Błąd dziecięcy (Childhood Fallacy)

W medycynie alternatywnej (i branży kosmetycznej) popularny jest tzw. „błąd naturalistyczny” (naturalistic fallacy), czyli skłonność do traktowania rzeczy naturalnych jako dobrych i pożądanych. Zwykle kontrastowane są przy tym do substancji chemicznych. Oczywiście, skłonność ta jest wybitnie błędna. Po pierwsze – każda substancja, którą znamy, jest substancją chemiczną. Naturalny miód pszczeli powstaje w wyniku dużo bardziej złożonych procesów, niż miód sztuczny, dla przykładu. Po drugie – naturalność nie mówi nic o wartości danej rzeczy. Arszenik też jest naturalny, jest jednak trucizną. Naturalna jest śmiertelność niemowląt w wysokości 4/10, średnia życia 30 lat i podobne zjawiska.

Ta naturalna ideologia wyrosła prawdopodobnie z różnych ruchów „czystościowych” z przełomu XIX i XX wieku, np. z ideologii Grahama czy Kelloggsa (tak, tych Grahama od pieczywa typu graham i Kelloggsa od płatków śniadaniowych). Sęk w tym, że panowie Ci obok ideologii „naturalne to zdrowe” proponowali rówież np. takie atrakcje jak obrzezanie nastoletnich mężczyzn bez znieczulenia czy obrzezanie kobiet za pomocą kwasu siarkowego. Skoro te ich propozycje rozpoznajemy bez wahania jako niepoczytalne, to może warto zacząć rówineż z podobnym sceptycyzmem podchodzić do innych ideologii, które promowali?

Nie chcę jednak dziś pisać o błędzie naturalistycznym, a o bliźniaczym zjawisku, które zaobserwowałem w wielu nurtach pop-psychologicznych i McDuchowościowych. Zjawisko to to właśnie tytułowy „błąd dziecięcy” (childhood fallacy).  Polega ono, jak nazwa wskazuje, na naiwnym i idealistycznym podejściu do tego, jak funkcjonują dzieci. Zazwyczaj to podejście jest połączone ze stawianiem dzieci jako wzór, do którego powinni dążyć dorośli. Tezy stawiane w ramach błędu dziecięcego stoją w jawnej sprzeczności z wiedzą psychologiczną, zwłaszcza z zakresu psychologii rozwojowej. Jednak podobnie jak w wypadku błędu naturalistycznego, niestety zwykle nie przeszkadza to w propagowaniu tych podejść.

Przykładowe twierdzenia sprzedawane w ramach tego błędu, a stan rzeczywisty:

– Dzieci nie potrzebują motywacji, nie robią niczego wbrew sobie. To oczywiście ogromna fikcja. Dzieci potrzebują motywacji, wewnętrznej i zewnętrznej, tak jak każdy inny organizm żywy. Co więcej, dzieci niewątpliwie mają rozterki, nawet jeśli z perspektywy dorosłych są one niewielkie i naiwne.

Weźmy pod uwagę choćby słynny test ciasteczkowy, pozwalający z dużą trafnością przewidzieć sukces dziecka jako dorosłego. W teście tym przed dzieckiem stawia się talerz z ciasteczkiem, informując, że jeśli trochę poczeka przed zjedzeniem, dostanie kolejne. Im dłużej dziecko jest w stanie wytrwać w oczekiwaniu, tym większa też jego wytrwałość w życiowych wyzwaniach. Jednocześnie eksperyment ten demonstruje, że dzieci są jak najbardziej zdolne do robienia czegoś wbrew sobie. Widać to choćby w tym, jak dzieci czekające na kolejne ciastko próbują odwrócić swoją uwagę od ciastka leżącego przed nimi.

– Dzieci są zawsze szczęśliwe. Mhm. I dlatego właśnie od niepamiętnych czasów najlepiej sprzedające się cykle dla dzieci i młodzieży opierają się na fantazji eskapistycznej, dają czytelnikowi okazję pofantazjować, że w nim też jest coś niezwykłego, co pozwoli mu się wybić z nielubianych aspektów życia. Albo przynajmniej przyjdzie ktoś, kto mu to załatwi. Na tym opiera się Harry Potter, Saga Zmierzchu, Opowieści z Narnii, większość klasycznych komiksów o superbohaterach, nawet siostrzeńcy Kaczora Donalda! Z pewnością te fantazje biorą się z tego, że życie dzieci jest mlekiem i miodem płynące.

Oczywiście, z perspektywy dorosłego takie może być. Działają tu dwa procesy – po pierwsze perspektywa, dzięki której oceniamy problemy, które kiedyś były dla nas ogromne, jako śmieszne i niewarte uwagi. Drugą pewna selektywność pamięci, która sprawia, że przeszłość, zwłaszcza wczesną, mamy tendencję do wspominania w cieplejszych kolorach, z pominięciem przynajmniej części mniej przyjemnych jej aspektów.

