Zakładając tego bloga, obiecywałem, że pojawi się na nim nieco rzeczy, których dotychczas nie było na naszym rynku. Oto jedna z nich – pełna, nagrana na wideo sesja zmiany. Tym, co wyróżnia to nagranie jest fakt, że nie jest to nagranie zrobione podczas lub po szkoleniu, gdzie zmieniacz miał z klientem kilka(naście?dziesiąt?) godzin “wstępu”, zanim wziął się do pracy, gdzie działa presja grupowa, a niekiedy klient jest wręcz wstępnie “urabiany” przez asystentów, zanim pójdzie do nagrania.
W przeciwieństwie do takich sytuacji, tego klienta widziałem pierwszy raz w życiu. Mój jedyny dotychczasowy kontakt z nim, to fakt, że był on odbiorcą mojego newslettera na www.krolartur.com , oraz że wypełnił kwestionariusz, jaki standardowo wysyłam wszystkim moim klientom przed sesją.
Innymi słowy – to najczystszy możliwy przykład tego jak pracuję z klientami i jak wygląda sesja u mnie. Miłego oglądania
Obecnie na youtube dostępnych jest 6 z 14 fragmentów tego prawie 2-godzinnego nagrania, kolejne będą wgrywane w najbliższym czasie. Dodatkowo, w przygotowaniu jest wersja z “komentarzem zmieniacza”, gdzie omawiane są konkretne, zachodzące podczas sesji procesy, jak również drugi film, demonstrujący pracę z inną klientką.
Swoją drogą – nagrania “Przed i Po” z obydwu sesji są do obejrzenia na stronie www.krolartur.com/Opinie
Od prawie półtora roku uczymy się z moją partnerką, Beatą, tańczyć. Dotychczas chodziliśmy głównie na zajęcia indywidualne, ale ostatnio, dla odmiany, postanowiliśmy spróbować zajęć grupowych, z podstaw tanga argentyńskiego. Nie ma co ukrywać, że przyczyniła się do tego lektura najnowszej książki Andrzeja Setmana (www.setman.pl) p.t. “Tak… Chcę Kochać” i czarujących opisów tanga zawartych na tamtych stronach.
Przez ten czas jedną z rzeczy, nad którymi dużo pracowaliśmy była prawidłowa rama podczas tańca, ja uczyłem się też dobrze prowadzić. Wciąż zostało mi sporo do przerobienia w tej dziedzinie, ale ostatnio na wieczornych ćwiczeniach odkryliśmy ciekawą zależność. Jeśli Beata tańczyła ze mną z otwartymi oczami – często nie słuchała do końca mojego prowadzenia, zdarzało jej się oczekiwać na ruch, który nigdy nie nastąpił, a w efekcie – całość wypadała dość przeciętnie. Natomaist gdy poprosiłem ją o to, żeby zamknęła oczy i poddała się muzyce i temu, jak odczuwa moje prowadzenie – nastąpiła gwałtowna zmiana. Nagle moje prowadzenie stało się dużo skuteczniejsze i nie było najmniejszych kłopotów z tym, żeby partnerka podążała w tańcu tam, gdzie prowadziłem. Wszelkie ograniczenia, które przeszkadzały wcześniej, nagle zniknęły.
A przecież moje prowadzenie nie zmieniło się ani o jotę. Natomiast moja partnerka musiała w końcu skupić się wyłącznie na nim. Wcześniej, chociaż uważała, że podąża całkowicie, w praktyce miejscami, przez swoje oczekiwania, zaburzała kierunek wspólnego tańca. A w tańcu takim jak tango, gdzie odpowiednie prowadzenie jest bardzo ważne, miało to niezwykle istotne znaczenie.
