Jest jedno hasło, które – jeśli tylko usłyszę je o jakiejś książce, szkoleniu czy nagraniu „rozwojowemu” – niemal zawsze znaczy „nic mi nie dało”.
Tym hasłem – jak zapewne się domyśliłeś po tytule tego artykułu – jest „było bardzo inspirujące”. Oznacza to w praktyce „nic nie zmieniło w moim życiu, nic realnego mi nie dało, ale poczułem się przez chwilę fajnie”.
Bo co to w praktyce znaczy, że coś było inspirujące?
Inspirujące, czyli:
1)Pozwoliłonachwilęspojrzećnajakiśtematzinnejperspektywy?Super, tylko co z tego? Czy podjąłeś jakieś dalsze kroki w związku z tym? Takie spojrzenie z innej perspektywy jest zwykle przyjemne, bo wiąże się ze skokiem dopaminy, która – pośród innych jej ról – jest jednym z hormonów szczęścia. Tylko jeśli skok ten nie jest powiązany z realnym i wdrożonym w życie programem działania, to nie będzie się różnił niczym od skoku jaki daje działka kokainy czy innej używki wpływającej na gospodarkę hormonalną w zakresie dopaminy. Jasne, przyjemne – tylko niekoniecznie zdrowe czy produktywne.
2)Motywującedodziałania?Pisałem już przy różnych okazjach, że motywacja na zasadzie inspiracji – na zasadzie krótkich, intensywnych przebłysków chęci do pracy – jest jedną z najgorszych rzeczy, jakie mogą się człowiekowi przytrafić. Z tego względu, że po kilku godzinach czy dniach przebłysk mija i wtedy co? Kolejny kurs czy książka? To kosztuje czas i pieniądze… A dodatkowo prawdopodobnie zacząłeś już jakieś działania. Zadeklarowałeś się przed innymi ludźmi. Może coś zarezerwowałeś. To kosztuje. Kosztuje pieniądze i czas, ale co ważniejsze, kosztuje Twoją wiarygodność, a to rzecz, która raz poświęcona jest dużo trudniejsza do odzyskania.
Jasne, ludzie wybaczą Ci jeśli raz czy dwa coś zawalisz. Jeśli zapowiesz coś i tego nie zrealizujesz. Wszyscy są ludźmi i każdy potrafi coś takiego zrozumieć. Jeśli jednak przesadzisz – a znam niestety wiele osób w środowisku rozwojowym, które funkcjonują w oparciu o taki „inspirowany” styl działania – to z czasem Twoje nazwisko stanie się synonimem słomianego zapału i nikt nie będzie traktował Twoich projektów na poważnie. Po co zapisywać się na szkolenie, o którym wiadomo, że zostanie odwołane? Po co nakręcać się na książkę, która nigdy nie powstanie? Po co angażować się w projekt, którego autor zaraz pogoni za nową zabawką, za nową inspiracją?
3)Motywującedopodjęciaryzyka?Czasem podejmowanie ryzyka jest dobre i oczywiście bez podejmowania jakiegokolwiek ryzyka trudno liczyć na sukces… Historie (inspirujące, a jakże!) ludzi sukcesu pełne są osób, które decydowały się na ryzyko, stawiały wszystko na jedną kartę i odnosiły ogromny sukces. To musi się sprawdzić, prawda? W końcu nie słychać historii o ludziach, którzy decydowali się na ryzyko, stawiali wszystko na jedną kartę i zaliczały porażkę z której już nigdy nie zdołały się podnieść?
Tylko, no właśnie – kupiłbyś taką książkę? Poszedłbyś na szkolenie o ludziach, którzy ponieśli porażkę?*
To nie byłoby zbyt inspirujące, prawda? Zwłaszcza, gdyby na tym szkoleniu okazało się, że te same strategie, które zwykle przypisuje się ludziom sukcesu, były stosowane również przez tych, którzy odnieśli porażkę – ba, że odnieśli oni porażkę właśnie w wyniku tych strategii!
Jeśli podrzucisz monetę wystarczająco dużo razy, w końcu wypadnie 10 orłów czy reszek pod rząd. To czysta statystyka. Raz na kilka lat zdarza się osoba, która trafia szóstkę w lotka więcej niż raz, przez czysty przypadek. Jeśli grających jest dostatecznie dużo, albo jeśli próbują dostatecznie dużo, jest niemal pewne, że takie sytuacje będą się zdarzały (podobnie, oczywiście, jak sytuacje odwrotne, ludzie którzy przez czyste prawdopodobieństwo zaliczają negatywne zdarzenie za negatywnym zdarzeniem). Popularną (i inspirującą!) propagandą rozwojową jest to, że nie ma szczęścia i pecha, ale to tylko myślenie życzeniowe. Owszem, szczęściu można pomóc, można wpłynąć na swoje szanse, ale nigdy nie zadecydujemy o nich w stu procentach. Czy to się komuś podoba, czy nie, podlegamy prawdopodobieństwu. Inspirujące hasełka sprawiają jednak czasem, że ludzie o tym zapominają i podejmują ryzyko, które jest po prostu nieprzemyślane i zbędne.
Nie chodzi o to, żeby nie sięgać po swoje marzenia. Po prostu sięgaj po nie po dobrym przygotowaniu, inaczej masz ogromne szanse na odkrycie, że marzenia stały się koszmarem. Nie wierzysz mi? Polecam (mało inspirujący) show Gordona Ramseya „Kitchen Nightmares” (u nas, w gorszej moim zdaniem wersji, „Kuchenne Rewolucje” z Magdą Gessler też nieco tego pokazują). Wiele z tytułowych koszmarów jest efektem tego, że ludzie marzyli o posiadaniu własnej restauracji i otwierali ją nie mając na ten temat najmniejszego pojęcia, pod wpływem inspiracji. Co szybko i bardzo boleśnie się na nich mściło.
