stwierdza, że guzik, nic to mu nie dało. Nic wiec dziwnego, że wiele osób skupia się na kryteriach mniej wartościowych, ale łatwiejszych do zmierzenia. „Czy klient jest zadowolony po naszej pracy? Albo przynajmniej  na tyle mnie lubi, że nie będzie chciał wprost przyznać, że coś mu nie pasuje?”

Kącik coachingowy czeka...

Kącik coachingowy czeka…

Z tej perspektywy, skupianie się na efektach wymaga od coacha specyficznej mentalności – mentalności rzemieślnika. Ludzie o mentalności biznesmena skupią się na zadowoleniu klienta i sprzedaniu mu więcej, niezależnie od jakości. Ludzie o mentalności społecznika skupią się na atmosferze i relacji z klientem, poświęcając dla nich jakość czy okazje biznesowe. Koncentracja na efektach wymaga podejścia rzemieślniczego, wartościowania swojej pracy przede wszystkim po jej jakości, po jakości którą w coachingu da się zmierzyć tylko przez efekty.

Fajnym bonusem jest tu fakt, że krótkoterminowo takie podejście może zniechęcać klientów, ale długoterminowo będą dużo bardziej doceniać uzyskane efekty – co ładnie ilustruje* przykład Moniki.

*Ilustruje, nie dowodzi ;)

Dlatego zachęcam do przemyślenia tematu u siebie i zastanowienia się – na swoje potrzeby, nie dla rzucania hasłami – co dla Ciebie jest na chwilę obecną najważniejsze w Twojej pracy (niezależnie, coachingowej czy dowolnej innej) i czy ew. nie warto tego zrewidować. Takie „rzemieślnicze” podejście bywa czasem trudne, ale daje ogromną satysfakcję.


Rekrutacja na wiosennego Praktyka Beyond NLP już się rozpoczęła :) Zarezerwuj swoje miejsce już teraz i skorzystaj ze zniżki w przedpłacie! Więcej informacji znajdziesz na BeyondNLP.pl


Jeśli lubisz te materiały, polub i fanpage bloga :)


 

Podziel się tym tekstem ze znajomymi:
Następny wpis
Poprzedni wpis
  • Michal

    Mysle, ze jeszcze trudniejsza jest ta sprawa w relacji rodzic – dziecko. Czesto w sytuacjach konfliktowych musze sobie przypominac, ze wazniejsze jest szczescie dziecka (np. dobre nawyki) a nie, zeby mnie lubilo (pozwalanie na wszystko). Tu problem jest taki, ze to jego szczescie zalezy po czesci od dobrych relacji z rodzicami. I troche bledne kolo sie robi.

    • Niewątpliwie jest to trudne, przyznam też, że trochę nie moja specjalizacja. To powiedziawszy, lubienie nie musi wynikać z pozwalania na wszystko- paradoksalnie jasne, ale nie sztywne granice mogą być dużo lepszym rozwiązaniem.

  • lag

    TAK W SKRÓCIE: czy efekty (skuteczność) to lewa – racjonalna półkula mózgu, a lubienie (emocje) to prawa – wrażliwa półkula mózgu?

    • Nie. Po pierwsze – lewa półkula nie jest racjonalna, a prawa emocjonalna, to mit*.

      Po drugie – efektywność w pracy coachingowej (i nie tylko) wymaga jak najbardziej zaangażowania emocji. Tylko czasem paradoksalnie cenniejszą emocją będzie np. strach czy złość, produktywnie zaprzęgnięte do działania.

      *http://blog.krolartur.com/prawda-o-lewej-i-prawej-polkuli-mozgu/

      • lag

        Podziw dla twojej wiedzy. Jeszcze z innej beczki: twoja książka o Pewności Siebie jest z tego samego wydawnictwa co o skutecznym zarządzaniu czasu – czy znasz tą książkę? Wiele sposobów jest uwzględnionych w twoim poradniku o skuteczności natomiast jest też od czasu do czasu wspominane o wierze, o pozytywnym nastawieniu – Czy posiadasz opinię nt tej książki?

