Robiłem ostatnio porządki w swoich materiałach – przeglądałem i wyrzucałem płytki z archiwami artykułów z netu, część skryptów szkoleniowych, decydowałem które książki zostawić, a które wydać znajomym albo zallegrować. Przy tej okazji zauważyłem, jak wielką skłonność do kolekcjonowania informacji miałem oraz, co gorsza – jak wiele z nich się marnowało, ponieważ, nawet jeśli z nimi się zapoznałem, nie udało mi się ich utrwalić. Również samo zachowanie ich do archiwum niewiele dawało, a tendencja do zbierania kolejnych materiałów przed przerobieniem obecnych jedynie pogarszała sprawę.
Co ważne – podobną sytuację widzę u wielu znajomych zajmujących się rozwojem. Pisałem już kiedyś na ten temat w artykule “Chomiki książkowe”, ale wydaje mi się, że warto powiedzieć o tym coś więcej. W “Chomikach” skupiłem się na tendencji do “Chomikowania”, do zbierania materiałów na później, ale obok zwalczania tej tendencji są jeszcze inne kwestie, na które warto zwrócić uwagę:
1. Utrwalanie informacji – każdy ma na to swój sposób, mniej lub bardziej skuteczny i wydajny. Mój znajomy, Artur Poczekalewicz, o którym pisałem tutaj jakiś czas temu, ma nawyk regularnego notowania podczas czytania i jest to dla niego tak silna zasada, że nie siądzie do książki nie mogąc czegoś zapisać. Ja preferuję od razu jakoś wykorzystać dany materiał, np. pisząc jakiś artykuł na ten temat, albo np. używając tych informacji w dyskusji. Podejść jest wiele, istotny jest rezultat – skuteczniejsze zapamiętanie i łatwiejszy dostęp do tych informacji. Znajdź swój własny sposób i stosuj go regularnie.
2. Sortowanie informacji - jak pokazują badania Ericssona (nie mylić z Miltonem Ericksonem ) jedną z podstawowych różnic między ekspertami i laikami w danym temacie jest to, że eksperci wykształcili skuteczniejsze sposoby sortowania informacji w swojej dziedzinie ekspertyzy. Dla przykładu, w przypadku zadań z fizyki laicy dzielą je według wartości podanych w zadaniu (np. siły, pędu), a eksperci według praw, które trzeba zastosować w ich rozwiązywaniu (np. trzecie prawo termodynamiki). Zacznij eksperymentować z metodami sortowania informacji, które zbierasz i zobacz, czy inny sposób sortowania nie przynosi Ci lepszych efektów.
3. Zdecydowanie czego szukasz – nie zliczę do ilu książek siadałem, nie wiedząc co w sumie chcę z nich wynieść… i to właśnie z nich wynosiłem – do dziś nie wiem co Oczywiście, nadmierne skupienie na celu może z kolei zaślepić Cię na przydatne, a niezwiązane z nim rzeczy, dlatego nie chodzi o wykształcenie w sobie obsesji, a jedynie o zastanowienie się, przed rozpoczęciem lektury, co takiego chcesz w jej trakcie uzyskać.
4. Ustalenie granic interesującego Cię materiału – czasem można odpłynąć, przeszukując kolejne materiały za jednym nieuchwytnym “czymś”. Zdecyduj z góry jak wiele materiału chcesz przejrzeć, starając się coś opanować. W praktyce pozwól sobie na przekroczenie tej granicy o 10-20%, ale nie o więcej. Ten dodatkowy bufor powinien zapewnić, że nie stracisz niczego ważnego, ale powyżej tego zaczyna już wchodzić w grę prawo malejących zysków – tzn. możesz wkładać w zadanie coraz więcej wysiłku, uzyskując w zamian coraz mniejsze dodatkowe korzyści.
5. Ustalenie zakresu Twoich zainteresowań – jest też drugi popularny sposób na odpłynięcie. Jeśli zaczynasz poznawać coś ciekawego, można łatwo się tym zafascynować i starać się pochłonąć tego jak najwięcej. Jeśli masz akurat nieograniczony czas i zasoby, to nie stanowi to zbyt dużego problemu, ale ponieważ rzadko kiedy mamy taki luksus, to warto przy rozpoczęciu danego tematu ustalić sobie co chcemy poznać i po poznaniu tych rzeczy, zawiesić temat, przynajmniej na jakiś czas. Da to fascynacji czas na ostygnięcie, a Tobie na trzeźwą ocenę tego, czy w temat faktycznie warto zaangażować dodatkowe środki.