4)Dającepomysłnadziełosztuki,publikację,wynalazek?Towzasadziejedynyobszar,gdzieinspiracjamożemiećjakąśwartość. Sęk w tym, że tutaj aby inspiracja dała jakikolwiek efekt najpierw trzeba mieć za sobą ogromne przygotowanie – nie oparte na inspiracji. Doświadczeni pisarze funkcjonują zwykle niezależnie od inspiracji, pisząc regularnie, dzień po dniu. Większość z tych najlepszych zdobywała swoje szlify na zawodowym pisaniu, np. scenariuszy do seriali, seryjnych opowiadań, itp. Na regularnej, ciężkiej pracy. Podobnie z innymi artystami, naukowcami, itp. Wtedy, kiedy jest zbudowana ta podstawa, inspiracja ma jakąś wartość. Problem w tym, że ludzie szukają NAJPIERW inspiracji, a potem może ewentualnie chcą się wziąć za te inne, dodatkowe rzeczy. Nie ta kolejność
Żadne rozwiązania, które wymagają regularnego przywoływania, nie będą dobrymi rozwiązaniami. Pewność siebie, którą trzeba regularnie nakręcać by poczuć „jaki to jestem pewny siebie” to nie pewność, tylko kpina. Motywacja, którą trzeba ładować regularnymi filmikami, szkoleniami, nakręcaniem się, itp. to nie motywacja, tylko marny narkotyk – realna motywacja polega nie na tym, że zawsze Ci się chce, ale na tym, że nawet jak serdecznie czegoś masz dość, to i tak robisz i pracujesz. Tak samo inspiracja – jeśli potrzebujesz regularnych dawek inspiracji, żeby działać, to rzecz, którą robisz raczej nie jest warta jej robienia.
Czy jednak pewnym jest, że to akurat ta książka była tego przyczyną? Czy może raczej przyczyn było więcej, a książka była akurat tym, co ktoś przeczytał w danym momencie i czemu przypisał tak ogromną moc sprawczą?
Może jestem tu zbyt sceptyczny, ale głęboko wątpię w moc jednej inspirującej książki do realnej zmiany czyjegoś życia. Wierzę, że książka zawierająca dokładny, konkretny program działania może coś takiego wywołać – jeśli program jest faktycznie dobry i jeśli czytelnik go zrealizuje. Ale książka inspirująca? Cóż, mam tu nieco inną tezę, a brzmi ona tak: wspomniany kuzyn Zegrzysław (czy ktokolwiek o kim mówimy w tym kontekście) był w sytuacji życiowej, która go naprawdę męczyła na jakimś poziomie. I na tym etapie nie miało większego znaczenia co go „zainspiruje” – bo inspiracja była tylko wymówką, racjonalizacją dla zmiany układu, który już zbyt doskwierał. Równie dobrze taką wymówką mógł być krowi placek na łące – nagle spacerując Zegrzysław złapałby się za głowę i wykrzyknął „moje życie jest jak to krowie łajno!” i pobiegł zmieniać siebie. Czy mówilibyśmy wtedy, że zainspirował go krowi placek? Nie, zapewne szukalibyśmy jakichś innych wyjaśnień, ze wszystkimi tego konsekwencjami.
„OjArtur,aczytynigdyniebyłeśczymśzainspirowany?” Oczywiście, że byłem. Pomijając inspiracje do pisania artykułów (które i tak bym napisał, po prostu na inny temat), jest wiele rzeczy, które mnie inspiruje. Jak słyszę „Wander, my friends” z soundtracku Battlestar Galactica, mam ochotę stanąć na baczność. Zaliczyłem niejedną książkę czy film, po których czułem ogromną inspirację. Tylko… Tylko potem był kolejny dzień i kolejne rzeczy do zrobienia I jak to bywa z inspiracją – gdzieś się rozmyła.
Dlategowolęjednakperspirację,czylipoprostuciężkąpracę. Nie jest tak emocjonalnie przyjemna i nakręcająca – ale daje zdecydowanie lepsze i trwalsze rozwiązania. Inspiracja zaspokaja głównie głód emocjonalny, chęć poczucia pewnych emocji, nie daje jednak praktycznych rozwiązań. To mało inspirujące – przeczytanie tego nie poprawi Ci zapewne humoru – ale być może po przeczytaniu tego przynajmniej niektóre osoby uzależnione od polowania na inspiracje stwierdzą, że potrzeby emocjonalne można zaspakajać inaczej i łatwiej. A do rozwiązywania konkretych sytuacji, sięgną po prostu po konkretną pracę i wysiłek, bez potrzeby inspiracji.
*Ja bym poszedł, a dość nieliczne książki dostępne na rynku z tego zakresu cenię zwykle nawet bardziej, niż książki o sukcesie, ponieważ dopiero dzięki nim możliwe jest uzyskanie pełnego obrazu sytuacji. Jednocześnie jestem też tym gościem, który zwykle dostaje po głowie za nadmierne krytykowanie, więc wiesz, mam spaczone gusta
Stali czytelnicy bloga mogą pamiętać, że okazyjnie czytam „Uważam Rze”, w ramach konfrontacji z poglądami niezgodnymi z własnymi i wzbogacania swojego spojrzenia na świat. W piśmie tym regularnie publikuje właśnie Mistewicz, który propaguje tam swoją ideę marketingu narracyjnego i narracji jako istoty wszystiego. Przyznam, że już tamte opisy nieco mnie zrażały, miałem wrażenie, że wszystko sprowadza on do tej narracji z wyłączeniem innych czynników.
Kilka tygodni temu miałem okazję przygotować wideorecenzję książki Mistewicza na Śląski Wieczór z Marketingiem, dziś przyszedł czas na pisemną recenzję tego tomiku.
Na początek, czym jest marketing narracyjny? Przyznam, że po lekturze książki, wciąż chyba do końca nie wiem. Ogólnie jest to opowiadanie odbiorcy historii, ale jeśli chodzi o praktyczne zastosowania, to nie znalazłem w książce wiele ponad marketingowe truizmy w rodzaju sprzedawaj korzyści, a nie cechy towaru. Zabrakło konkretnego rozpisania o co w praktyce chodzi (chyba, że nie chodzi tak naprawdę o nic – o czym za chwilę).
