To chyba tak ok. opisu Osho jeden z dyskutantów zasugerował, że na koniec cyklu powinienem opisać samego siebie jako anty-guru. Na początku nie widziałem jak miałoby to wyglądać – w końcu, także jeśli wierzyć niektórym dyskutantom – nie pasuję do większości kryteriów cyklu.

Dla przypomnienia, kryteria dopisania kogoś do cyklu to:

1) Muszę wiedzieć o danej postaci – no dobra, o sobie wiem ;)

2) Musi być stosunkowo dobrze znana – no tu już miałem w toku tego cyklu sugestie, że jestem zupełnie nieznany i że próbuję sobie zbudować popularność przez krytykę znanych. Czyli jeśli wierzyć takim sugestiom, tego punktu nie spełniam. Nie powinienem też być z Polski, a jestem (choć, prawda, ciemna karnacja i włosy sprawiają, że na lotniskach regularnie jestem nadzorowany jako potencjalny talib ;) )

3) Musi aktywnie szkodzić swoim klientom, nie wystarczy być bucem czy opowiadać głupoty. No tu już, ponownie pewien problem.


Ale…

devil

Olśnieniem był dla mnie komentarz znajomego, który wypomniał mi czas, gdy polecałem mu Roberta Bruce’a w zakresie pracy z energią. I zdałem sobie sprawę, że owszem, teraz nie szkodzę, ale faktem jest, że szkodziłem. Niekoniecznie klientom – to było jeszcze w czasach, gdy miałem dopiero zaczynać pracę z ludźmi – ale bliższym i dalszym znajomym oraz różnym osobom dla których byłem jakimś autorytetem.

Szkodziłem ludziom, ponieważ sam byłem wielkim kultystą różnych guru.

Polecałem materiały takich ludzi jak Kiyosaki i byłem nimi zafascynowany.

Wkręcony w sekretowo-altmedowe nurty nie tylko promowałem te podejścia, ale wręcz byłem przy ich okazji mocno nieznośny – np. zraziłem na dłuższy czas do siebie znajomego, którego ojciec maił raka, bo jak ostatni świr pierdoliłem mu o tym, jak to rak jest wynikiem myślenia.

Ba, współprowadziłem nawet szkolenie n.t. pracy z bioenergią w ramach jednego z klubów rozwojowych.

Nakręciłem masę osób do biznesów ludzi, przed którymi dziś przestrzegałbym jak przed szarańczą.

Jedna rzecz, za którą dziękuję – ani nie dałem się wciągnąć, ani nie polecałem innym MLMów (a przynajmniej mam taką nadzieję, bo nic nie mogę sobie przypomnieć takiego). Ale to kropla miodu w beczce dziegciu (sic). Faktem jest, że sam wkręcałem ludzi w bardzo dużo tego, o czym dziś wiem, że jest syfem.

Więc tak, jestem jak najbardziej winny w tym zakresie.

I mogę zrobić tylko dwie rzeczy – i robię je od dłuższego czasu.


Po pierwsze, mogę przeprosić tych wszystkich, których wkręciłem w takie odloty, lub których wkręcenie w jakiś sposób pogłębiłem i którzy na tym stracili.

Przepraszam Was bardzo.

Byłem młody i głupi, ale to żadna wymówka. Zrozumiem, jeśli ktoś będzie do mnie trzymał za to urazę, w pełni zasłużyłem.


Po drugie – mogę starać się zadośćuczynić temu co zrobiłem. A najlepsze, co w tym zakresie robić, to próbować edukować ludzi i powstrzymać kolejnych wędrowców rozwojowy przed pójściem tą zdradliwą ścieżką. I do tego właśnie dążę.