Zdarzenie to jest dla mnie ciekawą metaforą codziennego życia i rozwoju osobistego. Często w ramach rozwoju jest tak, że ludziom wydaje się, że coś robią, że angażują się w jakiś proces, itp. W praktyce jednak jakaś ich część pozostaje na zewnątrz, analizując i ubezpieczając – a paradoksalnie, często czyniąc całą sprawę mniej bezpieczną.
Oczywiście, ten system ma również swoje zastosowanie – ludzie pozbawieni zdolności do takiej kontroli potrafią na tym mocno ucierpieć. Natomiast zdarzają się sytuacje, kiedy taką kontrolę po prostu trzeba na chwilę porzucić, zamknąć oczy, oprzeć się na prowadzącym i dać się ponieść muzyce. Jeśli więc jest jakaś kwestia w Twoim życiu, z której przepracowaniem masz kłopot – sprawdź, czy nie jest to dobre miejsce, żeby właśnie rzucić się na głęboką wodę i dać się kontrolować chwili, odbierając sobie możliwości zewnętrznej kontroli, tak tylko na ten jeden moment.
Miłego odkrywania!
P.S. Zostało jeszcze tylko kilka dni do szkolenia The Science of Motivation. Jeśli chcesz wziąć w nim udział – zarejestruj się teraz! http://www.activechange.pl/motivation.html
Nie, to nie będzie reklama szkolenia. Aczkolwiek, jeśli bohater tego postu kiedykolwiek zdecyduje się poprowadzić szkolenie z tego tematu, z przyjemnością mu je na tym blogu zareklamuje – bo uważam, że wie o czym mówi
Jakiś czas temu umówiłem się ze znajomym, Arturem Poczekalewiczem. Znamy się z różnych szkoleń, na których razem bywaliśmy, sporo przegadaliśmy też pomiędzy nimi, ale jakoś tak wyszło, że przez ostatni rok kontaktowaliśmy się tylko telefonicznie i internetowo.
Dość powiedzieć, że gdy spotkałem go osobiście, ledwo go poznałem. Od naszego ostatniego spotkania, w niecały rok, Artur zrzucił ponad 60 kilogramów.
Co ważne, zrobił to w najłatwiejszy, a jednocześnie najcięższy z możliwych sposobów – jadł mniej, jadł zdrowiej, ćwiczył więcej. Dzień po dniu, wytrwale i z uporem. Bez operacji, głodówek, cudownych leków i innych “dróg na skróty” (lub, realistycznie, “na manowce”).
Nie jestem w stanie wyrazić, pod jakim jestem wrażeniem i jak podziwiam go za takie dokonanie. Bo to jest dokonanie i to ogromne. Znam sporo ludzi, którzy zrzucali wagę, nawet dużo wagi. Problem w tym, że całkiem szybko wracali, często z dziwnymi racjonalizacjami w stylu “tak jest naturalnie”.
Dlatego fakt, że Artur pociągnął ten projekt przez rok – i wciąż go ciagnie, bo ma w planach jeszcze dodatkowych 15 kilo – jest dla mnie naprawdę niezwykły. Robić coś takiego przez rok, trwając w tym postanowieniu, modyfikując w tym celu znacznie swój styl życia. To pokazuje bardzo dużo o nim, jako o osobie i wiem, że gdybym np. szukał podwykonawcy, to zdecyduje się na niego. Bo bardzo namacalnie i mierzalnie zademonstrował, że potrafi być niesamowicie, niezwykle konsekwentny. A to rzadka cecha we współczesnym świecie.
Dlatego Arturze Poczekalewiczu – salutuje Ci. A Tobie, drogi czytelniku, z przyjemnością daję Artura P. jako przykład tego, jak faktycznie można wykorzystać rozwój osobisty i zmianę osobistą w praktyce i zmienić się na lepsze. Tak, żeby nie było, że ciągle się tylko doczepiam do tego, co w rozwoju nie działa Bo działa dużo, a Artur Poczekalewicz jest świetnym przykładem na to.
Od dwóch tygodni mamy w domu nowego lokatora – kotkę o imieniu Gwiazda.