Liczyłem więc, że przynajmniej przykłady podane w książce rozwieją moje wątpliwości. Niestety, Mistewicz podaje generalnie trzy rodzaje przykładów:
a) Firma X używa marketingu narracyjnego. Kropka. Bez żadnego rozwinięcia, wykazania jak to robi, wykazania, że w ogóle to robi.
b) Firma Y używa marketingu narracyjnego, po czym przykład, który można wyjaśnić na tysiąc innych sposobów, bez odnoszenia się do narracji. Np. ITI z tablicą świętującą sukcesy firmy w hallu – tu wystarczy zejść do podstawowych wyjaśnień jak warunkowanie czy dowód społeczny, nie trzeba się bawić w narracje.
c) Firma Z używa marketingu narracyjnego, dzięki temu osiągnęła wielki sukces, po czym przykład, który jest skrajnie oderwany od rzeczywistości i który bynajmniej nie wyjaśnia sukcesu firmy. Np. Wedel i ptasie mleczko(TM ), którego sukces Mistewicz przypisuje narracji, jaką Wedel o nim tworzy, jego historii, o tym jak powstała receptura 150 lat temu, itp. Proponuje wykonać mały test – ilu spośród Twoich znajomych zna narrację o powstaniu ptasiego mleczka? A ilu czasem je ptasie mleczko?
No właśnie, u mnie podobnie – nikt nie zna, wszyscy jedzą. Teza o narracji jako motorze sprzedaży ptasiego mleczka jest naciągana jak nie wiem co.
Czym więc jest marketing narracyjny? Cóż, mam na ten temat własną teorię i jeśli jest ona poprawna, to Mistewicz jest jednocześnie błyskotliwy… i potwornie cyniczny.
Książka zaczyna się od wstępu, w którym pisze m.in. że w dzisiejszych czasach liczą się na arenie politycznej nie państwa silne militarnie czy ekonomicznie, ale państwa o silnych narracjach, opowieściach i tradycjach. Delikatnie mówiąc – fikcja. Grecja ma narracje dużo potężniejszą od Niemiec, ale nie ma większego znaczenia na arenie politycznej. A co dopiero państwa Afryki? Ile tam jest narracji, opowieści i tradycji… Ale ich wpływ na arenie politycznej nie jest zbyt duży…
Ale… Jest w Polsce pewne środowisko polityczne, dla którego taka idea – idea Polski silnej przez swoją tradycję i historię, Polski, w której nasza mizerna siła wojska i ekonomii nie ma większego znaczenia, ważna jest TRADYCJA. Środowisko polityczne, na którego guru marketingu politycznego, zupełnym przypadkiem, pozycjonuje się Mistewicz.
Moja teza jest następująca – cały „Marketing narracyjny” to… produkt. Produkt idealnie dopasowany do oczekiwań i fantazji klienta, jakim jest prawa strona sceny politycznej. Produkt, który zawiera w sobie dość użytecznych truizmów, by jego zastosowanie jakoś pomogło kupującym – nie idealnie, ale wystarczająco by poczuli różnicę i przekonali siebie samych, że kupili coś wartościowego. Produkt, który miał na celu – i osiagnął to – uczynienie z Mistewicza prawicowego odpowiednika Tymochowicza. Cyniczne, ale błyskotliwe.
Oczywiście, to moja teza, nie mam na nią argumentów poza jednym – alternatywą jest uznać, że Mistewicz celowo promuje coś praktycznie bezwartościowego i pozbawionego treści. Daje mu tu kredyt zaufania i zakładam, że jest inaczej. Dlatego książka ta dostanie odemnie dwie oceny.
Jako książka o marketingu:
Poziom: S1 – skrajne postawy i truizmy marketingowe
Ocena: 1/5 – bezwartościwa, nie ma co marnować na nią czasu i pieniędzy
Jako case study produktu marketingowego dopasowanego do odbiorcy:
Poziom: S3 – wykorzystanie już nieco bardziej zaawansowanych technik by dopasować się do odbiorcy
Ocena: 4/5 – byłoby lepiej, gdyby produkt ten był sam w sobie bardziej wartościowy, ale jako studium przypadku daje radę.
Po ostatnich dwóch kiepskich książkach marketingowych z OnePressu („Grywalizacja” i „Marketing narracyjny”), miałem niskie oczekiwania co do tej książki i… bardzo, bardzo przyjemnie się rozczarowałem.
Bezmarketing to naprawdę solidny, przystępny i wartościowy tomik n.t. „unmarketingu”, podejścia w którym rozmawiasz z klientami i tworzysz przestrzeń dla sprzedaży, zamiast wprost im coś sprzedawać i narzucać. To podejście dostosowane do Web 2.0 i aktywnej wymiany z odbiorcami i potencjalnymi odbiorcami.
Książka jest miejscami nieco amerykocentryczna – np. dużo jest w niej o Twitterze, który niespecjalnie się u nas przyjął z tego co wiem – ale i tak jest tam DUŻO cennych narzędzi i rozwiązań, sporo studiów przypadku i co najlepsze – konkrety. Bardzo, bardzo przyjemne rozczarowanie, podoba mi się też duża dawka autoironii np. w postaci „promocyjnych opinii” na tylnej okładce. (Np. „[Wstaw imię] napisał przełomowe dzieło dla [wstaw nazwę branży]. Rzuć wszystko i przeczytaj tę ksiażkę!” – Słynny autor, który nie przeczytał tej książki Przypomina mi to testymoniale od guru w niektorych szkołach NLP).
Książka napisana jest w stylu który sam bardzo lubię – choć który niektórych może wkurzać – czyli licznych, krótkich rozdziałów, podobnych do wpisów na blogu (inne książki w tym stylu to np. „Teraz małe jest wielkie” Setha Godina”). To wygodne, bo można np. przeczytać rozdział gdy mamy akurat 3 minuty wolnego między spotkaniami czy czekając na autobus.
Ogólnie – bardzo polecam
Poziom:S3 – znajdziesz tu nieco rozwiązań dla laików i nieco dla ekspertów.
