“Człowiek, który szukał szczęścia”

Lipiec 26 2010   Zostaw Komentarz   

Witaj,

Czas czytania: ok. 5 minut

Dzisiaj mam dla Ciebie krótką bliskowschodnią bajkę, o człowieku, który szukał szczęścia. A może jest w tym coś więcej niż tylko bajka?

Był pewien człowiek, który, uznawszy, że zasługuje na lepszą pozycję w życiu, wyruszył znaleźć wielkiego mędrca, który doradzi mu jak to zrobić. Człowiek ten bowiem postępował w swoim życiu tak jak uważał za słuszne, a jednak jego los był nieustannie ciężki.

Po drodze spotkał trzy zwierzęta, które poprosiły go, aby pomógł im i zapytał mędrca również o ich problemy – lwa, który cierpiał na katusze z bólu brzucha, rybę, której dziwna narośl uniemożliwiała nurkowanie oraz mrówki, których mrowisko ciągle się zapadało.

Doszedł do mędrca, opowiedział mu o problemach zwierząt, oraz o swoim własnym. Mistrz zdradził mu to, jak ma pomóc zwierzętom. Na jego własny problem zaś rzekł tylko, że do końca jego drogi zostanie on rozwiązany, na jeden sposó lub drugi.

Człowiek wrócił więc do mrówek, opowiedział im o wszystkim po czym zdradził im, że pod mrowiskiem znajduje się jama pełna złota, które przesypując się wywoływało uszkodzenia mrowiska. Mrówki rozradowane wykopały złoto i ofiarowały go człowiekowi. Ten jednak stwierdził, że nie może go przyjąć, bo należy do mrówek i mimo ich nalegań, żeby je zabrał, bo dla nich jest bezużyteczne, zostawił je koło mrowiska.

Później, gdy odpoczywał w drodze, mineła go grupka wieśniaków, opowiadających o tym jak znaleźli dużo złota koło mrowiska i jak rozkopali je całe, szukając większej ilości, ale nic nie znaleźli.

“To tragiczne” pomyślał człowiek “Do innych los się nieustannie uśmiecha, a ja, podążając swoją ścieżką, jestem tam, gdzie zawsze byłem.”

Następnie dotarł do sadzawki gdzie pływała ryba. Opowiedział jej swoją historię, następnie wyciągnął nóż i rozciął narośl, wydobywając z wnętrza ogromną perłę, która przeszkadzała rybie. Rana błyskawicznie się zarosła, a ryba zaoferowała podróżnikowi perłę. Ten jednak stwierdził, że jego droga nie pozwala mu na przyjęcie jej i ruszył dalej. Gdy odpoczywał tego wieczoru, minęła go kolejna grupa wieśniaków, opowiadająca o tym jak znaleźli przy sadzawce ogromną perłę i jak osuszyli całą sadzawkę szukając kolejnych, ale znaleźli tylko kilka ryb, które zjedli.

“To tragiczne” pomyślał człowiek “Do innych los się nieustannie uśmiecha, a ja, podążając swoją ścieżką, jestem tam, gdzie zawsze byłem.”

Dotarł w końcu do lwa, któremu opisał całą swoją historię, to jak pomógł mrówkom i rybie, oraz spotkania z wieśniakami. W końcu opowiedział mu też o odpowiedzi mistrza na jego własny problem, oraz przekazał lwowi radę mistrza “Ból twojego brzucha zniknie na zawsze, gdy pożywisz się głupcem.”

“Jak sądzisz lwie? Co mistrz miał na myśli? I jakie znajde rozwiązanie mojego problemu? Jak sprawić, by los się w końcu do mnie uśmiechnął?” zapytał człowiek.

“Nie przejmowałbym się tym na Twoim miejscu!” Warknął lew, rzucając się na niego i pożerając go.

Baw się i rozwijaj z pasją!

