Archive for Sierpień, 2009
Witaj,
Czas czytania: ok 4 minuty.
Niewiele osób wie, że w Krucjatach nigdy nie chodziło tak naprawdę o religię czy wiarę. Po prostu, w tamtym okresie czasu w Europie skończyły się tereny do podbojów, a pozbawieni możliwości awansu i dorobienia się bogactwa młodsi dziedzice szlachty zaczęli się burzyć. Niektórzy podburzali do wojny, inni zajęli się wręcz otwartymi rabunkami – coś z tymi ludźmi trzeba było zrobić. Decyzja, żeby nasłać ich na państwa Bliskiego Wschodu, podjęta przez Papiestwo, była w związku z tym głównie decyzją polityczną, a nie religijną. Religia stanowiła jedynie ładną wymówkę dla możliwości grabieży bogactw i zajęcia nowych ziem w rejonie. Podobnie było zresztą z praktycznie każdą inną wojną religijną. Wojny te w zasadzie nigdy nie toczyły się dla ideologii, choć ideologią się wspierały. Zawsze toczyły się jednak o zasoby – ziemię, pieniądze i wpływy.
 Waluta czy Wiara?
Co ważne – zjawisko to nie zmieniło się do dzisiaj. U podstaw większości konfliktów wciąż tak naprawdę kwestia rozchodzi się po prostu o zasoby i ich podział. Zasoby te mogą być materialne (pieniądze, towary), mogą też być niematerialne (prawa intelektualne, status – globalny lub w danej grupie), ale tak czy tak większość konfliktów dotyczy właśnie konfliktów zasobów, nawet jeśli “oficjalnie” chodzi w nich o coś innego.
Co jakiś czas spotykam się z pytaniami w rodzaju “Skoro NLP tak ułatwia komunikację, dlaczego Bandler i Grinder (wstaw też dowolnych innych “pokłóconych” trenerów, albo np. światek NLP i Michaela L. Halla) nie potrafili się dogadać?” Dlaczego podążają własnymi ścieżkami, dlaczego zaliczyli po drodze proces sądowy, a nie współpracują ze sobą, skoro są takimi dobrymi komunikatorami?
Cóż, przyczyny oficjalne to jedno – i jest tam nieco dobrych wyjaśnień, które w dużej części są pewnie prawdziwe (np. kwestia kierunku, w jakim miało rozwijać się NLP). Jednocześnie, długoterminowo, cała zabawa rozbija się właśnie o zasoby, a dokładniej – o subiektywne postrzeganie puli zasobów jako ograniczonej (w tym wypadku – ile szkoleń można sprzedać klientom). Oczywiście w dużej mierze rozbija się to właśnie o tego rodzaju subiektywizm, ponieważ w rzeczywistości “tort do podziału” może być dużo większy niż możliwości zjedzenia go przez ludzi chcących tego podziału dokonać.
Podobnie działa to w wypadku konfliktów statusowych – dążenie do utrzymania statusu jest często oparte o błędne założenie, że najważniejszy jest status w jednym, zamkniętym środowisku i przez brak dostrzeżenia możliwości podwyższenia swojego statusu inaczej niż przez otwarty konflikt i obniżenie statusu kogoś innego.
 Konflikt często wynika z niepełnej perspektywy.
Niestety, w momencie wystąpienia sytuacji (pozornie) konfliktowej, następuje zwykle znaczące zawężenie pola percepcji stron konfliktu, co prowadzi do problemów z dostrzeżeniem alternatywnych rozwiązań sytuacji. Dlatego też, jeśli przypadkiem trafiłbyś na taką sytuację:
1. Zdysocjuj się i przyjrzyj się całości na chłodno
2. Sprawdź, czego konkretnie dotyczy konflikt
3. Sprawdź jakie są alternatywne możliwości zaspokojenia potrzeb każdej ze stron konfliktu.
4. Zaproponuj te alternatywy, zamiast skupiać się na głównym konflikcie.
Może się okazać, że konfliktu tak naprawdę nie ma – i nie trzeba urządzać Krucjat. A jeśli jednak będzie – to będziesz chociaż świadomy tego, o co faktycznie toczy się konflikt, zamiast skupiać się na pozorach go dotyczących.
Rozwijaj się z pasją!