Dodatkowo, co również istotne, mózg małego dziecka działa inaczej niż mózg dorosłego. Choćby z tego powodu, że dziecko nie ma jeszcze w pełni sprawnego hipokampu, struktury odpowiedzialnej m.in. za budowanie skojarzeń przyczynowo-skutkowych. Stąd idea dorosłego wracajacego do stylu myślenai małego dziecka, przynajmniej bez wsparcia lobotomii, jest delikatnie mówiąc naiwna. W rzeczywistości mózg małego, dwuletniego dziecka można w pewnym przybliżeniu porównać, pod względem poziomu rozwoju, do mózgu co inteligentniejszych, dorosłych zwierząt domowych, np. psa czy kota. Nikt jednak nie twierdzi, że kot czy pies jest zawsze szczęśliwy, czy że nie potrzebuje motywacji. Każdy kociarz, który otwierał puszkę tuńczyka wie, że jest inaczej ;)

W przypadku małych dzieci, ze względu na uwarunkowania kulturowe i własne błędy poznawcze mamy jednak skłonność do takich idealistycznych, naiwnych fantazji.  To po prostu owoc braku zrozumienia procesów, które zachodzą w ludzkim mózgu. Oczywiście, nikt od laika nie oczekuje takiego zrozumienia, jednak różnego rodzaju guru wykorzystują to, żerując na błędzie dziecięcym do sprzedawania swoich ideologii – w bardzo podobny sposób do tego, w jaki różni szarlatani (i producenci kosmetyków) sprzedają swoje wyroby w oparciu o błąd naturalistyczny.

 


15 sierpnia na blogu ukazał się 1000-ny wpis, trzeba to uczcić! Przez 10 dni, do 25 sierpnia włącznie, wszystkie produkty na MindStore o 20% taniej! Chcesz być bardziej kreatywny? Lepiej się motywować? Być pewniejszym siebie? Opanować Beyond NLP? To wszystko i dużo więcej na MindStore.pl!


Jeśli lubisz te materiały, polub i fanpage bloga :)


Podziel się tym tekstem ze znajomymi:
Następny wpis
Poprzedni wpis
  • Czy ja tutaj widzę echa naszej ostatniej rozmowy na temat posiadania zwierząt w domu :) ?

    • Jakoś nie skojarzyłem :D Ale fakt, patrząc z perspektywy, coś w tym jest ;)

  • Małgosia Jagodzińska-Studzińska

    Zgadzam się z tym tekstem w 100%.

  • Świetne spostrzeżenie. Zwróciłeś uwagę na ciekawy punkt widzenia. Do tej pory i u mnie dominował stereotyp, „dziecko – beztroska”.

    Z drugiej strony ciekawi mnie Twój pogląd na jeden aspekt „brania przykładu” z dziecka. Mianowicie chodzi o brak lęku, brak blokad. To wiąże się jak pisałeś z brakiem myślenia przyczynowo-skutkowego.

    Możesz opisać się w tej kwestii?

    • Co do braku lęku, to też trochę mit, np. małe dzieci (niemowlęta) mają wręcz wrodzony strach przed nieznanymi twarzami, aktywizujący się w pewnym wieku i trwający przez określony czas.

      Dzieci, zwłaszcza małe, pre-hipokampowe (a więc przed 3-4 rokiem życia, gdy ta struktura zaczyna się rozwijać, co będzie robiła do ok. 7-go), raczej nie będą miały lęków, gdyż lęki są antycypacyjne i wymagają wyczekiwania czegoś w przyszłości. Ale już od najwcześniejszych lat działa im ciało migdałowate, odpowiedzialne za emocjonalne powiązania bodziec-reakcja, więc mogą jak najbardziej strach/fobię odnośnie różnych bodźców, podobnie jak obrzydzenie czy niechęć do różnych bodźców.

    • Rozciągając analogię zwierząt domowych – żaden z moich kotów nie ma raczej lęków, ale obie mają swoje własne obszary strachu i niechęci. Np. jedna nie przepada za obcymi, ale spokojnie wychodzi na klatkę, a druga z kolei z obcych nic sobie nie robi, ale na klatkę za żadne skarby nie wyjdzie. Co ciekawe, do pewnego stopnia również uczą się strachu od siebie – jedna „od zawsze” bała się odkurzacza, druga, młodsza, na początku go olewała, a potem nauczyła się od drugiej by również zwiewać.

      Aczkolwiek, by nie przeciągać analogii, należy dodać, że u dorosłego kota hipokamp funkcjonuje, więc pod tym względem jest on nieco bardziej rozwinięty od małego, półtora-dwuletniego dziecka.

  • Tomek

    Czytałem kiedyś taką książkę, nazywała się chyba „zaczarowani psychologią”. Była ogólną krytyką psychologi, i było tam też to zjawisko opisane. Autor pisał między innymi o tym, że dzieci są często samolubne, złośliwe, w grupie przejawiają całą gamę zachowań i osoba która twierdzi że dziecko jest pierwotnie idealne chyba nigdy nie była w przedszkolu.