Ocena: 4.75/5 – jest minus 0,25 za USA-centryzm, ale jeśli planujesz prowadzić interesy międzynarodowo, spokojnie dopisz te brakujące 0,25
Film „Avengers” przebił właśnie rekord kasowy, zarabiając ponad 200 milionów dolarów w pierwszy weekend i ponad 640 milionów dolarów w ciągu pierwszych 12 dni (u nas premiera dopiero w piątek). Jest całkiem prawdopodobne, że w końcowym rozliczeniu okaże się najbardziej dochodowym filmem w historii.
Niesamowicie mnie to cieszy, ponieważ reżyserem tego filmu jest człowiek, który od paru lat był moim wielkim idolem – Joss Whedon. Facet, który potrafił tworzyć fantastyczne seriale, pisać świetne dialogi i generować cudowna dynamikę między swoimi aktorami (te dwie ostatnie umiejętności wykorzystał zresztą doskonale w „Avengers”). Facet, którego wiecznym problemem było to, że sieci telewizyjne dla których robił seriale próbowały grzebać w jego dziełach i przerabiać je na popularną modłę. Facet, który mimo tego był w stanie postawić się studiom, a jednocześnie tworzyć raz za razem dzieła absolutnie kultowe. Buffy, Firefly, Dollhouse, Dr. Horrible – wszystko to trafiało do serc fanów. Zdarzały mu się też pewne wpadki (Aliens:Ressurection) trudno jednak ocenić na ile odpowiadał za nie on, a na ile interwencje studia w jego materiał.
Ludzie, którzy znają mnie osobiście, wiedzą jak uwielbiam dzieła Whedona – choćby dlatego, że każdego namawiałem do obejrzenia przynajmniej niektórych z nich. Nawet więcej – jednym z moich marzeń bardzo długoterminowych, przewidzianych na sytuację, w której zgromadziłbym naprawdę duży majątek, było posiadanie wystarczających środków, by sfinansować Whedonowi dowolną produkcję, jaką będzie chciał, bez jakiegokolwiek mieszania się w jej treść – tak by mógł w pełni zaprezentować swoje mistrzostwo.
I dlatego jestem tak podekscytowany „Avengersami”. Tutaj Whedon dostał już taką szansę (w pewnych granicach), przy tworzeniu tego filmu nikt mu nie mieszał… a rezultaty były takie, że od chwili obecnej, KAŻDY projekt jaki sobie zamarzy będzie jego, bez żadnego wtrącania się ze strony studia czy stacji telewizyjnej. Jeśli dodamy do tego całkiem niezłe wyniki wychodzącego równolegle „Domu w głębi lasu”, za którym również stoi Whedon i jeden z jego filmowych wychowanków – cóż, to naprawdę fajne uczucie wiedzieć, że ktoś, kogo absolutnie podziwiam jest w końcu w pozycji, w której może w pełni rozwinąć skrzydła i tworzyć jeszcze więcej, jeszcze lepszych rzeczy.
Dojście to tych wyników wymagało od Whedona kilku rzeczy. Po pierwsze – umiejętności. Jest niewątpliwie dobry w tym co robi, trenuje to od wielu lat i staje się lepszy z każdym nowym dziełem. Po drugie – wytrwałości – przez długi czas musiał być gotowy walczyć o swoje, walczył w zasadzie o każdy sezon każdego ze swoich seriali – popularnych wśród fanów, ale nie rozumianych przez studia, które je finansowały. Po trzecie – i to trzeba też podkreślić- wymagało łutu szczęścia. To, że Whedona wzięto do Avengersów było po części zasługą jego umiejętności, ale powiedzmy sobie szczerze – mogli wziąć wielu innych reżyserów. Whedon dostał okazję i potrafił ją wykorzystać. Jak to ujął Nassim Taleb -wytrwała praca doprowadzi Cię do profesury, na Nobla potrzebujesz też łutu szczęścia. Po czwarte, Whedon ma do siebie ogromny dystans, co pozwalało mu łatwo korygować swoje dzieła, utrzymywać dobry kontakt z fanami i po prostu dobrze funkcjonować z ludźmi – a to coś, czego nie można przecenić.
Jak wielki ma dystans do siebie? No cóż, to gość, który na jednym z konwentów, zdybany przez program internetowy, zaczął udawać fana, który przebiera się (cosplayuje) za Jossa Whedona i żartować sam z siebie. Trudno coś takiego przebić
Krótka informacja i zaproszenie. 7-8 lipca po raz kolejny przyjedzie do Polski Andrew Austin, by podzielić się swoją wiedzą i doświadczeniem w pracy z klientami terapeutycznymi i coachingowymi. Zgodnie z niepisaną zasadą szkoleń spod znaku ChangeMasters, bardzo unikamy powtarzania tematów szkoleń i dbamy o to, by każde było unikatowym doświadczeniem. Dlatego jest duża szansa, że to szkolenie nie będzie już w Polsce nigdy powtórzone., więc jeśli chcesz z niego skorzystać, warto to zrobić teraz
W pracy: radzenie sobie z nieustannie nieobecnym pracownikiem
Struktura roli osoby chorej i różnice międzykulturowe
„Gierki” osób uzależnionych od terapii
Wzorce Syndromu Munchausena i Urojonych Zaburzeń
Radzenie sobie z narzekającymi i agresywnymi klientami
Niezależnie od tego, czy jesteś kimś, kto od dłuższego czasu zmaga się z jakimś problemem, coachem lub terapeutą poszukującym możliwości rozwoju swoich kompetencji, czy może szefem lub krewnym kogoś, kto walczy z przewlekłymi trudnościami, na tym szkoleniu znajdziesz coś dla siebie.
Andrew Austin to specjalista, którego mogę z całego serca polecić. Jego „The Rainbow Machine” („Maszyna Tęcz”) była inspiracją do mojej pierwszej książki „Opowieści zmieniacza”. Jego styl pracy z ludźmi, styl prowadzenia szkoleń – to wszystko miało na mnie duży i bardzo pozytywny wpływ. Dlatego gorąco zapraszam do udziału w jego szkoleniu i jestem naprawdę wdzieczny za to, że po raz kolejny mam możliwość organizowania mu szkolenia w naszym kraju.