-Artur
Witaj,
Czas czytania: ok. 2 minuty
W ostatnim wpisie wspominałem o konkursie Miss Chmielaków. Przy okazji tego konkursu miałem okazję zetknąć się z fascynującym zjawiskiem, które dobrze wpisuje się w moje obecne zainteresowania teatrem improwizacyjnym i grami statusowymi.
Zjawiskiem tym był prowadzący imprezę – nie pamiętam jego imienia i pewnie dobrze dla niego, że nie zwróciłem na nie uwagi, bo zaliczyłby tutaj dosyć nieprzyjemną recenzję. Człowiek ten przejawiał zachowanie, które określiłem tytułem “Wampira Statusowego” – wysysał status ze wszystkich i wszystkiego, byle podnieść swój własny. Regularnie obniżał wartość:
1. Imprezy (np. domagając się od publiczności braw słowami “Dajcie hałas” lub znudzonym głosem, nie patrząc poza kartkę z której czyta “Hałas, hałas.”)
2. Publiczności
3. Artystów i uczestników imprezy
4. Sponsorów (np. zapominając i myląc nazwy firm, mamrocząc je niezrozumiale, traktując sponsorów protekcjonalnie “Panie Tadeuszu! Panie Tadziu!”, czy próbując im nakazywać zachowanie na scenie)
Jednocześnie sam podłączał się pod każdą sytuację gdzie pojawiała się choć odrobinka statusu – np. gdy występ się podobał, od razu łączył siebie z tym występem, próbując stanowić jego przedłużenie.
Oczywiście, taki Wampiryzm Statusowy wyszedł na złe wszystkim – obniżył rangę imprezy, pogorszył jej odbiór, a i samemu Wampirowi pewnie się po sprawie oberwało. Jedynie ja na tym skorzystałem, bo mam co opisać na blogu
Dało mi to jednak do namysłu ile tego typu wampiryzmu statusowego zachodzi na codzień, w normalnej sytuacji. I jak można takiego wampirka zneutralizować, albo skierować w zdrowszym dla nas kierunku.
To takie krótkie rozważanie.
Rozwijaj się z pasja,
-Artur
Witaj,
Czas czytania: ok. 3 minuty
NLP nazywa się często studium doskonałości (the study of excellence) – dlaczego więc tak często NLPowcy zadowalają się, w swojej własnej pracy czy produktach, czymś zdecydowanie poniżej doskonałości, a często poniżej przeciętności?
Niedbałe materiały sprzedażowe, średnie produkty, a często nawet bardzo przeciętny wizerunek lub wizerunek świetny, ale zupełnie niedostosowany do grupy docelowej – gdzie w tym wszystkim poszukiwanie doskonałości? Ogromne deklaracje tego, co to ktoś nie zrobi – zwykle kończące się tylko na deklaracjach, obniżających zaufanie rynku dla całej marki. Próby skupienia się na wszystkim i w efekcie, co przewidywalne – realne nieskupianie się na niczym. Takie podejście pojawia się nawet (a może nawet zwłaszcza) u tych ludzi, którzy jako trenerzy lub coachowie nlp mają naprawdę spore umiejętności… Problem w tym, że umiejętności w jednej działce, bez wsparcia umiejętnościami w innych obszarach, po prostu nie wystarczą do osiągnięcia doskonałości. Bo każdy biznes opiera się na wielu filarach i na ich nieustannym ulepszaniu. No, a jak dotąd nie spotkałem trenera czy coacha NLP (ani żadnego innego) który szkoliłby albo coachował nie biznesowo, a czysto hobbistycznie. Jasne, niektórzy już nie muszą pracować – bo stać ich na to, żeby nie pracować do końca życia – ale jakoś tak to zwykle wygląda, że hobby jest czymś, do czego się dopłaca, a nie na odwrót Nie, żeby był to jakiś zarzut – jestem zdecydowanym zwolennikiem zarabiania na posiadanych umiejętnościach. Po prostu uważam, że warto nazywać sprawy po imieniu.
Ciekawe doświadczenie w kwestii dążenia do doskonałości miałem wczoraj. Wybraliśmy się z moją partnerką w jej rodzinne strony, do Krasnegostawu, gdzie akurat odbywało się doroczne święto chmielarzy i piwowarów – Chmielaki. Jak to bywa przy okazji takich świąt, były tam m.in. wybory Miss Chmielaków, których sporą część obejrzeliśmy w oczekiwaniu na późniejszy koncert.