Tych pięć zasad może Ci znacząco pomóc w skutecznym nawigowaniu po oceanie informacji, do którego wszyscy mamy dziś dostęp, dlatego warto z nich korzystać w praktyce.
Czasami załamuje mnie to, jak niewiele osób w światku rozwoju osobistego zdaje sobie sprawę z tej prostej zasady.
Ponieważ uważam, że warto być na bieżąco z tym, co dzieje się na rynku, jestem zapisany na wiele newsletterów, zarówno polskich, jak i zagranicznych, na tematy związane z rozwojem osobistym, marketingiem internetowym, psychologią, itp.
W efekcie zauważyłem kilka trendów, które niestety niezbyt pozytywnie świadczą o większej części naszego środowiska.
Przede wszystkim – ogromna grupa ludzi pisze wyłącznie pod kątem laików, którzy nie mają żadnego doświadczenia w tematyce, a do tego zakłada ogromny “przemiał” tych laików. Świadomie lub nie, zakładają, że ludzie albo są idiotami, albo będą prenumerowali dany newsletter tylko przez kilka tygodni lub miesięcy.
Dlaczego tak uważam:
- bardzo często w newsletterach, zwłaszcza w Polsce, widzę stosowane stare techniki “języka perswazji”, które lata swojej świetności miały u nas koło końca ubiegłego wieku. Od tego czasu minęło 10 lat, ale wciąż widzę tematy w stylu “Zanim otworzysz ten newsletter, Artur…”
- kolejnym popularnym motywem jest “cykliczność” postów. Gdy pierwszy raz czytasz tekst “Artur, chyba oszalałem, że Ci to zdradzam…” było to w miarę interesujące. Gdy otrzymuję taki post średnio co dwa miesiące od tego samego gościa, to nawet jak za każdym razem zdradza nowe rzeczy, trudno mi podtrzymać jakiekolwiek zainteresowanie, natomiast sugeruje to, że facet albo nie myśli o tym, co już kiedyś słał do swoich odbiorców… Albo zakłada, że tych odbiorców już tam nie ma, “poznaj, sprzedaj, zapomnij”, co niekoniecznie jest dobrą taktyką biznesową… chyba, że sprzedaje się marne rzeczy, co daje z kolei niezbyt pochlebny obraz danego autora newsletterów.
- nałogowe stosowanie [Name] i podobnych tagów wstawiających imię w każde możliwe miejsce. Ja rozumiem, że to kiedyś zwiększało statystycznie skłonność ludzi do czytania newslettera, jednocześnie mam wrażenie, że dzisiaj zdążyło się to już po prostu przejeść i ludzie na coś takiego nie reagują…
Problem dodatkowo zaognia fakt, że większość osób “uczy się” od siebie wzajemnie, ściągając pomysły z newsletterów innych osób… Natomiast dość niewiele osób z pośród tych, z którymi rozmawiałem, stosuje regularne statystki i sprawdza konkretne efekty swoich newsletterów i tego, jak są pisywane.
A tymczasem to właśnie te dane są koniec końców najważniejsze i decydują o tym, czy czas zainwestowany w napisanie danego newslettera w ogóle ma jakikolwiek sens.
Mam nadzieję, że ten, zainwestowany w napisanie tego tekstu miał
Autor wymienia na niej 15 guru finansowych, autorów bestsellerów n.t. zarabiania pieniędzy…. Oraz co się z nimi stało później, po wydaniu tych bestsellerów.
Co ciekawe, tylko DWIE OSOBY z tej listy nie trafiły do więzienia i/lub nie zostały bankrutami.
Dlaczego?
Bo najprostszą drogą do osiągnięcia statusu guru i autora bestsellerów jest, niestety, skuteczne kłamanie jak największej ilości ludzi, granie na ich nadziejach i marzeniach. Jest tak zarówno w świecie finansów, jak i w świecie rozwoju osobistego czy duchowości.