-Artur

Zagubieni w oceanie informacji

Lipiec 21 2010   Zostaw Komentarz   

Witaj,

Czas czytania: ok. 4 minuty

Robiłem ostatnio porządki w swoich materiałach – przeglądałem i wyrzucałem płytki z archiwami artykułów z netu,  część skryptów szkoleniowych, decydowałem które książki zostawić, a które wydać znajomym albo zallegrować.  Przy tej okazji zauważyłem, jak wielką skłonność do kolekcjonowania informacji miałem oraz, co gorsza – jak wiele z nich się marnowało, ponieważ, nawet jeśli z nimi się zapoznałem, nie udało mi się ich utrwalić. Również samo zachowanie ich do archiwum niewiele dawało, a tendencja do zbierania kolejnych materiałów przed przerobieniem obecnych jedynie pogarszała sprawę.

Co ważne – podobną sytuację widzę u wielu znajomych zajmujących się rozwojem. Pisałem już kiedyś na ten temat w artykule “Chomiki książkowe”, ale wydaje mi się, że warto powiedzieć o tym coś więcej. W “Chomikach” skupiłem się na tendencji do “Chomikowania”, do zbierania materiałów na później, ale obok zwalczania tej tendencji są jeszcze inne kwestie, na które warto zwrócić uwagę:

1. Utrwalanie informacji – każdy ma na to swój sposób, mniej lub bardziej skuteczny i wydajny. Mój znajomy, Artur Poczekalewicz, o którym pisałem tutaj jakiś czas temu, ma nawyk regularnego notowania podczas czytania i jest to dla niego tak silna zasada, że nie siądzie do książki nie mogąc czegoś zapisać. Ja preferuję od razu jakoś wykorzystać dany materiał, np. pisząc jakiś artykuł na ten temat, albo np. używając tych informacji w dyskusji.  Podejść jest wiele, istotny jest rezultat – skuteczniejsze zapamiętanie i łatwiejszy dostęp do tych informacji. Znajdź swój własny sposób i stosuj go regularnie.

2. Sortowanie informacji - jak pokazują badania Ericssona (nie mylić z Miltonem Ericksonem ;) ) jedną z podstawowych różnic między ekspertami i laikami w danym temacie jest to,  że eksperci wykształcili skuteczniejsze sposoby sortowania informacji w swojej dziedzinie ekspertyzy. Dla przykładu, w przypadku zadań z fizyki laicy dzielą je według wartości podanych w zadaniu (np. siły, pędu), a eksperci według praw, które trzeba zastosować w ich rozwiązywaniu (np. trzecie prawo termodynamiki). Zacznij eksperymentować z metodami sortowania informacji, które zbierasz i zobacz, czy inny sposób sortowania nie przynosi Ci lepszych efektów.

3. Zdecydowanie czego szukasz – nie zliczę do ilu książek siadałem, nie wiedząc co w sumie chcę z nich wynieść… i to właśnie z nich wynosiłem – do dziś nie wiem co ;) Oczywiście, nadmierne skupienie na celu może z kolei zaślepić Cię na przydatne, a niezwiązane z nim rzeczy, dlatego nie chodzi o wykształcenie w sobie obsesji, a jedynie o zastanowienie się, przed rozpoczęciem lektury, co takiego chcesz w jej trakcie uzyskać.

4. Ustalenie granic interesującego Cię materiału – czasem można odpłynąć, przeszukując kolejne materiały za jednym nieuchwytnym “czymś”. Zdecyduj z góry jak wiele materiału chcesz przejrzeć, starając się coś opanować. W praktyce pozwól sobie na przekroczenie tej granicy o 10-20%, ale nie o więcej. Ten dodatkowy bufor powinien zapewnić, że nie stracisz niczego ważnego, ale powyżej tego zaczyna już wchodzić w grę prawo malejących zysków – tzn. możesz wkładać w zadanie coraz więcej wysiłku, uzyskując w zamian coraz mniejsze dodatkowe korzyści.