I tam właśnie pięknie było widać różnicę, między dążeniem do doskonałości, a poddawaniem się w przedbiegach. W momencie, gdy poszczególne kandydatki wchodziły na główny wybieg, wszystkie oczywiście starały się iść najlepiej jak potrafiły. Ale ogromną różnicę widać było później – gdy wracały na tył sceny, albo gdy wchodziły na tył sceny po zmianie stroju. Niektóre szły cały czas starannie i elegancko, jeśli niosły akurat jakieś akcesoria, np. różę – dbały o to jak ją trzymać. Ale większość z kandydatek po prostu dawała sobie w tych sytuacjach zupełnie na wstrzymanie – szły niezgrabnie, byle jak, nie wiedząc co mają robić z rękoma, itp. Zapalały się jedynie przy wejściu na wybieg, a pozatym – po prostu olewały sprawę. Różnica, w tych momentach, była kolosalna, i naprawdę wyróżniała te kandydatki, które się starały (zwłaszcza późniejszą Miss Elegancji) i pozostałe dziewczyny.
I to, wydaje mi się, jest ogromnie ważna kwestia jeśli chodzi o pościg za doskonałością. To dawanie z siebie wszystkiego nie tylko wtedy, gdy jesteś na świeczniku, ale i później. Nie tylko na pierwszej prezentacji dla klienta, ale przez całą współpracę. Nie tylko przez pierwszą godzinę treningu, ale przez każdą jego minutę.
To odróżnia doskonałość od przeciętności. I tego jest, niestety, potwornie mało.
Rozwijaj się z pasją!
-Artur
Witaj,
Czas czytania: ok. 5 minut.
Gry statusowe są jedną z rzeczy, które bardzo zafascynowały mnie w Teatrze Improwizacyjnym i które przenoszę stopniowo na łamy Coachingu Improwizacyjnego. Spojrzenie na ludzkie interakcje z perspektywy wymian statusowych pozwala na zauważenie wielu ciekawych procesów i postanowiłem podzielić się z Tobą niektórymi z nich. Obserwacje te pochodzą zarówno z dyskusji na żywo, jak i z wymian internetowych. Opiszę więc pewne przykładowe zachowania i ich praktyczne zastosowanie.
Zacznijmy może od samej kwestii statusu. Mówiąc wprost – jesteśmy zwierzętami hierarchicznymi i mamy w sobie dużą skłonność do hierarchizowania, czy nam się to podoba, czy nie. Zhierarchizowane są nasze rodziny, nasze firmy i nasze drużyny sportowe. Nawet wtedy, gdy organizacje odrzucają nieformalne hierarchie – i tak pojawiają się hierarchie nieformalne, w mniejszym lub większym stopniu. Hierarchie występują u obydwu płci i między nimi, przy czym u mężczyzn są bardziej zwykle wyraźne i bardziej stopniowalne niż u kobiet.
W samym istnieniu hierarchii nie ma nic złego. Ważne jest natomiast wyrobienie sobie umiejętności dostrzegania zachowań typowo statusowych (mających na celu obniżenie lub podwyższenie kogoś w hierarchii) u siebie i u innych, ponieważ może to przynieść ogromne korzyści. Dlatego weźmy tutaj na warsztat kilka przykładów takich hierarchicznych zagrań.
1. “Nie mam teraz czasu, żeby dokładnie to wyjaśniać, właśnie zaczynam kontrakt warty milion złotych/idę na spotkanie z klientem/itp.” - tego typu wypowiedź ma na celu przede wszystkim podniesienie statusu mówiącego (czego niekoniecznie musi on być świadomy, często te procesy zachodzą niejako “z automatu”), poprzez pokazanie jego sukcesów z poza obszaru dyskusji. Często również występuje równoległe obniżenie statusu rozmówcy, przekazując mu komunikat “Moje inne zajęcia są dla ważniejsze niż Ty”. Ponieważ jest to zagrywka statusowa, druga strona zwykle będzie starała się “odbić piłeczkę” i odbudować swój własny status, co zwykle prowadzi do gry na wyniszczenie.