Ktoś napisał, że czy skoro byłem na takiej ilości szkoleń, to jestem seminar junkie/ćpunem szkoleniowym? Już nie, ale jeszcze bardzo niedawno byłem. Poświęcałem masę energii, czasu i dość dużo pieniędzy na to, by nieustannie chodzić na szkolenia („bo tak trzeba”, „bo chcę się rozwijać”), nawet gdy w praktyce nie przynosiły mi praktycznie żadnych korzyści. (Od paru lat jestem jako nie-trener przeciętnie na trzech-czterech szkoleniach w roku, z czego jedno organizuje i tłumaczę, a na jednym tylko tłumaczę. A i tak mam z tego masę materiału do przerobienia i przepracowania.)

Te wszystkie rzeczy, przed którymi przestrzegam, w taki czy inny sposób, sam zaliczałem. Sam się wkręcałem i fascynowałem. Sam byłem po drugiej stronie barykady i próbowałem sceptykom udowodnić jakie to zajebiste są moce Sekretu. Sam ogniście walczyłem ze sceptykami wobec NLP, licząc, że emocjami i anegdotami zdołam przebić prośby o twarde dowody – i to akurat w przypadku, gdzie dowody tam były, w zasięgu ręki. W końcu studiowałem psychologię, wystarczyło wejść do jakiejś bazy publikacji naukowych! Ale łatwiej było po prostu jechać emocjami.

Dlatego chcę powiedzieć – rozumiem. Naprawdę, bardzo, bardzo dobrze rozumiem. Nieraz skrajnie brak mi cierpliwości, ale, tak czy tak, rozumiem, sam tam byłem, wiem jak to jest. Wiem jak to jest, gdy chce się wierzyć. Wiem jak to jest, gdy idol czy guru jest atakowany i nie rozumie się – albo nie chce się zrozumieć – czemu i za co. Fuck, sam korzystałem z wymówki o zazdrości krytykantów swego czasu!

Ale rozumiem też, co czai się dalej na tej drodze i dlatego dążę do tego, by jak najwięcej osób z niej zawrócić, możliwie jak najwcześniej.


Dlaczego wiec dziś nie jestem anty-guru? Dlaczego dziś nie sprzedaję sekretu i innych bajeczek? W końcu tak skończyło wiele osób, z którymi zaczynałem. Trafne wyznaczenie przyczyn i skutków w takim jednostkowym przypadku jest praktycznie niemożliwe, mogę co najwyżej podzielić się bajką, która dla mnie brzmi wiarygodnie.

Nie pretenduję do żadnych osobistych cech, które umożliwiły mi wyjście z tego syfu, gdy inni jeszcze w nim się zagłębiali. Zdecydowanie nie było to moją zasługą. Wkręcali się i utykali ludzie bystrzejsi i głupsi ode mnie, bardziej i mniej zmotywowani, milsi i wredniejsi. Miałem po prostu cholernie dużo szczęścia.

Zapewne pomocne było to, że miałem wtedy dość dużo znajomych poza światem rozwoju. Nie bycie uzależnionym od środowiska pod kątem kontaktów interpersonalnych zdecydowanie pomaga w ewentualnym podważeniu tabu i narażeniu się na gniew grupy.

Zdecydowanie pomocne było posiadanie dobrego przyjaciela, który w odpowiednich momentach kopał mnie w głowę i sprowadzał na ziemię. Do dziś czerwienie się na myśl o tym jakie idiotyzmy wtedy robiłem w imię rozwoju… Jego sarkastyczne „The Pstrongest Man” odnosiło się wprawdzie do naszego wspólnego znajomego, ale nieco pasuje też do wkrętów, w które sam się swego czasu zanurzałem.

Zapewne przydatna była też wiedza z psychologii n.t. błędów poznawczych oraz obserwacje Idries Shaha n.t. pułapek w jakie wpadają ludzie w duchowości.