5. Ustalenie zakresu Twoich zainteresowań – jest też drugi popularny sposób na odpłynięcie. Jeśli zaczynasz poznawać coś ciekawego, można łatwo się tym zafascynować i starać się pochłonąć tego jak najwięcej. Jeśli masz akurat nieograniczony czas i zasoby, to nie stanowi to zbyt dużego problemu, ale ponieważ rzadko kiedy mamy taki luksus, to warto przy rozpoczęciu danego tematu ustalić sobie co chcemy poznać i po poznaniu tych rzeczy, zawiesić temat, przynajmniej na jakiś czas. Da to fascynacji czas na ostygnięcie, a Tobie na trzeźwą ocenę tego, czy w temat faktycznie warto zaangażować dodatkowe środki.

Tych pięć zasad może Ci znacząco pomóc w skutecznym nawigowaniu po oceanie informacji, do którego wszyscy mamy dziś dostęp, dlatego warto z nich korzystać w praktyce.

Baw się i rozwijaj z pasją!

-Artur

“Bezmyślne jedzenie” i nowy nurt w psychologii zmiany

Lipiec 19 2010   1 Komentarz   Tagi: , ,

Witaj,

Czas czytania: ok. 3 minuty

Miałem ostatnio wielką przyjemność przeczytać książkę “Bezmyślne Jedzenie” Briana Wansink’a – amerykańskiego badacza specjalizującego się w psychologii tego, jak  jemy.

Zły geniusz w działaniu...

Zły geniusz w działaniu...

Książka zawiera masę fascynujących przykładów tego, jak pozornie niezwiązane z samym jedzeniem czynniki wpływają na to jak wiele jemy i czego – np.  ludzie pijący z długich i wąskich szklanek regularnie wypijają zdecydowanie mniej niż ci, którzy piją z niskich i szerokich szklanek, a jeśli wrzucimy do miski M&Msy w 10 różnych kolorach, ludzie zjedzą po kilkadziesiąt cukierków więcej na głowę, niż jeśli wrzucimy do niej tylko 6 różnych kolorów. Absurdalne? Bezsensowne? Może, ale bardzo prawdziwe i wyraźnie decydujące o tym, jak wygląda nasz brzuch ;)

Jednocześnie książka jest dla mnie kolejnym już przejawem czegoś, co postrzegam jako zupełnie nowy nurt w psychologii zmiany. Zamiast skupiać się na znalezieniu tej jednej wielkiej techniki, która zapewni wielką i gwałtowną zmianę, pojawia się coraz więcej metod umożliwiających wprowadzenie zmiany wprawdzie nie od razu i nie niesamowicie popisowo (np. metoda Wasnika umożiwia zrzucenie ok. 4-12 kilo w ciągu roku), ale za to relatywnie łatwo i bezboleśnie, poprzez wprowadzenie modyfikacji, której nawet nie będziemy później świadomie dostrzegać (np.  wymieniając wszystkie talerze na mniejsze, dzięki czemu porcje będą przez nasz mózg odbierane jako dużo większe, a w efekcie dużo bardziej sycące niż w rzeczywistości).  Podobne modyfikacje sugeruje obecnie coraz więcej badaczy i powoli robi się z tego cała nauka małych, a długoterminowo bardzo skutecznych zmian w naszym życiu. Dla zainteresowanych – jest w tym wielki potencjał biznesowy, wystarczy to rozruszać.

Albo i po prostu zastosować we własnym życiu, czego Ci serdecznie życzę.

-Artur Król

Ewoluuj lub giń

Lipiec 6 2010   Zostaw Komentarz   

Czas czytania: ok. 3 minuty

Czasami załamuje mnie to, jak niewiele osób w światku rozwoju osobistego zdaje sobie sprawę z tej prostej zasady.