Jest przeurocza, a ja miałem okazję przekonać się, że posiadanie kota jest czymś, co moge polecić każdej osobie zainteresowanej rozwojem osobistym.
Z banalnie prostego powodu: kuweta.
Delikatnie rzecz ujmując, trudno jest zbytnio odlecieć i myśleć o sobie jako o nie wiadomo kim, jeśli co najmniej dwa razy dziennie sprzątasz po kimś jego odchody. To bardzo, bardzo uziemiające doświadczenie.
Nawet jeśli ten ktoś jest tak przyjemnym domownikiem jak Gwiazda
Ostatnio, testując metody, które za jakiś czas będę prezentował na szkoleniu “The Science of Luck” przekonałem się, jak skuteczny jest model szczęścia w życiu. Ot, wracając pewnego dnia do domu trafiłem na ciekawe ogłoszenie (które zresztą zostało zerwane w ciągu niecałej godziny, zabierając ze sobą tą okazję). Wszystko wskazuje na to, że dzięki tej szczęśliwej obserwacji będę miał dostęp do salki szkoleniowej tuż przy moim własnym domu i w świetnej cenie.
Salka nie jest wprawdzie duża, ale wystarczająca do tego, co chcę z nią zrobić – do przygotowania szeregu szkoleń rozwojowych i przekształcenia ich w materiały na DVD. W związku z tym będą to szkolenia dla małej publiczności, w niskiej cenie, dotyczące bardzo zróżnicowanych tematów.
I w związku z tym, mam dla Ciebie pytanie: jakie tematy szkoleń i DVD szkoleniowych byłyby dla Ciebie atrakcyjne? Czego chcesz się nauczyć? Chodzi mi o zarówno tematy z NLP, hipnozy i innych metod zmiany osobistej, jak i o bardziej ogólne tematy, np. skuteczna nauka czy praca z nieśmiałością. Co chcesz zobaczyć?
To Twoja okazja do podania swoich życzeń! Swoje odpowiedzi wyślij na artur@krolartur.com lub zostaw w komentarzach tego bloga
2) A już dzisiaj, dzięki współpracy z firmą ActiveChange mogę już w najbliższym czasie, 29 stycznia, zaprosić Cię do Krakowa na moje szkolenie The Science of Motivation:
http://www.activechange.pl/motivation.html
Obiecuję Ci wspaniały czas, niesamowicie przydatną wiedzę i bardzo praktyczne umiejętności!
Lata temu, kiedy zaczynałem swoją przygodę w środowisku rozwoju osobistego, natrafiłem na pewien, spory wtedy dla mnie, problem.
Wiele metod i podejść dotyczących takich rzeczy jak związki, poznawanie nowych ludzi czy prowadzenie szkoleń wymagało opowiadania historii, idealnie ciekawych historii z własnego życia.
I miałem z tym problem. W końcu nie robiłem nic takiego wyjatkowego. Ot, miałem normalne życie, jak wszyscy. O czym tu gadać? Przecież, jak się zastanawiałem, to nie było tam nic co zwracałoby moją uwagę. I tak dalej. Był to dla mnie całkiem poważny problem i długo myślałem jak go obejść albo co zmienić w swoim życiu, żeby stało się ekscytujące. Żeby było tam coś, o czym można opowiadać.