        • Niestety, z Samo Sedno oprócz własnych znam może 2-3 tytuły, a ten o który pytasz do nich nie należy.

          • lag

            Znalazłem trochę czasu zaczytując się w twoim artykule z linka i kilku innych, nie znalazłem kilku odpowiedzi, dlatego spytam.
            1.W takim razie gdzie u nas w mózgu znajduje się ośrodek odpowiedzialny za emocje?
            2.Czy jest jakiś mechanizm powstawania emocji?
            3. Również poczytałem o nastawieniu. Piszesz, że nie ma znaczenia, ma być takie, które pozwoli działać. Jednak nie jest tak, że bardziej pozytywne ( i nie przypisuje mu jakiś wielkich mocy, ezoteryki itp) jest pewniejsze (tak, wiem o dwójmyśleniu i się zgadzam) niż negatywne?
            4. Bo czy nie jest akurat tak, że pozytywne, gdzie jesteśmy luźniejsi, bardziej wyluzowani, pozwala poszukać rozwiązań, gdzie pesymiści będą narzekać, użalać nad sobą, będą spięci? Jestem w tej kwestii ciekawy odpowiedzi. Wiadomo, że działanie jest esencją i najważniejsze, bo i optymista( z gatunku hurra) i pesymista mogą nic nie robić.
            5. Na blogu piszesz o przejmowaniu się. Szczerze jest to bardzo ogólne słowo i każdy z osobna może inaczej na nie spojrzeć. Piszesz, że wydłuża życie, a przecież stresy, przejmowanie się i przeżywanie, może ujemnie wpływać na serce. Wiadomo bez stresu często uciekamy w kryzysowych sytuacjach, w lekkim stresie jesteśmy w stanie fajnie podziałać. Jednak przejmowanie się, nie spina ciało człowieka? Także, przejmowanie się, stresowanie się często błahymi problemami nie wpływa na późniejsze najbardziej śmiertelne choroby cywilizacyjne jak wieńcówka czy zawały serca? Proszę wytłumacz.
            6. Ja w dwójmyśleniu nie widzę przejmowania się (przynajmniej patrząc na własną postawę dwójmyślenia). Na luzie patrzę co może pójść nie tak, jednak nie zaprzątam tym sobie głowy martwiąc się. A jednak nie czuję zaskoczenia, gdy coś przewidzianego się pojawi. Subtelna różnica. Także jak przejmując się możemy dłużej żyć, jak stres jest jednym z czynników chorób śmiertelnych? (tak wiem, że organizm jest przystosowany na 25-30 lat życia a żyjemy po 70-80 lat ale przypatrz się akurat tym chorobom).
            7. Dalej ciągnę o przejmowaniu, a piszesz, że szczęśliwe małżeństwo zwiększa lata życia. Gdzie rozpad, nieszczęśliwe (zauważam przejmowanie i stres) coś odbiera. Gdzie tu logika przy porównywaniu (pewnie niezależnych od siebie) badań? :)

          • 1. Nie mamy jednego ośrodka odpowiedzialnego za cokolwiek tak złożonego jak emocje – mamy duże centra niezbędne w procesie, ale nie da się procesu sprowadzić do danego centrum. Np. ośrodek Brocka jest bardzo ważny w mowie, ale mowa może ulec uszkodzeniu mimo pełnej sprawności ośrodka Brocka.

            W przypadku surowych emocji najważniejsze będzie ciało migdałowate (czy raczej ciała migdałowate, bo są dwa) odnośnie smutku, szczęścia, gniewu, lęku i złości, natomiast wstręt i prawdopodobnie pogarda przetwarzane są przez wyspę. Ale w procesie rolę odgrywa też hipokamp,wzgórze i podwzgórze, że wymienię tylko najważniejsze.

            2. Tak, nawet kilka, ale to temat na rozdział książki, a nie krótką odpowiedź na blogu ;) Zbyt złożone bym podjął się krótkiego podsumowania, za wiele musiałbym wyciąć i uprościć.