Paradoksalnie, pomocne było chyba też czyjeś, mówiąc wprost, nieszczęście. Osoba, która wprowadziła mnie w zasadzie w środowisko rozwojowe, która była dla mnie na początku wzorem, a która w zasadzie odkąd ją poznałem, prawie 10 lat temu, cały czas stoi w tym samym punkcie. Notabene, strasznie zmarnowany potencjał. (Nie chcę pisać o kogo chodzi, z różnych przyczyn, dość powiedzieć że nie jest to dziś osoba znana na rynku). Ale pokazało mi to chyba coś… „Hej, ten gość tyle siedzi, tyle się tym zajmuje, a jego życie jest, delikatnie mówiąc, w strzępach i od lat stoi w miejscu. Coś tu śmierdzi…”


Niektórzy ludzie zarzucali mi, że uważam się za lepszego czy bystrzejszego od osób, z którymi dyskutuję. Nie. Po prostu mam tą odrobinę wiedzy więcej. To nie kwestia bycia lepszym czy gorszym, mądrzejszym czy głupszym, racji czy jej braku. To kwestia tego, że w takim konkretnym kontekście dysponuję odrobiną wiedzy, którą nie dysponuje dyskutant, a która wpływa na zrozumienie całej sytuacji. W innym kontekście z kolei ja tej wiedzy nie będę miał i mam tego pełną świadomość. To, że tu akurat ją mam, jest w dużej mierze zasługą przypadku, a nie moją własną, więc nie czyni mnie to ani lepszym, ani gorszym od innych. Po prostu kimś kto tu, przez chwilę, wie coś więcej.

Wiem też, że to co piszę i co ważniejsze, to jak piszę, może wiele osób zniechęcać. Że mój upór w dyskusjach może być frustrujący. Jeśli drażę jakąś dyskusję, to jest tak w dużej mierze dlatego, że zależy mi na tym, co ze swoim życiem, a niekiedy również życiem innych ludzi, robią osoby po drugiej stronie łączy internetowych. Jestem świadomy, że taki sposób wyrażania troski będzie dla niektórych ludzi nie do zaakceptowania, staram się go łagodzić, ale wiem też, że to długa droga. I wiem, że niewątpliwie to co robię można robić lepiej. Jeśli tak uważasz i potrafisz – zachęcam Cię gorąco do tego, żebyś to robił. Tak czy tak, sam tej rozwojowej działki nie zmienię, nawet nie wywołam jakiegoś znaczącego poruszenia. Tu może zdziałać coś tylko szersze działanie w wykonaniu większej ilości ludzi. Celowo piszę ilości, a nie grupie, bo nie uważam, żeby musiała to być jakaś zorganizowana grupa – wiele osób niezależnie działających w tym samym kierunku może w epoce internetu dać nawet lepszy efekt.

Kluczem jest tu po prostu to, by działać w tym kierunku.


P.S. Zarzucano mi, że nie chcę brać się za krajowych anty-guru, bo oni mogliby odpowiedzieć, a zachodni nie odpowiedzą (część też nie żyje lub jest w więzieniu, na co, co ciekawe, nikt nie zwrócił uwagi). No to postanowiłem postawić trochę sprawę na głowie i samemu nie odpowiadać. Dlatego pod tym wpisem możesz napisać co chcesz, pod warunkiem, że nie będzie to wulgarne względem innych osób (na wypadek gdyby wyszła dyskusja – wulgarne wobec mnie może być) i nie będzie próbą spamowania linków. Nie będę się odnosił – ani dziękował, ani dementował czy negował. Jeśli masz coś do mnie, chcesz mi wygarnąć, albo po prostu coś powiedzieć, tu masz na to przestrzeń. Zapoznam się, nie będę odpowiadał. Jak cykl „antyguru” Cię wkurzył, masz okazję się wyładować ;)

Zapraszam do wypowiedzi jawnych, z imieniem i nazwiskiem, ale oczywiście nie będę tego wymagał.

No to jajkami czas rzucać ;)

www.dianadomin.com, projekt "Ludzie z jajami" http://lullabies.pl/projekt-ludzie-z-jajami/

P.P.S

Ażeby zacząć, rozpocznę chyba od kawałka, który sam uważam za idealny jeśli ktoś chciałby mnie parodiować ;) „Prawda” z „Tańca Wampirów” ;)


Powrót do strony cyklu.

Podziel się tym tekstem ze znajomymi:
Następny wpis
Poprzedni wpis