Ponieważ uważam,  że warto być na bieżąco z tym, co dzieje się na rynku, jestem zapisany na wiele newsletterów, zarówno polskich, jak i zagranicznych, na tematy związane z rozwojem osobistym,  marketingiem internetowym, psychologią, itp.

W efekcie zauważyłem kilka trendów, które niestety niezbyt pozytywnie świadczą o większej części naszego środowiska.

Przede wszystkim – ogromna grupa ludzi pisze wyłącznie pod kątem laików, którzy nie mają żadnego doświadczenia w tematyce, a do tego zakłada ogromny “przemiał” tych laików. Świadomie lub nie, zakładają, że ludzie albo są idiotami, albo będą prenumerowali dany newsletter tylko przez kilka tygodni lub miesięcy.

Dlaczego tak uważam:

- bardzo często w newsletterach, zwłaszcza w Polsce, widzę stosowane stare techniki “języka perswazji”,  które lata swojej świetności miały u nas koło końca ubiegłego wieku. Od tego czasu minęło 10 lat, ale wciąż widzę tematy w stylu “Zanim otworzysz ten newsletter, Artur…”

- kolejnym popularnym motywem jest “cykliczność” postów.  Gdy pierwszy raz czytasz tekst “Artur, chyba oszalałem, że Ci to zdradzam…” było to w miarę interesujące. Gdy otrzymuję taki post średnio co dwa miesiące od tego samego gościa, to nawet jak za każdym razem zdradza nowe rzeczy, trudno mi podtrzymać jakiekolwiek zainteresowanie, natomiast sugeruje to, że facet albo nie myśli o tym, co już kiedyś słał do swoich odbiorców… Albo zakłada, że tych odbiorców już tam nie ma, “poznaj, sprzedaj, zapomnij”, co niekoniecznie jest dobrą taktyką biznesową… chyba, że sprzedaje się marne rzeczy, co daje z kolei niezbyt pochlebny obraz danego autora newsletterów.

- nałogowe stosowanie [Name] i podobnych tagów wstawiających imię w każde możliwe miejsce. Ja rozumiem, że to kiedyś zwiększało statystycznie skłonność ludzi do czytania newslettera, jednocześnie mam wrażenie, że dzisiaj zdążyło się to już po prostu przejeść i ludzie na coś takiego nie reagują…

Problem dodatkowo zaognia fakt, że większość osób “uczy się” od siebie wzajemnie, ściągając pomysły z newsletterów innych osób… Natomiast dość niewiele osób z pośród tych, z którymi rozmawiałem, stosuje regularne statystki i sprawdza konkretne efekty swoich newsletterów i tego, jak są pisywane.

A tymczasem to właśnie te dane są koniec końców najważniejsze i decydują o tym, czy czas zainwestowany w napisanie danego newslettera w ogóle ma jakikolwiek sens.

Mam nadzieję, że ten, zainwestowany w napisanie tego tekstu miał ;)

Baw się i rozwijaj z pasją!

-Artur

Gdzie są te wszystkie modele?

Lipiec 1 2010   Zostaw Komentarz   

NLP to modelowanie. Programowanie Neurolingwistyczne opiera się o tworzenie modeli skutecznego działania, modeli ekspertów w swoich dziedzinach.

No więc pytam, tak czysto praktycznie… Gdzie są te wszystkie modele?

Gdzie modele, pozwalające na skuteczne opanowanie fizyki, chemii czy np. gotowania?

W praktyce, z tego co udało mi się znaleźć, jest nieco modeli okołoterapeutycznych, nieco modeli okołosprzedażowych, Charles Faulkner podobno stworzył modele n.t. gry na giełdzie a Ron i Eddie Perry model pracy fizjoterapeutycznej i…

Koniec. Zero. Nic więcej.