            3.
            Nie, pozytywne jest często wręcz słabsze niż negatywne, bo mózg uznaje „uda mi się? a to spoko, nie poświęcam zasobów na to” i przy pierwszej przeszkodzie człowiek się poddaje. Jest niestety sporo badań to pokazujących.

            4. Najzdrowsze jest dwójmyślenie, realizm, czasem nazywane dla marketingu „realistycznym optymizmem”. Drugie w kolejności jest pesymistyczne, dopiero na końcu jest optymistyczne.

            Optymiści są aż za bardzo wyluzowani – i nie działają. Pesymizm nie oznacza narzekania ani użalania się nad sobą, to zupełnie niezwiązane kwestie. Pesymiści będą owszem, bardziej zestresowani, ale stres nieźle mobilizuje. Więc bawić się będą gorzej, ale będą mieć lepsze wyniki. Coś za coś.

            5. Badania pokazują, że stresy, przejmowanie się i przeżywanie sprawiają, że taka osoba ma mniej, a nie więcej hospitalizacji na tle kardiologicznym. „Stres wpływa na serce” okazuje się więc mitem. W stosownym artykule jest namiar na odpowiednie badania.

            6. Stres nie jest jednym z czynników chorób śmiertelnych.

            7. To akurat wynik jednego dużego badania, gdzie przez kilkadziesiąt lat, na naprawdę sporej próbie osób, weryfikowano zdrowie w odniesieniu do różnych czynników takich jak poziom stresu czy różne wydarzenia życiowe. W ramach tego badania wyszło m.in. to, że udane małżeństwo wydłuża, a rozwód lub nieszczęśliwe skraca. Przy czym prawdopodobnie nie jest to powiązane ze stresem lub jego brakiem, a z dużo prostszą kwestią: małżonek/ka mobilizują do dbania o siebie, gdy małżeństwo jest udane, zachęcają do pójścia do lekarza, itp.

          • lag

            Ciekawe odpowiedzi i dająca do myślenia perspektywa.
            1. Byłbym wdzięczny za art odnośnie stresu „do braku chorób”. Jeżeli zmieniłeś zdanie to zrozumiem ten wątek, ponieważ napisałeś tutaj na blogu, że emocje wpływają na choroby kardiologiczne (z tego co pamiętam mowa była o złych, mogę przytoczyć jeśli będzie trzeba) :)

            2. Emocje są konstruktem złożonym jak widać, choć co do ciałka migdałowatego czy warto unikać jego reakcji? było poruszone o stresie, pesymizmie, przejmowaniu się, użalaniu. Jednak brak w nas paraliżującego strachu, gdy idziemy małymi kroczkami. Jak to jest?

            3. Co do dwójmyślenia to można prosić przykład? Czy jest w stanie się nie być spiętym przy takim myśleniu. Czy to nie jest pewien balans między optymizmem (końcowy sukces, wiara w siebie) a pesymizmem (możliwe przeszkody) ? :)

            4. W tej kwestii liczę na odpowiedź, bo coś źle zatrybiłem – czemu pesymizm nie ma wiele wspólnego z użalaniem się, narzekaniem, spięciem się, paraliżem? Chciałbym ogarnąć te kwestie. + ponawiam pytanie czy taki stres, który uniemożliwia działanie, czujemy napięte ciało jest zdrowe? Gdy nasze ruchy są spięte i np. mowa niewyraźna? Czy tutaj nie potrzeba pewnego luzu, relaksacji? W końcu napięte ciało wnioskowałbym z ograniczonym zasobem tlenu w tym jego dostawą, a to dalej wpływa na krew i przepływ w układzie krwionośnym. Poza tym często starsi ludzie jak straszni się czymś przejmą niejednokrotnie mdleją. Artur proszę o dłuższą odpowiedź ze względu na rozpisany punkt 4 :)
            Dziękuję.

          • 1. Linkowałem już w artykule nt. martwienia się np. do http://www.bmj.com/content/324/7348/1247

            2.Nie rozumiem pytania, mieszasz mam wrażenie kilka pytań w jednym. Czy mógłbyś rozwinąć?