Jak przekazać taką samą treść bez aktywowania gry statusowej?
Najłatwiejszym rozwiązaniem jest tutaj dodanie czegoś, co pozwoli rozmówcy zachować swój status, nie prowokując w efekcie oporu, np. “Chętnie porozmawiałbym dalej, ale naprawdę muszę już znikać, mam dużo pracy. Mam nadzieję, że uda nam się kiedyś jeszcze porozmawiać.” w wersji “miłej” lub w wersji bardziej neutralnej: “Musze na razie kończyć, dzięki za ciekawą dyskusję.”
W tym momencie znika kwestia gry statusowej – a w efekcie zmienia się jakość komunikacji.
2. Kończenie dyskusji – w internecie będzie to np. napisanie EOT (zawsze wielkimi literami – wizualnie kojarzy się nieco ze znakiem STOP ), w rzeczywistych rozmowach zwykle będzie odzwierciedlane przez język ciała, wyraźny ruch zablokowania lub odcięcia.

Odcięcie dyskusji – jeśli druga strona je przyjmie – BARDZO buduje status kończącego – ponieważ to on stawia siebie w roli osoby, która kontroluje całą sytuację. Z tego też powodu dyskutant praktycznie nigdy nie przyjmie EOT przez internet i rzadko przyjmie taką reakcje w dyskusji osobistej (chyba, że poczuje się zagrożony – często fizycznie – przez “kończącego”). Brałem udział dosłownie w tysiącach dyskusji online i nie pamiętam ani jednej, która zakończyłaby się po EOT, chyba, że zainterweniował moderator. Po prostu, przyjęcie EOT wymagałoby sytuacji, w której status kończącego jest już i tak tak wysoki, że rozmówcy przyjmują jego słowa na wiarę – a wtedy trudno o pojawienie się faktycznej dyskusji.
3. Odwoływanie się do autorytetów – klasyczna metoda wpływu, opisana przez Cialdiniego, jest jednym ze skuteczniejszych zagrań statusowych, ponieważ wiąże status mówiacego ze statusem danego autorytetu. Jeśli rozmówca zdecyduje się, w tym momencie podważyć to połączenie, zwykle musi to zrobić przez obniżenie statusu autorytetu – co z kolei wciąga do dyskusji osoby dotychczas neutralne, które również ceniły autorytet, do którego nastąpiło odwołanie.
4. Indykator zagrożenia (”Wyciągnięty oskarżycielsko palec sugeruje pięść, ale nie sugeruje tego, co sugerowałaby pięść.”) Jest to wzorzec służący do obniżania statusu rozmówcy. Polega on na zastosowaniu sugestii, które sugerują w umyśle słuchaczy dalsze sugestie, ale same w sobie nie są tymi sugestiami. W efekcie rozmówca ma do wyboru albo przyjąć te podwójne sugestie “na klatę” – co oznacza obniżenie statusu – albo starać się je podważyć, ale w tym wypadku zwykle napotyka się na uwagę “Przecież ja nic takiego nie mówiłem.” To swoisty paragraf 22, którego obejście jest bardzo trudne.
Powyższe przykłady dają oczywiście tylko ograniczony opis tematu, ale może dać rozeznanie co to tego, jak takie gry statusowe funkcjonują w dyskusjach. Pozwoli Ci to dostrzegać, kiedy stosują je rozmówcy – ale także kiedy sam chciałbyś je zastosować, nie dla uzyskania konkretnego efektu w dyskusji, a jedynie dla podwyższenia swojego statusu. So może być oczywiście przyjemne, ale rzadko kiedy daje faktyczne, długoterminowe korzyści.
Baw się i rozwijaj z pasją!
-Artur
Witaj,
Czas czytania: ok. 6 minut.
Wybacz długie niepisanie – miałem małe “urwanie głowy” z organizacją szkolenia Nicka Kempa w Polsce. Nick to wspaniały gość – ci, którzy nie byli na szkoleniu, mają czego żałować (i mają dobry powód, żeby czatować na zapisy na szkolenia Nicka w Polsce w 2010 roku).