Przy tak wielu obszarach życia, można by oczekiwać, że modeli będzie jednak nieco więcej, zwłaszcza, że badania psychologiczne zdają się potwierdzać ideę tworzenia modeli. Ericsson stwierdził,że eksperci w różnych dziedzinach faktycznie mają swój własny sposób kodowania i przetwarzania informacji, który daje im zdecydowaną przewagę nad laikami.

Więc co tu jeszcze robią ci wszyscy NLPowcy, zamiast brać się za tworzenie modeli?

O nauce i metodzie naukowej

Czerwiec 19 2010   1 Komentarz   Tagi: , ,

Często z przerażeniem patrzę na NLPowców i rozwojowców prezentujących podejście – “jak ja w to wierze, to żadne dowody mnie nie przekonają” albo “i tak wszystko jest względne i wszystko jest opinią”. No cóż, nie wszystko jest opinią, a jak świetnie ujmuje mówca z tej prezentacji TED “Masz pełne prawo do własnej opinii. Ale nie masz prawa do własnych FAKTÓW.”

Miłego oglądania :) Podziel się wrażeniami

Rozwój przez gry planszowe

Czerwiec 17 2010   3 Komentarzy   Tagi: , , , ,

Czas czytania: ok 8 min.

Przyznaję, jestem niepoprawnym “nerdem” – lubię fantastykę, gry planszowe i komputerowe, a jednym z moich marzeń jest sfinansować kiedyś w pełni serial Jossa Whedona (”Dollhouse”, “Angel”, Firefly”, “Buffy”), tak, żeby mógł zaszaleć i zrobić coś od początku do końca po swojemu.

Ponieważ jestem nerdem – daje mi to okazję spojrzeć na niektóre rzeczy z nieco szerszych perspektyw niż czysto rozwojowa.  Tak też chciałem zrobić w tym wpisie, pisząc nieco o różnych planszówkach, w tym o rozwojowym hicie czyli Cashflow.

Cashflow

W Cashflow gracze wcielają się w typowych ludzi – lekarzy, sekretarki, nauczycieli, itp. których zadaniem jest wyrwanie się z tzw. wyścigu szczurów (nieustannego zarabiania na siebie) poprzez stworzenie tzw. przychodu pasywnego – inwestycji, które zarabiają na siebie bez potrzeby doglądania ich. Gracze robią to inwestując w  firmy, nieruchomości i akcje.

Gra ta, stanowiąca sztandarowy produkt Roberta Kyosakiego, ma za zadanie zwiększyć inteligencje finansową grających. Jak sprawdza się w praktyce?

Na początek duża zaleta gry – na pudełku wyraźnie pisze, żeby nie traktować nauk z niej wziętych jako absolutne i przed wprowadzeniem ich w życie zasięgnąć dalszej edukacji. Nawet jeśli jest to, w sumie, reklama dalszych szkoleń i produktów, uważam tą przestrogę za bardzo trafną.

No dobrze, a co z samą grą? Testowałem ją w dwóch opcjach – 2-osobowej (kilkukrotnie) i 4-osobowej (raz). Wnioski:

- ogromna losowość. W praktyce cała gra opiera się na losowości, a nawet najbardziej trafne decyzje mogą nic nie dać długoterminowo. Jak dla mnie spory minus, jak na grę, która ma uczyć inteligencji finansowej – chyba, że głównym przekazem ma być “nic od Ciebie nie zależy”.

- absolutnie spaprany endgame (czyli, dla nie nerdów, końcowa, zaawansowana faza gry). W momencie gdy wyjdziesz z wyścigu szczurów, jakiekolwiek ślady planowania idą do piachu i wszystko sprowadza się  do losowości i szczęścia w rzucaniu kostką. O ile wcześniej tury innych graczy miały jeszcze jakieś znaczenie, bo można było np. liczyć na sprzedanie wtedy posiadanych akcji, o tyle teraz cała gra sprowadza się do bezmyślnego rzucania kostką.