            3. Tak, można nie być spiętym przy dwójmyśleniu.

            4. Pesymizm = stricte oczekiwanie problemów, ew. braku sukcesu. Mogę jednak oczekiwać problemów, ale może mnie to motywować do działania. Oczekiwanie problemów nie musi oznaczać paraliżu. Że rzucę truizmem – odwaga to nie brak strachu, to umiejętność reagowania mimo strachu. Mylisz pesymizm z niektórymi reakcjami na pesymizm, oraz stres z niektórymi reakcjami na stres.

            Budujesz bardzo złożone scenariusze, które nie są ze sobą nierozwiązalnie powiązane. To nie stres uniemożliwia działanie – to niektóre z wielu mozliwych reakcji na stres dają taki efekt. Rozbij swoje wnioskowanie na części składowe i weryfikuj je po kolei, zamiast przyjmować na wiarę.

            Gdyby napięcie ciała prowadziło do ograniczonego zasobu tlenu, to nie mielibyśmy sportów wyczynowych ;)

            Starsi ludzie „przejmują się i mdleją” to typowe mylenie korelacji z przyczynowością ;)

          • Piotrek

            „Gdyby napięcie ciała prowadziło do ograniczonego zasobu tlenu, to nie mielibyśmy sportów wyczynowych ;)”

            Uprawiam sporty walki i nie mogę się z tym zgodzić. Każdy kto miał rękawice na rękach i naprzeciwko siebie groźnego przeciwnika wie, że po 3 minutach samego trzymania gardy będąc nie „na luzie” człowiek jest wycieńczony, nie ma sił aby trzymać ręce w górze. Nie trzeba nawet uprawiać sportu, wystarczy być spostrzegawczym kibicem.

            Andrzej Gołota – mistrz świata na sali treningowej;), doskonały atleta(nie mówię o czasie, gdy boksował 12 lat po tym gdy każdy zdrowo myślący zawodnik zająłby się wędkarstwem), największy talent jaki widział w życiu trener legenda, wychowawca 20 mistrzów świata. Sparingpartnerzy niemiłosiernie obijani. Do ringu wychodził spięty i po 5 rundach „pływał”, o ile w pierwszej, w której był najbardziej spięty, nie został znokautowany przez słabszego od siebie przeciwnika. Czasami udawało mu się w trakcie walki wyluzować – wirtuoz, finezyjny lewy prosty, praca nóg jak u chłopaka z półciężkiej, świetny refleks i twarda szczęka(odporność na ciosy w żargonie).

            Jako kontrprzykład Floyd Mayweather Jr – obecnie najlepiej zarabiający sportowiec na świecie. Od pierwszej do ostatniej sekundy walki całkowicie wyluzowany, nawet gdy walka nie układa się po jego myśli. W ringu przypomina zrelaksowanego kota – tak jest rozluźniony. W 12 rundzie potrafi ośmieszać ledwo zipiącego i sfrustrowanego rywala robiąc triki pod publiczkę.

            Każdy kto siedzi w tym sporcie wie, że spięcie oznacza zakwaszenie organizmu i brak prądu w końcowych rundach.

          • Piotrek, poprosiłbym jednak badania na potwierdzenie tego, a nie tezę z doświadczenia :) Z dość prostego powodu – z doświadczenia bierzesz pewne fakty, ale nadajesz im określoną interpretację :) A ja poproszę po prostu o badania pt. „napięcie prowadzi do ograniczonego zasobu tlenu”, zwłaszcza w kontekście długotrwałego stresu :)

            Ze sportem jest niestety tak, że sportowcy „z doświadczenia” potrafią wierzyć w straszne głupoty. Np. maratończycy są zwykle święcie przekonani, że witamina C pomaga redukować zakwasy. Tymczasem wiemy z badań, że jest odwrotnie – wręcz odrobinę zwiększa ich ryzyko. Confirmation bias jest wredny.