Świat rozwoju jednocześnie uwielbia i nienawidzi otrzymywanie informacji zwrotnej. Jeśli pójdziesz na dowolne szkolenie i poprosisz uczestników by podzielili się na dwie grupy, tych którzy przyjmują feedback bez oporu i tych, którzy potrafią strzelić focha na informacje zwrotne, oczywiście większość osób ustawi się w grupie p.t. „ja przyjmuję bez oporu”. Ale tak realistycznie – na ile jest to prawdą, a na ile pewnym środowiskowym konwenansem, grą p.t. „ja jestem taki rozwinięty, że spokojnie przyjmuje wszelkie informacje zwrotne”?
Co ważniejsze – jak wiele osób realnie przyjmuje takie informacje zwrotne, a ile racjonalizuje je i odrzuca?
Sam emocjonalnie nie przepadam za informacjami zwrotnym. Jak może potwierdzić moja partnerka, czasem strzelam focha Ale koniec końców biorę je do siebie i regularnie o nie proszę, ponieważ na szczęście negatywne emocje są u mnie równoważone i przeważane przez ciekawość i lekką obsesję odnośnie usprawniania tego co robię. Informacje zwrotne są bowiem kluczowe dla rozwoju. Jednym z najważniejszych elementów modelu eksperta i celowego ćwiczenia jest pozostawanie w nieustannej pętli informacji zwrotnej i czerpanie z niej. A negatywne emocje? Cóż, droga do mistrzostwa nie jest przyjemna i eksperci nie oczekują, by ich trening był przyjemny. Ma być po prostu skuteczny.
Ważne jest przy tym to, że eksperci biorą pełną odpowiedzialność za swoje wyniki i nie selekcjonują swoich informacji zwrotnych – po prostu na nie reagują. Tymczasem w pewnych środowiskach rozwojowych popularne stało się podejście p.t. „ja sobie zdecyduje, czy ty, dający mi informacje zwrotne, jesteś warty tego, żeby cię wysłuchać”. Oczywiście w ten sposób można bardzo łatwo odrzucić wszelki feedback, który nam się nie podoba, wystarczy po prostu odrzucić jego nadawcę i po sprawie.
W rzeczywistości ta reakcja jest po prostu pochodną statusowej natury informacji zwrotnej. Z definicji ktoś udzielający Ci informacji zwrotnych wchodzi w danym momencie na wyższy status – nawet jeśli mówi wyłącznie o swoich odczuciach i reakcjach. Jeśli zbyt usilnie trzymasz się swojej pozycji w hierarchii, zwłaszcza jeśli walczysz o wysoki status i jesteś do niego przyzwyczajony, feedback będzie wywoływał duży opór – ponieważ stanowi jednocześnie obniżenie twojego statusu. To zaś jest sytuacją, na którą większość osób reaguje dużym oporem, ze względu na naturę procesów statusowych.
Jeśli tych informacji udziela Ci ktoś, kto ma w Twoich oczach zdecydowanie wyższą pozycję od Ciebie, nie ma jeszcze problemu, tak naprawdę możesz poczuć się mile podłechtany jeśli zwróci Ci uwagę ktoś, kogo oceniasz bardzo wysoko – nawet odrobina uwagi od guru jest wyróżnieniem i podniesieniem statusu w stosunku do innych jego uczniów. A nawet jeśli jest po prostu nieco wyżej, to i tak takie informacje nie zaburzają hierarchii, którą masz zbudowaną w głowie.
Co innego, jeśli takie informacje podaje Ci ktoś, kogo postrzegasz na podobnym lub niższym poziomie hierarchii grupowej (niekoniecznie świadomie, ale pewna hierarchia zawsze zachodzi – to już kwestia naszych wrodzonych procesów statusowych). W takiej sytuacji pojawia się naturalny emocjonalny opór przed przyjęciem takich informacji i obniżeniem swojego statusu. (Opór tym mniejszy, im bardziej nauczysz się traktować status jako po prostu narzędzie, ale wciąż się w jakimś stopniu pojawiający.) Zamiast obniżyć swój status, większość osób reaguje instynktownie próbując obniżyć status osoby dostarczającej te informacje, dzięki temu mogąc je zracjonalizować i odrzucić.
Sęk w tym, że taka strategia jest absolutnie nieskuteczna pod względem rozwojowym – choć całkiem skuteczna pod względem emocjonalnym. Kwestia tego, co dla nas ważniejsze. Niestety coraz częściej spotykam się z głoszeniem ideologii p.t. „Należy sobie selekcjonować źródła feedbacku” i promocją tej nieskutecznej metody.
No dobrze, a co w zamian tego? Bo z drugiej strony trzeba też realistycznie przyznać, że to, kto daje informację zwrotną, wpływa na jej treść. Ludzie mają różne doświadczenia, wiedzę, filtry poznawcze. Jak więc skorzystać z tej informacji, skoro nie selekcjonujemy jej źródła?
Trzeba skorzystać z dwóch kwestii – zdrowego rozsądku i dystansu. Przyjmij informacje, ponieważ mówią Ci o REAKCJI drugiej osoby na ciebie i Twoje zachowanie. To jest sedno informacji, jakie otrzymujesz. Możesz do pewnego stopnia próbować interpretować te reakcje, próbować dotrzeć do ich źródła i eksperymentować na przyszłość by ich uniknąć, natomiast kluczową informacją, informacją której odrzucenie byłoby po prostu bezsensem, jest informacja o reakcji jaką wywołujesz. Nie rozmywaj jej. Nie racjonalizuj. Nie tłumacz sobie. Przyjmij ją, zastanów się, czy jest to ta reakcja i ten efekt, jaki chcesz wywoływać, a jeśli nie – zmień to co robisz. Jeśli chcesz być lepszy, jeśli chcesz skuteczniej realizować swoje cele, odstaw status i dumę na bok i reaguj na to, co dzieje się w świecie.