Czy to znaczy, że nie ma żadnych prawdomównych guru rozwoju?
Sądzę, że są, podejrzewam nawet, że spora część z powyższych szczerze wierzyła w to co sprzedawała.
No dobra, zapytam inaczej – czy to znaczy, że nie ma żadnych skutecznych guru, dających prawdziwe sugestie?
Ponownie, sądzę, że są. Ale rozpoznamy ich raczej po tym czego NIE oferują – łatwych dróg wyjścia, błyskawicznych rozwiązań dla leniwych, itp – niż po czymkolwiek innym.
To nie znaczy, że życie, sukces czy rozwój muszą być trudne. Po prostu nie będą tak łatwe, jak byśmy tego czasem chcieli.
Jak to? Artur? Ty czegoś nie lubisz w forach rozwojowych? Przecież można odnieść wrażenie, że spędzasz na nich pół życia!
Jeśli przyszły Ci do głowy powyższe myśli, są one w pełni uzasadnione A jednocześnie są jednak pewne rzeczy, które faktycznie mi przeszkadzają w forach rozwojowych i które uważam, że można by je poprawić.
1. Jednogłośność – wszyscy muszą się zgadzać z ‘linią partyjną’ albo wylatują, lub przynajmniej zaliczają ostry ostracyzm. Rzadko znajduje się miejsca, w których jest miejsce na konstruktywną dyskusję.
2. Skierowanie dla nastolatków – faktem jest, że większość forów rozwojowych bierze na cel nastolatki, ew. studentów i to oni są głównymi uczestnikami dyskusji. Nie, żebym miał coś przeciwko nastolatkom, sam takim byłem nie tak dawno temu, jednocześnie wyraźnie brakuje mi na rynku alternatywy dla osób nieco starszych i mających już nieco inne wartości w życiu.
3. Kowboje klawiatury - większość for rozwojowych skupia typowych kowboi klawiatury – ludzi mocnych w wirtualnej przestrzeni, ale nie robiących za wiele rzeczy w prawdziwym świecie. Co więcej, nie znam żadnych for, które próbowałyby zmienić ten stan rzeczy i zaktywizować swoich uczestników.
4. Gierki statusowe - “ja jestem super, bo jestem trenerem NLP u superultratrenera X, a ty tylko masterem u przecietnegotrenera Y, cieniasie!” No, nikt tego nie mówi tak otwarcie, ale przekaz jest podobny. Po co?
5. Brak dystansu – kiedy na jakimś forum pojawia się nowa moda, jest przyjmowana z zupełnym brakiem dystansu, po prostu połykana całości, niezależnie od faktycznej wartości.
6. Brak interakcji – spotkałem bardzo niewiele forów, które promowałyby realną interakcję między uczestnikami, poza komunikacją bezpośrednio na forum. A i ta komunikacja zwykle sprowadza się do punktu 4 – gier statusowych.
7. Podejście do reklam – ekstremalne. Albo zero reklam, albo ich natłok i ludzie wchodzący na forum tylko dla reklam. A nie da się zrobić czegoś bardziej po środku?
8. Cenzura lub totalny tumiwisizm – czy naprawdę nie ma alternatywnych rozwiązań niż totalny zamordyzm albo zupełne oddanie forum we władanie trolom?
9. My kontra świat! – pogarda, niechęć i odcinanie się od “normalnych ludzi”, “owieczek matrixa”, itp. Zamiast docenić to co dobre i wartościowe w życiu większości ludzi, jedyną dostępną opcją wydaje się być podejście typu “my wszystko wiemy lepiej”. A może warto zacząć korzystać z tego co dobre poza naszym małym, zamkniętym światkiem rozwoju?
10. Brak odpowiedzialności! - swobodne, zupełnie nieodpowiedzialne szafowanie poradami odnośnie ćpania, ryzykownych zachowań, testowania potencjalnie szkodliwych filozofii, itp. Ja rozumiem, że wszystko dla ludzi, ale gdy wpycha się takie ideologie osobom często niedojrzałym jeszcze emocjonalnie, stosując nacisk grupowy, żeby uznały to za coś swojego – to jakoś czuje się mocno niespokojny.