Uczestnicy szkolenia Wprowadzenie do Provocative ChangeWorks
Szkolenie udało się świetnie – wspaniałe umiejętności, ogromna dawka śmiechu, duże zmiany u uczestników. Jednocześnie jest coś – na co często zwracał uwagę sam Nick i czego przedsmak dałem w pierwszym zdaniu tego posta – o czym warto pamiętać w tym temacie.
Organizacja dobrego szkolenia – niezależnie czy własnego, czy dla kogoś – to faktycznie urwanie głowy. Ludzie patrzą na pracę coacha, trenera czy organizatora szkoleń i często liczą sobie “Dobra, koszt szkolenia taki, tyle ludzi na szkoleniu… Jezu, ile kasy! A taka łatwa robota, co tutaj jest do zrobienia? Sam mógłbym tak zarabiać!” albo “Też chciałbym brać tyle a tyle za godzinę pracy.”
Tym, czego ludzie nie widzą, jest kolosalna ilość pracy włożona w takie rzeczy “na zapleczu”. Jest ogromna ilość testów i szlifowania pojedynczych elementów i sprawdzanie, co działa. Są szkolenia, w których niemal do ostatniej chwili nie wiesz, czy cokolwiek zarobisz, czy wyjdziesz na zero, czy zostaniesz z kilkunastoma tysiącami długu. I jest spora ilość porażek, których nikt za Ciebie nie sfinansuje – płacisz za nie z własnej kieszeni i nikogo nie obchodzi, czy masz w niej coś, żeby zapłacić.
Czy piszę to po to, żeby ponarzekać? Żeby ktoś pogłaskał mnie po głowie i powiedział “współczuję Ci z tym, jak Ci ciężko”?
Nie. Mimo wszystkiego powyższego wiem, że jestem w niesamowicie szczęśliwym położeniu. Jestem kimś, kto – w chwili obecnej – zarabia tyle za dwugodzinną sesję z klientem, ile wiele osób zarabia przez miesiąc ciężkiej pracy. Nawet jeśli na tą jedną sesję składa się dodatkowych kilka(naście) godzin pracy nad marketingiem, pisania artykułów i postów, ćwiczenia i szlifowania umiejętności, mimo tego wszystkiego jestem i tak w niesamowicie uprzywilejowanej pozycji i jestem tego niezwykle świadomy i wdzięczny za to, że mam taką możliwość. Fakt, że szczerze lubię robić to co robię i niesamowicie mnie to ciekawi jest również zdecydowanie bonusem.
 Szkolenia - Łatwa Gotówka?
Piszę to z innego powodu. Piszę to, ponieważ większość ludzi, którzy chcą się bawić w pracę w tym obszarze robi dosłownie to – bawi się. A zabawa jest niewątpliwie ważna w życiu, ale nie przyniesie Ci sukcesu w biznesie, jeśli nie dorzucisz do tego naprawdę intensywnej pracy i zaangażowania, oraz – co ważne – otwartości na naukę.
I przeraża mnie jak często takie osoby nie są na tą naukę otwarte. Jak często potrafią stworzyć skrajnie nieintuicyjną i nieskuteczną stronę – po czym obrażać się, gdy dostają informacje zwrotne na jej temat. Jak wychodzą z założenia – wchodząc na dany rynek – że po prostu wiedzą lepiej i sami najlepiej ocenią, co działa, a co nie. Jak zakrywają pełen brak wiedzy w danym temacie mocną gadką. Jakiś czas temu pewien człowiek chciał ściągnąć mnie do siebie jako trenera. Zapytałem go, jaka jest grupa docelowa dla szkoleń, które organizuje. Jego odpowiedź brzmiała…
“Są dwie grupy. Jedna to ludzie średnio zamożni, a druga – bardzo zamożni.”