Dla przykładu, coś o czym już kiedyś pisałem na blogu – przez długi czas miałem tendencję do prowokowania osób wkręconych w McDuchowość, licząc, że może uda się ich „wybić” z takiego podejścia. Raz za razem okazywało się to jednak mało skuteczną strategią – działało na niektóre osoby, ale na większość już nie. Dlatego zmieniłem podejście i gdy widzę kogoś takiego, zamiast tego daję tej osobie link do którejś z organizacji dobroczynnych, które wspieram i proponuję, by je wsparła. W toku takiego realnego wsparcia jest pewna też szansa, że ta osoba skupi się bardziej na rzeczywistości niż na McDuchowości, a nawet jeśli nie, to przynajmniej wesprze taką organizację i zrobi coś realnie dobrego. Jednocześnie w ten sposób unikam konfliktu statusowego i reaguję na reakcje osób zajmujących się McDuchowością, które dotychczas uzyskiwałem. Nie ma znaczenia, że interpretowałem dlaczego reagują tak, a nie inaczej – istotne było to, że tak reagowali i już. Walka z takimi reakcjami jest bez sensu, skoro są, to są. Pytanie brzmi jak zmienić zachowanie by uzyskać inne.
P.S. Jeśli ktoś wymyśli sposób na podawanie negatywnych informacji zwrotnych, który nie oznacza obniżenia statusu odbiorcy feedbacku, zbije na tym ogromną fortunę.
P.P.S. A, jeszcze jedna korzyść z każdej informacji zwrotnej. Jeśli zwrócisz uwagę na swoją reakcję, na to jaka faktycznie była i co w Tobie zaszło, dostajesz często świetny materiał do pracy nad sobą.
Gdy dyskutuję na temat rozwoju osobistego, co jakiś czas jakiś zadeklarowany przeciwnik NLP powoła się na Tomasza Witkowskiego i jego akcje przeciwko tej dziedzinie. Ponieważ robią to raczej wspomniani zadeklarowani przeciwnicy NLP, a większość NLPowców, nie mówiąc już o szerszej populacji, nigdy nawet nie słyszała o tym panu, nie ma on specjalnego znaczenia dla NLP jako dziedziny.
Niestety, jego kolejne działania szkodzą obrazowi innej bliskiej mi działki, a mianowicie sceptycyzmu naukowego. Ponieważ Witkowski i założone przez niego Koło Sceptyków Polskich, w bardzo mało sympatyczny sposób nadużywa tego terminu i jego znaczenia. Niestety, zrozumienie istoty myślenia naukowego i potrzeby promocji tego podejścia do świata jest w naszym społeczeństwie dość niewielkie, a zachowania takie jak prezentowane przez Witkowskiego i KSP poważnie szkodzą tym ideom.
Ponieważ Witkowski ucieka przy tym od merytorycznej dyskusji, czy to podczas osobistych wystąpień (np. spotkanie na SWPS na początku 2012 roku), czy na swoim blogu i forum KSP, stosując tam ostrą cenzurę (oraz bezpodstawne, w świetle polskiego prawa, pogróżki), postanowiłem zadedykować mu ten post na blogu, tak by Google miał pewną alternatywę do jego jednostronnej argumentacji.
Dla jasności – gdyby Witkowski nie powoływał się na sceptycyzm, jego działania ani by mnie ziębiły, ani grzały. W Internecie wielu jest krzykaczy, wystarczy zerknąć na forum Onetu czy WP. A skoro Witkowski sam przyznał na spotkaniu w SWPS, że jest po prostu internetowym krzykaczem, trudno by się nim specjalnie przejmować. Problem w tym, że jego zagrania sprzyjają psuciu wizerunku sceptycyzmu w Polsce i poważnie szkodzą ideom, które rzekomo promuje.
Rzekomo, ponieważ w rzeczywistości jego „sceptycyzm” jest jedynie formą promocji samego Witkowskiego. Wszystkie jego działania, poczynając od prowokacji w „Charakterach”, przez „wyzwania” dla NLP, ataki na psychoterapię, a kończąc na niedawnej aferze z testami projekcyjnymi, służą w mojej ocenie po prostu promocji jego osoby. W przypadku prowokacji w „Charakterach” wykazał to dobrze duet Gustaw i Brocławik w piśmie Psychologia Społeczna (http://www.gtmentor.pl/publikacje/08_ps4.pdf ), w przypadku testów projekcyjnych wskazało to Polskie Towarzystwo Psychologiczne (http://www.ptp.org.pl/modules.php?name=News&file=article&sid=408 ), ja zaś zajmę się NLP i psychoterapią, jako tematami mi bliższymi.
W 2010 roku Witkowski opublikował w piśmie Polish Psychological Biuletyn pełen wad artykuł n.t. NLP (http://www.tomaszwitkowski.pl/attachments/File/NLP.pdf ) . Nie wiem, jakim cudem redaktorzy z PPB przepuścili ten artykuł, zastanawiam się, czy pewien wpływ mógł tu mieć fakt, że Dariusz Doliński, redaktor naczelny PPB, jest przyjacielem i pracownikiem Witkowskiego w ramach firmy szkoleniowej tego ostatniego? (Źródło– obraz strony firmy Witkowskiego, z Dolińskim jako wykładowcą w jednym z kursów) Nie mówię tutaj o świadomej presji, natomiast skoro badania pokazują, że nawet takie rzeczy, jak uczelnia autora artykułu potrafią wpłynąć na akceptację lub odrzucenie danego artykułu, to tym bardziej świadomość bliskiej relacji autora artykułu z redaktorem danego wydawnictwa będzie wpływała na ocenę recenzentów. Z tego względu niepisaną zasadą w świecie naukowym jest nie wysyłanie artykułów do publikacji, z których redakcją ma się bliskie relacje. Tutaj zasada ta została niestety zignorowana, co miało też dalsze konsekwencje w sprawie z Andrew Bradburym.