          • Piotrek

            Jeżeli przebadają bokserów to z pewnością to wyjdzie. Na samą logikę jest to jasne. Napięcie ciała jest to działanie. Mówimy, że się odprężamy ale tak naprawdę relaksowanie to nie czynność tylko zaniechanie niepotrzebnych czynności. Napinanie mięśni to wysiłek dla organizmu, rozluźnienie to zwyczajnie brak tego wysiłku. Jak działanie może nie wymagać więcej tlenu niż stan spoczynku.

            U człowieka spiętego oddech staje się szybszy ale też płytszy. Worek płucny nie rozwija się optymalnie, w nieużywanej części płuc pozostaje dwutlenek węgla. U ludzi oddychających płytko, nigdy nie przy pomocy przepony, spora część pęcherzyków płucnych nie bierze udziału w oddychaniu. Dwutlenek węgla nie służy nam, to przez niego jesteśmy ospali i szybko się męczymy.

          • Wnioski „na sama logikę” maja to do siebie, ze zwykle sa logiczne tylko do chwili gdy nie wyjdzie na jaw brak informacji, która całe wnioskowania podważa. W tym wypadku wskazałbym np. na to, ze organizm zwykle działa symetrycznie, tzn. rozluzniajac cześć mięśni automatycznie napinasz inne i vice versa. Inaczej m.in zlozylbys sie jak worek kości, co widzimy np. u osób zatrutych kurarą. Bokserzy nie różnią sie w fizjologii od reszty homo sapiens, wiec ponownie prosiłbym o opieranie rozmowy o fakty i twarde dane, dotyczące ludzi po prostu, a nie o interpretacje. Pasja, nawet najwieksza, a niewątpliwie taka masz do tej dziedziny, nie czyni czegoś prawdziwym.

          • Piotrek

            Fakty są takie, że gdy jesteś spięty to jest to NIEPOTRZEBNA praca mięśni. U spiętej i niespiętej osoby pewnie mięśnie są od tego aby się nie złożyć. Oprócz tego spięty wykonuje masę zupełnie niepotrzebnego wysiłku utrzymując napięcie w mięśniach, które to napięcie niczemu nie służy.

          • Super, ale nie dyskutujemy o wykonywaniu potrzebnej czy niepotrzebnej pracy mięśni, a stricte o tezie „W końcu napięte ciało wnioskowałbym z ograniczonym zasobem tlenu w tym
            jego dostawą, a to dalej wpływa na krew i przepływ w układzie
            krwionośnym.” :)

          • Piotrek

            Nie wiedziałem, że o tym dyskutujemy. Odnosiłem się do innego cytatu.

          • Ten do którego się odnosiłeś był odpowiedzią na przytoczony :)

          • lag

            Czesc. Dalem czas do namyslu odnosnie twoich odpowiedzi. Choc widze ze zawiazala sie ponizej ciekawa dyskusja.
            Co do testow – ok. Widze ze okreslony stres nie wplywa na choroby kardio. Jednak wytlumacz gdzie mialem okazje doswiadczyc w szpitalu wielokrotnie ze gdy starsza osoba ma spory stres to slabnie czasem mdleje i jest potrzebna szybka interwencja pielegniarek, lekarzy? I nie raz bylo cos o takim lub troche lagodniejszym przebiegu sytuacji. Jak Artur myslisz?

            2. Rozwijam – gdy cialo migdalowate uaktywnia sie czujemy strach i ciezej nam dzialac, a gdy idziemy malymi krokami(kaizen) cialo midgalowate jest nieaktywne i dzialamy efektywniej czyz nie?

            3. Mozna nie byc, ale opcja ze spina tez jest efektywna? (Szok)

            4. Rzeczywiscie myle slowa stres(paraliz), pesymizm, przejmowanie sie, uzalanie – i rozne ich powiazania i reakcje. W dobie wielu nieobiektywnych informacji i przeklaman – gdzie moge ogarnac i ugruntowac wiedze na te tematy i ugruntowac wiedze? A moze Ty bys mogl te slowa wytlumaczyc i wskazac podstawowe relacje, reakcje ktore myle? Bede bardzo wdzieczny za to.