Tak jak np. u tego gościa:
- jako dziecko wręcz w ostatniej chwili – już siny i nieprzytomny – niemal cudem został uratowany przez śmiercią w wyniku banalnego wypadku
- później jeszcze kilkukrotnie staje na krawędzi śmierci – raz życie ratuje mu cukierek M&Ms, innym razem, przez banalne przeoczenie ze strony lekarzy staje mu serce i zalicza śmierć kliniczną… dwa razy pod rząd. Niestety, wieści o świetlnym tunelu pozostają niepotwierdzone w tym wypadku…
- jako nastolatek tak zachwyca się angielską książką, że w ciągu paru wieczorów tłumaczy ją dla kumpli nie znających języka
- jego impreza klasowa kończy się, gdy jeden z uczestników ląduje w szpitalu z nożem w brzuchu
- od wczesnych lat zwiedza liczne więzienia w Polsce
- tuż po osiągnięciu pełnoletności zaczyna pracę na zachodzie w organizacji zajmującej się narkomanami; przy tej okazji m.in. zwiedza stadion Manchester United i imprezuje na jego terenie oraz trafia do paru nowych więzień, tym razem na świecie
- wzorując się na Billu Clintonie i jego metodach budowania kontaktów, podczas wakacji na studiach wysyła do znajomych ponad 300 kartek pocztowych, tak, żeby sprawdzić jaki to da efekt
- trenuje trzy różne sztuki walki, w sumie przez niemal 10 lat
-jako nastolatek zaprzyjaźnia się z Rickiem Bayanem – autorem jednego z hitów copywritingu, “Words That Sell” i kontynuacji “More Words That Sell”, jak również pełnego czarnego humoru “The Cynic’s Dictionary”
-przez 11 lat męczy się z silną fobią na psy – kiedyś ucieka nawet przed jamnikiem
- zwiedza intensywnie południe Anglii, Edynburg, Wiedeń, Pragę, Budapeszt i Paryż. Po drodze nocuje wszędzie od schronisk turystycznych i prywatnych domów aż po hotele 5-gwiazdkowe.
- wyrusza na samotną dwutygodniową włóczęgę po Węgrzech. Po drodze zaprzyjaźnia się m.in. z japońskim wagabondą.
- mimo wielu imprez na studiach jako absolutnie najlepszą – bo najbardziej pełną życia – traktuje imprezę którą przeżył w Budapeszcie w towarzystwie znajomych czterdziestokilkulatków, odkrywając że wieczór przy winie, muzyce i dobrym jedzeniu w knajpie na wybrzeżu Dunaju może być wielokroć lepszy niż studenckie imprezy na dyskotece
- przez cztery lata uczy się japońskiego u imigrantów z tego kraju
- itp.
Oczywiście, ten gość to ja i to ja z tamtego okresu, ten sam ja, który nie widział nic ciekawego w swoim życiu, Artur z czasów gdy miał jakieś 20 lat. Ale kluczem do sprawy jest to, co pisałem wcześniej – w moim życiu nie było nic, co zwracało MOJĄ uwagę. Oczywiście, że nie było! To było moje życie, więc wszystko co się w nim działo było dla mnie naturalne i oczywiste. Te wszystkie rzeczy były i są dla mnie skrajnie typowe, no bo czego tu nietypowego szukać? Japoński? No jasne, że się uczyłem i co z tego? Włóczęga po Węgrzech? No była i co? Co w niej ciekawego?
Dopiero spojrzenie na sprawę z boku, opisanie siebie tak, jakbym opisywał kogoś innego pozwoliło mi dostrzec te wszystkie historie. O każdej z rzeczy, które wymieniłem powyżej, mógłbym opowiedzieć przynajmniej po jednej, a często po kilkanaście historii. O bliźnie, którą wciąż mam na twarzy po czasie gdy ćwiczyłem karate i nie zadbałem o odpowiednie blokowanie. Albo o przejmującej samotności, gdy po paru dniach wędrówki okazało się, że w północno-zachodnich Węgrzech NIKT nie mówi po angielsku i ogromnej radości jaką było spotkanie kogoś, kto jednak mówi – w tym wypadku japońskiego biznesmena który podróżował sobie po świecie. To wszystko historie które łatwo można wydobyć z tych – tak oczywistych i normalnych dla mnie – sytuacji. Ba, jedna z tych historii, nieco ubarwiona – o śmierci klinicznej – pare lat później pomogła mi przekonać kogoś, żeby nie podejmował próby samobójczej. Ale to już inna historia.