- interakcja między graczami jest minimalna – w zasadzie jedyne co można robić w tym obszarze, to sprzedawać konkurentom okazje, z których sami nie możemy skorzystać.

- wbrew pozorom, gra uczy graczy raczej wydawania pieniędzy niż ich oszczędzania. Np. niemożliwe jest ograniczenie wydatków własnych, zwrot kredytów z którymi się startuje jest mocno nieopłacalny, wszelkie inwestycje długoterminowe (akcje z dywidendami) mają wręcz żałosną stopę zwrotu, do wyboru jest niemal absolutnie bezpieczne inwestowanie w nieruchomości (mniej niż 1% szans na grę, że się na tym straci) albo próby spekulacji na giełdzie czy złocie.

- to powiedziawszy, gra potrafi być przyjemna, zwłaszcza w grze na cztery osoby. Natomiast jeśli chodzi o wartości edukacyjne, to w sumie nie różni się ona zbytnio od Monopolu pod tym względem, co najwyżej oprawą. Natomiast ani sama gra, ani zawartość pudełka nie uzasadniają obscenicznej więc (w porównaniu z innymi tytułami dostępnymi na rynku) ceny gry.  Przy średniej cenie 360 zł, przebija nawet takie cegły jak Twilight Emperium, World of Warcraft, Starcraft: The Board Game czy Horus Heresy, których pudła zawierają dosłownie kilogramy figurek, plansz i żetonów.  Nie wspominając już o klasycznym monopolu, który można spokojnie kupić za dwie dychy (czyli 1500% mniej!) w większości sklepów z zabawkami. Wychodzi więc na to, że zakup gry o inteligencji finansowej sam z siebie jest sprzeczny z tą inteligencją finansową.

Ale co tam, pograć można.

Co ważne, powyższa recenzja dotyczy głównie Cashflow 101, nie wiem jak sprawdza się w wersji 202 z dodatkiem bardziej zaawansowanej gry na giełdzie. Być może w takiej wersji rozwiązanych jest choć część problemów z wersji podstawowej.

Dla odmiany sięgnijmy więc po inny tytuł ekonomiczny który miałem okazję testować, Agricola.

Agricola

“Agricola” czyli rolnik i tym właśnie staje gracz. Startując od dwuizbowej, drewnianej chaty i młodego rolniczego małżeństwa, celem graczy jest jak najskuteczniej zaadoptować posiadaną ziemię. Ma na to czternaście tur, przy czym w każdej turze ilość dostępnych dla graczy akcji wzrasta. Jednocześnie pojawia się dodatkowy problem, bo każdą z dostępnych akcji może wykonać tylko jeden rolnik spośród wszystkich będących w grze. Co pewien czas pojawiają się także żniwa, kiedy niezbędnym jest posiadanie odpowiednich zasobów do wykarmienia rodziny – inaczej muszą oni iść na żebry, co boleśnie odbija się na końcowej punktacji.

Jakie wrażenia z gry?

- Ogromna zaleta, w porównaniu z porównywanym Cashflow – ZAWSZE jest co robić. Nie zawsze można zrobić to, co zamierzałeś – inny gracz mógł Cię uprzedzić – ale zawsze masz coś do zrobienia. Jeśli nie wyszła Ci akcja, którą akurat zaplanowałeś, musisz po prostu bardziej pomyśleć i dostosować się do nowych warunków, zobaczyć jak najlepiej możesz z nich skorzystać. Dla mnie – perełka, ucząca ogromnej elastyczności i kreatywnego wykorzystania zasobów.

- Ograniczona ilość ruchów, konieczność wyprzedzenia konkurencji, a jednocześnie inne czynniki (”jak zaczekam jedną turę, to zbiorę z tego lasu 6 drewien zamiast 3… chyba, że ktoś mnie wyprzedzi, może więc lepiej zebrać teraz”) uczą gospodarowania swoimi zasobami i czasem w dynamicznym środowisku i wyważenia między korzystaniem z okazji na szybko oraz czekaniem na potencjalnie większy zwrot z inwestycji,  za większa cenę.