Wspomniany Andrew Bradbury (http://www.bradburyac.mistral.co.uk ) jest psychologiem zajmującym się NLP, który hobbistycznie zajmuje się analizą publikacji naukowych n.t. NLP, wskazując na liczne błędy merytoryczne zawarte w tych publikacjach (najczęściej w postaci testowania i przypisywania NLP tez, które z NLP nie mają nic wspólnego). Podstrona poświęcona temu tematowi znajduje się tutaj http://www.bradburyac.mistral.co.uk/nlpfax28.htm
Andrew debatował, online oraz w publikacjach, z wieloma naukowcami, którym wydawało się, że badają NLP, m.in. z Heapem na którego powołuje się sam Witkowski. Należy tu wskazać, że badacze Ci ochoczo podejmowali się takiej dyskusji, ponieważ istotą nauki jest dążenie do prawdy i zrozumienia tematu. Heap opublikował nawet debatę z Bradburym w swoim piśmie the Skeptical Intelligencer ( http://www.bradburyac.mistral.co.uk/response.html )
Bradbury opublikował w styczniu 2011 roku dokładną i miażdżącą naukową krytykę artykułu Witkowskiego, zapraszając go jednocześnie w korespondencji do odpowiedzi (http://www.bradburyac.mistral.co.uk/witkowski.html dla osób nie znających angielskiego, krótkie podsumowanie na końcu artykułu*). Witkowski takiej dyskusji się nie podjął, natomiast ponad trzy miesiące po ukazaniu się tej krytyki ogłosił nagle swoje „wyzwanie dla NLPowców na świecie”, polegające na debacie z nim przez opublikowanie w piśmie naukowym odpowiedzi na jego artykuł. Po co potrzebował debaty, gdy ta już na niego czekała od kilku miesięcy?
Tutaj należy się pewne wyjaśnienie dla osób, które nie znają procesu publikacji naukowej. Standardem w publikacji artykułów i odpowiedzi na nie w pismach naukowych jest układ artykuł – odpowiedź (w tym samym piśmie) – reakcja autora na odpowiedź (w tym samym piśmie) – koniec. Innymi słowy, w takim układzie autor artykułu ZAWSZE ma ostatnie słowo, co niekoniecznie sprzyja realnej debacie. Taka debata jest zwykle bardzo czasochłonna i mało aktywna – między opublikowaniem kolejnych numerów pisma mijają długie miesiące.
Z tego względu uznanym standardem wśród naukowców, w tym także sceptyków naukowych na świecie jest owszem, debata pisemna, ale nie na łamach pism naukowych, tylko po prostu w Internecie, który dostarcza odpowiedniego miejsca dla takiej debaty. Doskonałym przykładem są tutaj sceptyczni lekarze działający w ramach bloga Science Based Medicine czy Neurologica, którzy dali wielokrotnie przykłady takich dłuższych, międzyblogowych debat. Co więcej, kilka sekund wyszukiwania w google po haśle „scientific debate” (debata naukowa) znalazło m.in. dużą organizację pozarządową zajmującą się promocją naukowej debaty – bynajmniej nie ograniczonej do pism naukowych. Z tego względu argumenty Witkowskiego, który gdy wskazano mu na krytykę Bradbury’ego zaczął twierdzić, że debata naukowa ma miejsce wyłącznie na łamach pism typu peer-review, są po prostu niezgodne z faktami. Pisma typu peer-review są niezwykle ważne w procesie naukowym, zwłaszcza w przypadku publikacji eksperymentalnych (do których artykuł Witkowskiego nie należał), ale twierdzenie, że debata naukowa ma miejsce tylko na ich łamach jest skrajnym absurdem – tak mogło być 120 lat temu, kiedy po prostu nie było innych narzędzi i rozwiązań, ale nie we współczesnej epoce. Można jednak zrozumieć tę argumentację, ponieważ pozwala ona Witkowskiemu uniknąć potrzeby przyznania lub obrony błędów, które zawarł w swojej pracy – błędów tak poważnych, że są one w zasadzie nie do obrony, jakakolwiek próba realnej debaty skończyłaby się więc dla niego publicznym upokorzeniem.
W rzeczywistości – co trzeba podkreślić – debata naukowa nie tylko nie ogranicza się do pism naukowych, ale też każdy sceptyk czy promotor nauki powinien ze wszelkich sił dążyć do tego, by nie była w ten sposób ograniczona. JEDYNIE wychodząc z takimi debatami do szerokiej publiczności można liczyć na popularyzacje naukowego podejścia. Witkowski zdaje się zresztą z tego zdawać sobie sprawę, ponieważ jego kolejna akcja, przeciw testom projekcyjnym, miała już formę publicznej debaty, bynajmniej nie na łamach pism naukowych, tylko m.in. na łamach internetu. Czemu więc w przypadku NLP taka debata miałaby być niemożliwa? Racjonalnych powodów do tego brak.
Witkowski argumentuje również, że ew. krytyka jego artykułów pozostanie w necie, a jego artykuł będzie cytowany w publikacjach naukowych. Sugeruje to, że jest on nieco nie na czasie ze współczesną literaturą naukową, w której standardem stało się już cytowanie w bibliografii, tam gdzie to istotne, odniesień do stron internetowych. Wszelka krytyka online jego publikacji może się więc jak najbardziej znaleźć w ewentualnych publikacjach w tematyce. Prawdopodobnie nie znajdzie się, z prostego powodu – również oryginalna praca, wtórna i potwornie wadliwa, raczej nie doczeka się wielu cytowań.
Muszę tu wskazać na pewien dodatkowy niuans sprawy. Za wyjątkiem artykułów bardzo ważnych, opublikowanych w naprawdę dużych pismach, praktycznie nigdy nie publikuje się odpowiedzi na artykuł z pisma 1 w piśmie 2. Tego się po prostu nie robi. Jedyną możliwością odpowiedzi na artykuł Witkowskiego jest więc publikacja w PPB, którego redaktor, Dariusz Doliński, ma już wspomniane powiązania z Witkowskim i aktywnie go wspiera (Źródło: zdjęcie fragmentu listu z bloga Witkowskiego, pokazujące bezpośrednią relację między Dolińskim i Witkowskim). Gdy Andrew Bradbury na przełomie grudnia 2011 i stycznia 2012 przesłał swoją krytykę artykułu Witkowskiego do Dolińskiego, ten odmówił publikacji twierdząc, że czas na otrzymywanie krytyki minął – coś absolutnie niesłychanego w świecie publikacji naukowych, gdzie odpowiedzi na oryginalny artykuł publikowane bywają nawet wiele lat po pierwotnej publikacji, a co dopiero rok po niej. Widać więc wyraźnie, że pole gry w tym wyzwaniu było od razu ustawione tak, by na artykuł nie dało się odpowiedzieć, a Witkowskiemu nigdy nie chodziło o debatę.