Natomiast na potrzeby tego wpisu, chodzi mi o jedno – o przedstawienie Ci podstaw do prostego ćwiczenia, które pozwoli Ci odkryć, jak ciekawą osobą faktycznie jesteś.
Zacznij opisywać siebie i swoje życie ze szczegółami, ale nie mów o sobie, a o innej osobie, która akurat miała niemal identyczne życie co Ty. Mów w trzeciej osobie “on” lub “ona” i opisuj po prostu, niekoniecznie w kolejności, wydażenia z życia tej osoby. Opisuj je na głos do dyktafonu albo do żywego słuchacza. Poświęć na to jakieś pół godziny, staraj się mówić jak najwięcej, jeśli brakuje Ci pomysłów na to co mówić – opisz jakąś sytuację dokładniej.
Możesz się zaskoczyć tym, jak ciekawą osobę opiszesz.
Jeszcze jedno – lista, którą podałem powyżej, nie jest ani szczególnie pozytywna, ani szczególnie negatywna. Jeśli opisujesz siebie w ten sposób, opisz całą, prawdziwą osobę, z dobrymi i złymi doświadczeniami z jej życia. Nie wszystkich historii musisz używać, ale miej wybór. Bo nie chodzi o budowanie wizji “super-siebie”. Chodzi o dostrzeżenie jak niezwykłe i bogate życie mogłeś przeżyć i nawet tego nie pamiętać, albo nie być świadomym. Np. ja nie byłem świadomy sukcesu Ricka w copywritingu – po paru latach intensywnej internetowej znajomości jakoś straciłem z nim kontakt, a za tamtych czasów wydał tylko (świetny zresztą) The Cynic’s Dictionary. Co mogę powiedzieć – mam dodatkowy bonus z tego posta, przypomniałem sobie tą znajomość i postaram sobie ją odtworzyć
Generalnie rzecz biorąc – Steve, w momencie w którym osiągnął spory sukces zawodowy jako specjalista od rozwoju osobistego, zdecydował się na “eksperyment” polegający na tym, że z jednej strony zostanie w związku małżeńskim, a z drugiej będzie sypiał z innymi kobietami. Teraz – sama decyzja to, jak na mój gust, jego biznes – osobiście, podobnie jak autor powyższego artykułu, uważałbym za uczciwsze otwarte zrezygnowanie ze związku i rozwód, ale hej – to jego biznes.
To co mi się natomiast potwornie nie podoba, to mentalność przyjęta przez Pavlinę, który tłumaczy swoją decyzję “rozwojem duchowym”, “nauczeniem się głębszego doznawania miłości” i podobnymi wymysłami. Sorry, ale po prostu zupełnie to do mnie nie trafia – chce zdradzać żonę? Ok, jego wybór. Tylko na litość mroku, nie tłumaczmy tego”rozwojem duchowym”. Bo to żaden rozwój – to zaspakajanie bardzo pierwotnych biologicznych pragnień, w sytuacji w której jego sytuacja życiowa w końcu mu na to pozwala, bo nagle zyskał mocno na statusie, wydał pierwsza książkę, itp.
Taka “rozwojowa” racjonalizacja zyskała sobie u mnie miano Syndromu Pavliny – i obiecuję napisać o niej nieco więcej w przyszłości.
P.S. sprawa kończy się właśnie, rok później rozwodem, którego żąda – co za zaskoczenie – żona Pavliny.
P.P.S. Swoją drogą, patrząc na zdjęcie Pavliny i jego (niedługo byłej) żony przypomina mi się bardzo podobna sytuacja z polskiego światka rozwojowego, z bardzo podobnymi “duchowymi” uzasadnieniami.
Baw się i rozwijaj z pasją!
-Artur
You are currently browsing the ChangeMaker blog archives
for Styczeń, 2010.