- Interakcja między graczami nie  zbyt duża, choć możliwość “blokowania” zagrań innych graczy może być bardzo potężnym narzędziem i zdecydowanie wpływa na korzyści z rozgrywki. Jednocześnie rzadko kiedy patrzy się na zaszkodzenie innym graczom – jest się zbyt zajętym realizacją własnych planów.

- Gra nagradza dywersyfikację i maksymalne wykorzystanie posiadanych zasobów. Im bardziej różnorodne uprawy i hodowle będziemy mieli, tym lepiej dla nas w końcowej rozgrywce.

- Bardzo podkreślana jest kwestia odpowiednich rąk do pracy – posiadanie dwóch dodatkowych członków rodziny naprawdę czyni  w grze ogromną różnicę. Ale nawet w tej sytuacji można stracić okazję, na którą się polowało.

- W grze pojawia się losowość, zwłaszcza w kwestii doboru kart “Pomocników” i “Małych usprawnień”, ale nie jest to losowość zbyt wkurzająca, ponieważ niezależnie od niej zawsze jest co robić i zawsze można pewne rzeczy zaplanować. Dodatkowo, “rodzinna” wersja gry pozwala uniknąć tej losowości, nie wykorzystując zupełnie pomocników ani małych usprawnień.

Podsumowując – świetna gra (która wygrała zresztą sporo plebiscytów na najlepszą grę wszechczasów), ucząca sporo praktycznego, biznesowego myślenia w łatwy do przyswojenia sposób. A przy tym cena o dobre 200 zł niższa od Cashflow, przy nieporównywalnie lepszej jakości elementów.

Oczywiście, powyższe recenzje są mocno stronnicze i subiektywne. Jestem pewien, że znajdzie się sporo osób, dla których Cashflow jest super grą. Dla mnie jest po prostu ok, natomiast jako narzędzie edukacyjne nie przebija raczej Monopolu – natomiast stanowi świetną demonstrację tego, co może zdziałać dobry marketing…

Tyle ode mnie. Baw się i rozwijaj z pasją!

-Artur

Los guru…

Maj 22 2010   Zostaw Komentarz   

Witaj,

Czas czytania: ok. 2 minuty

Trafiłem ostatnio na bardzo ciekawą listę: http://www.johntreed.com/bestseller.html

Autor wymienia na niej 15 guru finansowych, autorów bestsellerów n.t. zarabiania pieniędzy…. Oraz co się z nimi stało później, po wydaniu tych bestsellerów.

Co ciekawe, tylko DWIE OSOBY z tej listy nie trafiły do więzienia i/lub nie zostały bankrutami.

Dlaczego?

Bo najprostszą drogą do osiągnięcia statusu guru i autora bestsellerów jest, niestety, skuteczne kłamanie jak największej ilości ludzi, granie na ich nadziejach i marzeniach. Jest tak zarówno w świecie finansów, jak i w świecie rozwoju osobistego czy duchowości.

Czy to znaczy, że nie ma żadnych prawdomównych guru rozwoju?

Sądzę, że są, podejrzewam nawet, że spora część z powyższych szczerze wierzyła w to co sprzedawała.

No dobra, zapytam inaczej – czy to znaczy, że nie ma żadnych skutecznych guru, dających prawdziwe sugestie?

Ponownie, sądzę, że są. Ale rozpoznamy ich raczej po tym czego NIE oferują – łatwych dróg wyjścia, błyskawicznych rozwiązań dla leniwych, itp – niż po czymkolwiek innym.

To nie znaczy, że życie, sukces czy rozwój muszą być trudne. Po prostu nie będą tak łatwe, jak byśmy tego czasem chcieli.

Baw się i rozwijaj z pasją,

Artur

Czynnik “Hell-yeah!”