No właśnie – to mi w forach rozwojowych nie pasuje. A jak to się ma do mojej niedawnej deklaracji skupienia się na w tym roku na dawaniu wartości, zamiast na wskazywaniu tego co nie działa? (http://blog.krolartur.com/?p=237)
Cóż, zostawię Cię z tym pytaniem samego, przynajmniej na najbliższe kilka dni
Pracując dzisiaj nad jednym z moich największych, jak dotychczas, projektów – wielkie otwarcie już wkrótce, dlatego uważnie obserwuj to miejsce, drogi czytelniku – zdałem sobie sprawę, że pozwoliłem sobie “odlecieć”. Tak skupiłem się na wskazywaniu na to, co nieskuteczne lub ograniczające w rozwoju osobistym, że zaniedbałem budowanie nowych, wartościowych treści, wiedzy i umiejętności.
Dlatego nadszedł czas na zmiany
Moim tematem przewodnim roku 2010 uczyniłem właśnie oferowanie maksymalnie wartościowych treści jak najszerszej publiczności. Od czasu do czasu wciąż znajdziesz informacje n.t. tego, co potencjalnie ograniczające w rozwoju osobistym, ale przeważajaca większośc moich materiałów będzie się teraz skupiała na tym, co działa oraz na proponowaniu zupełnie nowych rozwiązań.
Dlatego zapraszam Cię do towarzyszenia mi w tej podróży. To będzie bardzo ciekawy rok!
Jako pierwszy przejaw tej ciekawości, wprowadzam nowy zwyczaj na tym blogu – co piątek, w ramach “weekendowej zmiany” dostaniesz tutaj nowe, stworzone specjalnie dla Ciebie ćwiczenie rozwojowe, tak, żeby każdy tydzień, w którym odwiedzasz tego bloga dawał Ci konkretne i praktyczne korzyści!
Nie, to nie będzie reklama szkolenia. Aczkolwiek, jeśli bohater tego postu kiedykolwiek zdecyduje się poprowadzić szkolenie z tego tematu, z przyjemnością mu je na tym blogu zareklamuje – bo uważam, że wie o czym mówi
Jakiś czas temu umówiłem się ze znajomym, Arturem Poczekalewiczem. Znamy się z różnych szkoleń, na których razem bywaliśmy, sporo przegadaliśmy też pomiędzy nimi, ale jakoś tak wyszło, że przez ostatni rok kontaktowaliśmy się tylko telefonicznie i internetowo.
Dość powiedzieć, że gdy spotkałem go osobiście, ledwo go poznałem. Od naszego ostatniego spotkania, w niecały rok, Artur zrzucił ponad 60 kilogramów.
Co ważne, zrobił to w najłatwiejszy, a jednocześnie najcięższy z możliwych sposobów – jadł mniej, jadł zdrowiej, ćwiczył więcej. Dzień po dniu, wytrwale i z uporem. Bez operacji, głodówek, cudownych leków i innych “dróg na skróty” (lub, realistycznie, “na manowce”).
Nie jestem w stanie wyrazić, pod jakim jestem wrażeniem i jak podziwiam go za takie dokonanie. Bo to jest dokonanie i to ogromne. Znam sporo ludzi, którzy zrzucali wagę, nawet dużo wagi. Problem w tym, że całkiem szybko wracali, często z dziwnymi racjonalizacjami w stylu “tak jest naturalnie”.
Dlatego fakt, że Artur pociągnął ten projekt przez rok – i wciąż go ciagnie, bo ma w planach jeszcze dodatkowych 15 kilo – jest dla mnie naprawdę niezwykły. Robić coś takiego przez rok, trwając w tym postanowieniu, modyfikując w tym celu znacznie swój styl życia. To pokazuje bardzo dużo o nim, jako o osobie i wiem, że gdybym np. szukał podwykonawcy, to zdecyduje się na niego. Bo bardzo namacalnie i mierzalnie zademonstrował, że potrafi być niesamowicie, niezwykle konsekwentny. A to rzadka cecha we współczesnym świecie.