            # co do dyskusji ponizej. Chodzi mi o napiecie gdy cialo jest usztywnione, a Ty ze stresu tak sie przejmuje ze nie moze nic zrobic.
            Rowniez sytuacja gdy sportowiec nie wytrzymuje presji.
            Samo napiecie przy ruchu patrzac na napiecie miesnia jest naturalne. Jednak w wiekszosci przypadkow napiecie jest zbyt duze.
            Ze np ktos prawie nie oddycha, nie kontroluje oddechu i w sportach walki ktos taki szybko dostanie becki z kims o podobnym poziomie ale oddychajacym :)
            Wiadomo ze tylko ktos kto lezy pijany nie wykazuje prawie zadnego napiecia. Jednak ja siedze w sporcie czynnie od ponad 10 lat. Wiem ze to napiecie przeszkadza w moich grach a rozluznienie w miare mozliwosci daje spore efekty. Floyd niezly przyklad. Kliczko a wach. Wiekszy ukrainiec jest bardzej swiadomy swojego ciala niz Polak. Z garda tez sie zgadzam. Pomiedzy jakimis ruchami, uderzeniami tez jak najmniejsze napiecie. Ale i zagrania, uderzenia ze sztywna lapa nie koncza sie dobrze. Tak w zyciu.codziennym tez od napiecia.sa analogie. Prosze odnies sie do puntkow a nie tylko fragmentow wybranych. Licze na odpowiedzi jak i twoja wlasna opinie ;)

          • lag

            Temat nieaktualny? W najnowszym odpowiedziałeś. Czy mam pisać tam, czy tutaj możemy skończyć tą dyskusję? :)
            Pozdrawiam

          • Aktualny, ale nie zakładaj, że na wszystko muszę odpowiadać od razu :)

          • lag

            nie zakladam ze od razu :)
            patrzac po ostatnich aktywnosciach w wpisach i komentarzach moze juz czas na wyczekiwana odpowiedz?

          • 1. Co do szpitala i stresu – typowy confirmation bias, zwróciłeś uwagę na sytuację, gdy takie osoby miały stres i mdlały, ignorując inne sytuacje, gdy nie miały stresu i również mdlały.

            2. Niekoniecznie – wszystko zależy od tego, jaki rodzaj działania jest akurat korzystny. Plus, strach niekoniecznie wiąże się z rozmiarem kroków.

            3. Badania nie wskazały by było inaczej. Spina to jeszcze nie szok, miejmy pewien przedział reakcji :)

            4. Nie wskażę Ci na jedno konkretne źródło dotyczące wszystkiego, bo jest to niewątpliwie złożona kwestia. Dla lepszego zrozumienia tematu emocji polecałbym zacząć np. od Emotional Rollercoster autorstwa Claudii Hammond.

            5/# Mieszamy tutaj cały zakres stanów, łącznie z ekstremalnymi, co nieco zakłóca IMO dyskusję i czyni ją bardzo nieprecyzyjną. Proponowałbym zaczęcie od sprecyzowania terminów.

    • Krzysztof_S

      O ile pamiętam, mit dotyczący roli lewej i prawej półkuli jest poruszany w książce „50 wielkich mitów psychologii popularnej” (Lillienfield, Lynn, Ruscio, Beverstein)

      • Krzysiek

        Artur, moze bys wyrecenzowal ta ksiazke?

        • Nie przewiduję w najbliższym czasie oddzielnych recenzji książek, za wyjątkiem jednej, którą „wiszę” wydawnictwu. Książka Lillenfielda ogólnie ok, choć ma kilka słabych punktów.

          • Krzysiek

            Dla mnie najbardziej uzyteczna informacja bylo to, ze mlodzienczy bunt nie jest spowodowany blizej nieokreslona burza hormonow (moze ma w tym swoj udzial, ale to nie jest glowna przyczyna), ale traktowanie nastolatkow jak dzieci, a nie dorostajacych ludzi. Ksiazki nie przyczytalem calej z powodu braku checi.