    Tak zupełnie na marginesie, ta książka nie była w żadnym wypadku publikacją naukową, a raczej bardzo subiektywną opinią autora, ale było w niej zawarte ciekawe spostrzeżenie:
    „w kraju w którym mamy więcej elektryków jest o wiele mniej problemów z elektrycznością, a jeżeli chodzi o psychologię, to pomimo coraz większej liczby psychologów nie spada ilość chorób czy problemów psychologicznych (chodziło o USA konkretnie).”

    • Ciekawa, ale dość zmanipulowana teza. Nie spada ilość? Możliwe. Nawet jestem skłonny zasugerować, że wzrasta. Tylko dzieje się tak ze względu na większą wykrywalność, przy realnym spadku występowania, zmienia się też struktura wykrywanych chorób, ich poważność, itp.

      • Tomek

        To tak bardziej jako ciekawostka jeśli chodzi o samą książkę. Troszkę mogłem zmylić z tym USA, ale to była tylko opinia autora (dosyć wyraźnie wynikało z treści, że nie poparta faktyczną analizą danych). Aczkolwiek można odczuć, że jest ogólnie więcej problemów psychicznych, ale faktycznie powodem jest raczej fakt, że potrafimy je nazywać i diagnozować. A nie że nagle jest ich faktycznie więcej.

        Postaram się odnaleźć tą książkę, bo niestety tytuł który podałem nie bardzo chce się odnaleźć przez googla i wrzucę tutaj w komentarzach. Może ktoś będzie chciał sobie zajrzeć.

    • Też mam wrażenie, że rzetelnej wiedzy psychologicznej brakuje nawet psychologom. Wg mnie wynika to z faktu, że ta wiedza jest coraz szersza, a zamiast podejścia holistycznego rozwija się specjalizacje.
      W nawiązaniu do dzieci, zgadzam się z autorem książki i podzielam pogląd Artura, że niektóre zachowania wynikają choćby z rozwoju i trudno jest je „zwinąć” bez lobotomii.
      Moja, niepotwierdzona naukowo, teza mówi, że taka biochemiczna lobotomia następuje pod wpływem stresu (długotrwałego lub pourazowego) i wtedy być może jest sens, żeby z pacjentami, klientami lub wyznawcami obchodzić się, jak z dziećmi?

  • Ewa

    To jest całkiem ciekawy artykuł. Jest jednak parę rzeczy, które inaczej bym zaanalizowała, szczególnie bazując na moim doświadczeniu bycia mamą rocznego dziecka i spędzając sporo czasu obserwując dzieci w wieku 0 – 4 lat. Na przykład fakt, że się uważa, że dzieci są zawsze szczęśliwe. Uważam, że te, których podstawowe potrzeby związane z życie plus obecność mamy (kiedykowliek tylko chcą, czyli praktycznie cały dzień ;) ) to są całkiem zadowolone i pewnie wynika to z tego, że żyją one w teraźniejszości, i nawet jak zapłaczą z jakiegoś powodu (np. ze zabrano im zabawkę, albo dziecko się przewróciło) dosyć szybko wychodzą z tego stanu i w przeciągu kilkunastu sekund do kilku minut znowu są czymś zajęte i wyglądają na zadowolone/szczęśliwe. Więc pewnie dlatego uważa się, że dzieci są szczęśliwe. Oczywiście pomijam fakt dzieci których potrzeby nie są zapewniane (włączając w to potrzeby emocjonalne).

    A odnośnie motywacji to nie rozumiem, co to znaczy, że dziecko potrzebuje motywacji, szcególnie takie, ktore nie dokońca jeszcze umie się wysłowić. One są dosyć emocjonalne i jeżeli, chcesz aby cos zrobiło, to tak naprawdę nie nazwałabym tego motywowaniem dziecka a manipulowaniem nim w taki sposób aby sprawić, że wykona to co my chcemy. Np jak chcę wyjść z placu zabaw a wiem, że dziecko chce zostać to znajdę coś czym może się zająć aby odwrócić mu uwagę. A jeżeli mówimy, o motywacji do „nauki” to też chyba nie możemy tu mówić o motywacji, bo jakby nie patrzeć, każdy z nas chodzi i mówi i nikt nas nie motywował do tego ;). Byłabym wdzięczna gdybyś mógł wyjaśnić do czego dokładnie odnosi się kontekst motywowania dziecka.

    Przepraszam, za literówki i brak polskich znaków w niektorych słowach. Mam nadzieję, że komentach jest wystarczająco zrozumiały

    Pozdrawiam

    • Dzięki za wpis i opinie. Odnośnie motywacji, a manipulacji – tak naprawdę duża część manipulacji, także dorosłych, opiera się na motywowaniu odbiorcy do czegoś lub od czegoś, stąd powiedziałbym, że jedno nie wyklucza drugiego.