Dlatego Arturze Poczekalewiczu – salutuje Ci. A Tobie, drogi czytelniku, z przyjemnością daję Artura P. jako przykład tego, jak faktycznie można wykorzystać rozwój osobisty i zmianę osobistą w praktyce i zmienić się na lepsze. Tak, żeby nie było, że ciągle się tylko doczepiam do tego, co w rozwoju nie działa Bo działa dużo, a Artur Poczekalewicz jest świetnym przykładem na to.
Generalnie rzecz biorąc – Steve, w momencie w którym osiągnął spory sukces zawodowy jako specjalista od rozwoju osobistego, zdecydował się na “eksperyment” polegający na tym, że z jednej strony zostanie w związku małżeńskim, a z drugiej będzie sypiał z innymi kobietami. Teraz – sama decyzja to, jak na mój gust, jego biznes – osobiście, podobnie jak autor powyższego artykułu, uważałbym za uczciwsze otwarte zrezygnowanie ze związku i rozwód, ale hej – to jego biznes.
To co mi się natomiast potwornie nie podoba, to mentalność przyjęta przez Pavlinę, który tłumaczy swoją decyzję “rozwojem duchowym”, “nauczeniem się głębszego doznawania miłości” i podobnymi wymysłami. Sorry, ale po prostu zupełnie to do mnie nie trafia – chce zdradzać żonę? Ok, jego wybór. Tylko na litość mroku, nie tłumaczmy tego”rozwojem duchowym”. Bo to żaden rozwój – to zaspakajanie bardzo pierwotnych biologicznych pragnień, w sytuacji w której jego sytuacja życiowa w końcu mu na to pozwala, bo nagle zyskał mocno na statusie, wydał pierwsza książkę, itp.
Taka “rozwojowa” racjonalizacja zyskała sobie u mnie miano Syndromu Pavliny – i obiecuję napisać o niej nieco więcej w przyszłości.
P.S. sprawa kończy się właśnie, rok później rozwodem, którego żąda – co za zaskoczenie – żona Pavliny.
P.P.S. Swoją drogą, patrząc na zdjęcie Pavliny i jego (niedługo byłej) żony przypomina mi się bardzo podobna sytuacja z polskiego światka rozwojowego, z bardzo podobnymi “duchowymi” uzasadnieniami.
Przeglądaliśmy sobie ostatnio z moją partnerką, Beatą, profile naszych znajomych rozwojowców na Goldenline i trafiliśmy na prawdziwą plagę tytułów. “Dyrektor Generalny”, “Dyrektor Regionalny”, “Trener Trenerów”, “Prezes”, “Partner Strategiczny”, itp. – tytuły mnożą się jak grzyby po deszczu, każdy coraz bardziej wydumany i napuszony względem poprzedniego… A tymczasem, jak celnie skomentowała moja Beata odnośnie kilku spośród nich “Ja nie jestem żadnym dyrektorem, a zarabiam więcej niż każdy z nich. A możliwe, że i więcej, niż oni wszyscy razem wzięci.”
I coś w tym jest – bo generalnie jakoś tak dziwnie jest, że ci, spośród naszych znajomych, którzy mają solidne dochody, nie czują zwykle potrzeby tytułować się prezesami. Dlaczego? Bo nie potrzebują podwyższenia statusu jakie – ich zdaniem – przyniesie im posiadanie tytułu prezesa czy dyrektora generalnego, ani nie potrzebują grać ważniejszych niż realnie są.
Dlatego, jeśli coś takiego robicie, jeśli bawicie się w tytułomanię, to mam do Was wielką prośbę:
Ludzie, obudźcie się!
Dyrektor Generalny, czyli CEO, to po polsku Prezes Zarządu – a żeby być prezesem zarzadu, trzeba najpierw MIEĆ zarząd, a więc być zarejestrowaną spółką, albo stowarzyszeniem. Gdy tak określa się szef paruosobowej firemki – albo, co jeszcze lepsze, jednoosobowej działalności gospodarczej, lub komórki MLM-u, no cóż…
W tej sytuacji takie zachowanie jest to śmieszne, często żałosne, czasem nawet trochę smutne – ale nie jest to pozytywne, ani nie robi to zbytniego wrażenia, chyba, że na ludziach mających minimalne obeznanie z biznesem. A jednocześnie widzę, jak coraz więcej – skądinąd bardzo rozsądnych ludzi – popada w tytułomanię, z tego prostego powodu, że pozwala im to budować sobie status, w momencie gdy nie mają do tego innych podstaw, gdyż np. MLM-y jako takie nie cieszą się w naszym kraju zbyt dużym prestiżem.