Regularnie używam tego cytatu, gdy pracuję z ludźmi chcącymi poprawić swoje umiejętności autopromocji jako coacha lub trenera. Mimo, że zwykle dopiero zaczynają poznawanie tematyki marketingu i promocji, nawet oni reagują na powyższe stwierdzenie śmiechem, dostrzegając jaki brak zrozumienia tematu ono niesie. Nie zmienia to faktu, że człowiek, który jest autorem tego cytatu wciąż jest święcie przekonany co do słuszności swojego podejścia i wypuszcza w świat różne ciekawe potworki…
Inny człowiek – mój dobry znajomy – postanowił niedawno nieco zmienić branżę ze szkoleniowej na coachingową i niemal obraził się na mnie, gdy zwróciłem mu uwagę, że zdobywanie klientów coachingowych jest zdecydowanie trudniejsze niż klientów na szkolenie, przynajmniej przez pierwsze kilka(naście) miesięcy działalności. Po prostu ludzie potrzebują zaufać coachowi zdecydowanie bardziej niż trenerowi, zanim zdecydują się na pracę z nim – sam mam klientów, którzy pierwszy kontakt ze mną nawiązali na ponad pół roku przed sesją (a ile namyślali się przed tym pierwszym kontaktem, to już inna historia). W przypadku szkolenia jest to łatwiejszy wybór – albo skorzystasz ze szkolenia do tego terminu, albo wcale, co zwykle skłania ludzi do podjęcia decyzji szybko. Jeśli chodzi o coaching – dzisiaj czy za tydzień, coachować mogę się kiedykolwiek. A to zdecydowanie zmienia promocję tej działki – czego większość osób wchodzących w tą tematykę po prostu nie wie. Dlatego właśnie 50% coachów na tak bogatym rynku jak USA nie jest w stanie znaleźć ANI JEDNEGO płacącego klienta przez pierwsze DWA LATA swojego życia zawodowego jako coachowie. Dlatego znajomość zasad skutecznego marketingu jest w branży zmiany osobistej taka ważna. A jednocześnie tak wiele osób zakłada, że oni wiedzą lepiej. Nawet nie testuje nowych informacji, po prostu odrzuca je – bo jakie to może być trudne? Otóż może – i to bardzo.
Każdego miesiąca spędzam co najmniej kilkadziesiąt godzin ucząc się co mogę robić lepiej w dziedzinie marketingu i promocji. Korzystam z wiedzy ludzi, którzy odnieśli sukces przede mną, nawet wtedy, gdy wydaje mi się to szalenie nieintuicyjne, nawet gdy wydaje mi się, że stracę na tym klientów. Tak było ze specjalizacją – nie wierzyłem, że skupienie się na promocji siebie konkretnie w obszarze odkochania i nieśmiałości może być skuteczniejsze niż promocja siebie jako coacha od wszystkiego. Ale wiesz co? Mimo, że w to nie wierzyłem, zrobiłem to, ponieważ ludzie, którzy mieli w moim polu więcej doświadczenia i więcej sukcesów, mówili, że to działa.
I wiesz co? Zadziałało.
Tutaj i w wielu innych sytuacjach, w których nie dowierzałem. Bo nie wiem wszystkiego. Mam za sobą całkiem spore doświadczenie w tej branży, ale wciąż nie wiem wszystkiego, nie wiem nawet dużo. I zdecydowanie mogę wiedzieć więcej.
I szczerze mnie przeraża, jak wiele osób w branży zakłada, że oni już więcej wiedzieć nie mogą.
Jeśli przypadkiem byłbyś taki – poproś kogoś, by kopnął Cię w głowę. MOCNO. I podziękuj mu za to.
A potem rozwijaj się z pasją, a także z pokorą.
-Artur
Witaj,
Czas czytania: ok. 3 minuty
Mity Rozwoju: Mit Idealnych Ludzi Sukcesu
Jeśli patrzeć po opiniach prezentowanych na forach dyskusyjnych, ludzie sukcesu wydają się wręcz idealni – świetnie poukładani wewnątrz, z rozwiązanymi problemami i jasną wizją ochoczo prący naprzód, aż do swojego wymarzonego celu. Ludzie bez wad. Ideały.
Jeśli wierzysz w taki obraz tych ludzi, ten artykuł może nieco poruszyć Twoją wizją świata, może Cie nawet zdenerwować. To dobrze – bo możesz dzięki temu więcej z niego skorzystać.
W pierwszym epizodzie jednego z moich ulubionych seriali, Dollhouse, pojawia się następujący monolog „Widzisz kogoś kto biegnie bardzo szybko i zadajesz sobie pytanie – czy do czegoś biegnie, czy przed czymś ucieka? Odpowiedź brzmi, oczywiście – oba naraz.”