Maj 20 2010   Zostaw Komentarz   

Witaj,

Czas czytania: ok.  3 minuty

Czynnik “Hell-yeah” jest terminem, który został po raz pierwszy użyty odnośnie komiksów i ich bohaterów, jako jeden z wyróżników tego, których bohaterów lubimy, a których nie. W uproszczeniu odnosi się on do sytuacji, gdy obserwujemy jakąś postać w działaniu i myślimy sobie “Zajebiście! Właśnie tak!” – o tą nutkę podziwu, gdy bohater (lub łotr) robi coś wyjątkowego i niezwykłego. To te elementy filmów, książek, gier czy komiksów, do których wracamy wielokrotnie. To Gandalf z Władcy Pierścieni stojący na moście w Morii na przeciw zbliżającego się demona i wołający “Nie przejdziesz!”. To Luke Skywalker wyłączający celownik i posyłający torpedy prosto w serce Gwiazdy Śmierci. To V z V jak Vendetta mówiący o tym, że idee są nieśmiertelne.

Efekt “Hell-yeah” ma na nas spory wpływ i zdecydowanie wpływa na to, czy wrócimy do danej książki, choćby na chwilę. Oczywiście, to co sprawia, że mówimy sobie “Zajebiste!” zmienia się z wiekiem i doświadczeniem – to, co kiedyś czytaliśmy z wypiekami na twarzy dziś wydaje się nam dużo bardziej normalne i naturalne. Tym niemniej, mam wrażenie że ten efekt pojawia się nie tylko w literaturze. Że również w kontekście choćby zmiany osobistej ten efekt “Hell-yeah” decyduje o tym, na kogo zwrócimy uwagę.

Czy Bandler i NLP zdobyliby taką popularność, gdyby nie opowieść o próbie ukrzyżowania schizofrenika?

Czy Farrelly i Terapia Prowokatywna byłyby tak popularne, gdyby nie opowieść o wytarciu sobie butów o kobietę, która ciągle narzekała?

A Erickson i jego niektóre historyjki?

Sądzę, że by nie były, nie byłyby nawet w ułamku tak popularne. I sądzę też, że z powodu braku takich efektów “Hell-yeah” wiele innych osób, nawet bardzo aktywnych i obecnie bardziej kreatywnych niż Bandler (np. Steve Andreas) nie są zbyt popularne w światku NLP czy rozwoju osobistego.

Bo ludzie szukają tego “Hell-yeah”, a razem z tym – nadziei, że sami kiedyś coś takiego będą w stanie zrobić.

Pytanie brzmi – jak Ty mógłbyś z tego skorzystać?

“Hell-yeah” ;)

Baw się i rozwijaj z pasją!

-Artur

The Brain Book

Maj 1 2010   Zostaw Komentarz   

Witaj,

Dziś krótki wpis, z ogromnym poleceniem. Niedawno przeżyłem bardzo przyjemne zaskoczenie odbierając “The Brain Book” Rity Carter z Amazon’a.  Oczekiwałem dużo, po świetnej “Wieloosobowości” tej samej autorki, ale to co dostałem przeszło moje oczekiwania. Mówiąc krótko – jeśli interesuje Cię w jakikolwiek aspekt tego, jak funkcjonuje Twój mózg – czy to w kontekście czysto biologicznym, czy też np. jak działają Twoje emocje albo jak się poruszasz – ta książka powinna być Twoim pierwszym przystankiem. Szczegółowa, konkretna, a jednocześnie lekka i łatwa do przyjęcia, z bardzo bogatą oprawą graficzną i rozpisaniem procesów na najprostsze składowe – The Brain Book jest po prostu wybitna. Bardzo, bardzo, bardzo polecam.

Baw się i rozwijaj z pasją!

Artur

 
     
Copyright © 2009 Wszystkie Prawa Zarezerwowane. Stosuje WordPress 2.7 Zaprenumeruj RSS