Co gorsza, zwykle tacy ludzie nie są nawet tego świadomi, nie dostrzegają tego, co robią – co utrudnia nawet rozmowę z nimi na ten temat, gdyż dla nich, na świadomym poziomie, wszystko jest ok i wcale nie chodzi o status. Jest to dodatkowo potęgowane przez fakt, że tzw. gry statusowe są w naszej kulturze zwykle tematem tabu, nie są czymś, o czym można by otwarcie porozmawiać. A przez to – nie są zwykle świadomie uprawiane, co prowadzi do dosyć przykrych efektów.
Dlatego raz jeszcze – jeśli bawisz się w tytułomanię – daj sobie spokój, proszę. Jeśli masz kogoś bliskiego, kto się w nią bawi – namów go, żeby z tym wyluzował. Koniec końców ludzie i tak nie przyjdą do Ciebie, bo jesteś Prezesem, Dyrektorem Generalnym czy nawet Panem Świata (tego jeszcze nie widziałem, ale kto wie?). Przyjdą dlatego, że to co im oferujesz jest dla nich wartościowe. I na tym warto się skupić.
Serio, czasami fobia, np. lęk wysokości, jest BARDZO zdrową rzeczą.
Uwaga, ten film nie jest dla ludzi o słabym sercu – zarówno mnie jak i wielu innym widzom adrenalina skakała przy nim w kosmos i to w mało przyjemny sposób. Jeśli masz słabe serce, zdysocjuj się przed oglądaniem.
Tym chłopakom przydałoby się nie tyle zdjąć fobię, co ją wywołać. Skutecznie.
Przynajmniej do czasu, gdy nie uda się znaleźć metody na zainstalowanie zdrowego rozsądku…
Post ten został napisany przed moim wyjazdem na urlop i został umieszczony tutaj przez moją asystentkę, Magdę. Jeśli masz jakieś uwagi lub pytania dotyczące jego treści, napisz na artur@krolartur.com, chętnie odpowiem po powrocie.
Jednym z najczęstszych problemów, o którym wspominają mi ludzie którzy zaczynają zajmować się zmianą osobistą jest reakcja środowiska. Z jakiegoś powodu otoczenie niezbyt lubi te wszystkie nowe metody zmiany i często stara się ich użytkowników „sprowadzić do parteru”.
W tym wypadku działa po prostu prosta cecha naszego mózgu – nasz mozg lubi to co ‘znane’. Sprawia mu to czysto kinestetyczna, wymierna przyjemność. Jesteśmy nagradzani za tworzenie zrozumiałych, powtarzalnych wzorców, bo zwiększają one bezpieczeństwo i szanse na przeżycie.
W tym wypadku to co mile – to ‘znany’, ’stary’ Ty. Wiec Twoi znajomi dążą instynktownie do utrzymania ’starego’ Ciebie.
Jednocześnie jednak mozg uczy się tylko przez to co nowe, wiec warto byś dal ludziom wokół siebie nowy prezent i nauczył ich nowej jakości siebie, gdy już zdecydowałeś się na podjęcie zmiany.
Jak to możesz zrobić? Znajdź sposób by przekonać ich emocje (nie ich „logiczną” świadomość, ale właśnie ich emocje!), że Twój rozwój da im więcej przyjemności niż Twoje pozostanie niezmienionym
Wzmacniaj pozytywne stany ludzi wokół siebie, tak by w Twoim towarzystwie czuli się świetnie.
Daj im parę fajnych metafor na kwestie przyjemności płynącej z zaakceptowania zmian.
Zmieniaj ludzi wokół siebie na lepsze, pracując bezpośrednio z ich nieświadomością – przez bajki, metafory, opowiastki, itp – a szybko uzyskasz akceptacje od ich nieświadomości – i wsparcie dla swojego rozwoju ze strony ludzi wokół Ciebie.
I najważniejsze – baw się i rozwijaj, na luzie Nie gadaj o zmianach – tylko siebie zmieniaj i już