Kiedy wgłębisz się w biografie ludzi sukcesu – zarówno współczesnych, jak i historycznych – zdumiewająco często zauważysz dokładnie taki wzorzec. Wybitni biznesmeni, których motywował perfekcjonizm i chęć odbicia sobie dramatycznie biednego dzieciństwa. Geniusze nauki jak Mikołaj Tesla byli często jednocześnie głęboko zaburzonymi ludźmi. Wielcy ludzie mieli często równie wielkie wady – Maurice Talleyrand, francuski geniusz dyplomacji, był wręcz obłąkańczo chciwy. Napoleon miewał skłonności do napadów furii (swoją drogą – zwłaszcza w obecności Talleyranda). Juliusz Cezar był niezwykle próżny – cenił okazję gdy mógł nosić wieniec laurowy, bo pozwalało mu to… ukrywać łysinę. Budda zostawił swoją żonę oraz swój lud, w imię swoich poszukiwań. Przykłady można mnożyć niemal w nieskończoność.
Czy piszę to po to, żeby obniżyć wartość dokonań tych ludzi?
Bynajmniej – sam ich niezwykle cenię.
Moim celem jest coś zupełnie innego – jest nim wyjście ponad propagandę radosnego sukcesu spod znaku „myśl pozytywnie i wszystko będzie ok” i wskazanie na zupełnie inny proces. Na fakt, że wielu z tych ludzi używało swoich wad jako napędu dla swojego sukcesu w co najmniej równie wielkim stopniu, jak swoich zalet. Zamiast je odrzucać, zmieniać czy udawać, że ich nie ma – stosowali je jako część tego co robią i osiągali fenomenalne wyniki. Wyniki, których nie uzyskaliby, gdyby nie te „ograniczenia”.
Zamiast więc koncentrować się tylko na radosnych pozytywach i cukierkowej wizji świata, może warto przyjrzeć się też negatywom – i zobaczyć w jaki sposób można skorzystać z pozornie negatywnych wzorców myślenia, które stosowały takie wielkie osoby, wprowadzając je w życie tak, by przynosiły korzyści i nie „wylewały się” poza obszary, w których chciałbyś z nich skorzystać?
To taki pomysł do rozważenia – zrób z tym co uznasz za słuszne.
Baw się i rozwijaj z pasją!
-Artur
Witaj,
Czas czytania: ok. 2 minuty.
Bardzo wiele osób, z którymi pracuję, miewa poważne problemy ze sprecyzowaniem tego, co chce w życiu, na czym im zależy, jakie mają wartości czy przekonania. Ludzie ci chcą być zdecydowani… Ale nie podjęli żadnych decyzji. Chcą być pewni siebie – ale nie są pewni co sądzą na wiele tematów. Co gorsza – często nie mają pojęcia jak stać się bardziej pewnymi.
Jeśli sam chcesz zdobyć większą pewność i odkryć takie rzeczy o sobie, mam dla Ciebie propozycje:
Weź kamerę wideo, dyktafon, albo poproś kogoś, komu ufasz, żeby Cię wysłuchał i zacznij opowiadać o danym temacie.
Mów o swoich wartościach, o tym co dla Ciebie ważne w życiu, albo o swoich przekonaniach na dany temat.
Na początku może to być nieco trudne, ale szybko odkryjesz, że mówi Ci się coraz łatwiej i płynniej i sama możesz się zaskoczyć tym co mówisz i jak wiele odkrywasz i jak zwiększa się Twoje zaangażowanie w to, o czym opowiadasz. To adaptacja metody Wina Wengera zwanej Image Streaming, która pozwala na dokonywanie naprawdę ciekawych odkryć. Opiera się ona na prostej regule – dostajesz więcej tego, co wzmacniasz. Im więcej mówisz o czymś co lubisz, tym więcej nowych rzeczy dostrzegasz. Pierwszych kilka chwil może być nieco trudnych, ale potem po prostu popłyniesz – i dojdziesz do tego, co dla Ciebie naprawdę w życiu ważne.
UWAGA: Ważny jest tutaj potencjalny słuchacz – żywy albo reprezentowany przez kamerę lub dyktafon. To czyni całą wypowiedź bardziej żywą i realistyczną.
Miłego odkrywania!
Baw się i rozwijaj z pasją!
-Artur
|
|