Podobnie, notabene, ma się miejsce z jego kolejnym artykułem. Został on właśnie opublikowany w piśmie Scientific Review of Mental Heath Practice. Od momentu gdy Witkowski wspomniał o tym artykule prowadziłem korespondencję ze Scottem Linefieldem, redaktorem naczelnym tego pisma, proponując napisanie odpowiedzi na art. Witkowskiego, podejrzewając – słusznie – że popełni on dokładnie te same, absurdalne błędy co w pierwotnym artykule (dla zainteresowanych, polecam krytykę Bradbury’ego) . Scott (notabene, bardzo sympatyczny człowiek) odpisał, że bardzo chętnie przyjmie odpowiedź, jest tylko jedno ale… SRMHP stracił właśnie wydawcę. Artykuł Witkowskiego ukazał się w ostatnim wydanym numerze tego pisma. Jeśli nie znajdzie innego wydawcy (a bynajmniej nie jest to takie pewne, jeśli zaś nastąpi, to za dłuższy czas), opublikowanie odpowiedzi na artykuł Witkowskiego będzie po prostu niemożliwe.
Muszę przyznać, że aż się zastanawiam, czy Witkowski celowo nie wybrał akurat takiego pisma i takiego momentu w jego historii do publikacji swojego artykułu. Może to być oczywiście czysty przypadek, natomiast zdumiewająco dobrze pasuje do jego stylu.
A’propos pozornych wyzwań – gdzie ukazało się to „wyzwanie dla NLPowców z całego świata”? Na blogu Witkowskiego. Po polsku. Zachęcam do wejścia na google’a i wrzucenia w wyszukiwarkę haseł WITKOWSKI NLP CHALLENGE i WITKOWSKI CHALLENGE.
Zauważyliście coś ciekawego? Tak jest, wyzwanie Witkowskiego ukazało się jedynie na jego blogu (w oparciu o wyniki z 27 kwietnia 2012), tylko po Polsku. Innymi słowy, NLPowcy z całego świata mieli akurat przypadkiem wejść na stronę Witkowskiego, akurat przetłumaczyć ją google translatorem, przeczytać o wyzwaniu i zareagować Co następnego Panie Witkowski? Powiesi Pan sobie wyzwanie na karteczce na lodówce i jeśli nikt nie odpowie, ogłosi publicznie wygraną? Sens mniej więcej ten sam. Na świecie jest naprawdę dużo różnych for NLPowskich i rozwojowych – brak opublikowania tam tego wyzwania jasno pokazuje, że to wyzwanie było po prostu czystą, PRowską zagrywką – i to na dość małą skalę.
I naprawdę, nie mam do Witkowskiego żalu o PRowskie zagrywki kosztem NLP. Klasyczne NLP robiło niestety to samo kosztem psychologii, więc nie ma o co się tu oburzać, gdy dostaje odrobinę swojego lekarstwa. Natomiast mieszanie w to nauki i sceptycyzmu – to już jest coś, nad czym nie mogę przejść tak obojętnie.
Podobnie nie mam zbyt dużego żalu do Witkowskiego o atakowanie psychoterapii, np. przez wskazanie na to, że pacjenci psychoterapii, zwłaszcza niedyrektywnych, lekko zmieniają swój światopogląd w stronę poglądów psychoterapeuty. Sam o tym otwarcie pisałem odnośnie coachingu (czego, co ciekawe, Witkowski nie robił, a dlaczego pozwolę sobie wysnuć teorię za chwilę). Tylko znów, nie mieszajmy do sprawy sceptycyzmu i nauki. Bo nauka polega właśnie na poważnej, merytorycznej debacie, a sceptycyzm naukowy musi trzymać się zasad nauki. I jeśli Witkowski i KSP nie potrafią się tych zasad trzymać, to niech dalej atakują psychoterapię i NLP, tylko niech przestaną w końcu wycierać sobie gęby nauką i sceptycyzmem. Bo te nic nie zrobiły, by zasłużyć sobie na takie traktowanie.
No, różnicą między moimi wypowiedziami w temacie, a działaniami Witkowskiego jest też to, że moje wypowiedzi skierowane były raczej do coachów mając na celu wskazanie im tego ograniczenia, tak by mogli mu starać się przeciwdziałać, a Witkowski uderzał od razu do pacjentów, być może zniechęcając do psychoterapii ludzi realnie jej potrzebujących – co jest mało fajne.
No dobrze, ale po co to wszystko ze strony Witkowskiego? No cóż, gdy nie wiadomo, o co chodzi, to zwykle chodzi o pieniądze i sądzę, że tu również w tym leży cała sprawa. Witkowski prowadzi własną firmę trenerską, ta sama firma wydaje też jego książki (Źródło: obraz ze strony firmy Witkowskiego). Rozgłos, jaki próbuje wokół siebie stworzyć Witkowski jest w mojej ocenie po prostu formą marketingu – tym wyraźniejszego, że np. wszystkie argumenty wobec psychoterapii i większość argumentów wobec NLP, jakie stosuje Witkowski, można też odnieść do coachingu… A jednak Witkowski coachingu nie atakuje – sądzę, że dlatego, że jego firma sama prowadzi z tej działki szkolenia (Źródło: zdjęcie ekranu ze strony firmy). W standardach naukowych jest to ewidentny konflikt interesów, który należy przynajmniej oficjalnie zadeklarować, ale jak widać Witkowski zdecydował się tych standardów nie przestrzegać.
W środowisku psychologicznym Witkowski ma generalnie kiepską opinię, jeśli miałbym porównywać – wyraźnie gorszą od NLP. Jego PRowskie zagrywki są w większości postrzegane jako właśnie to – forma kiepskiej autopromocji. Niestety po drodze mogą sporo zaszkodzić, czy to nauce, czy np. pacjentom wymagającym psychoterapii i rezygnującym z niej ze względu na jego propagandę. Pod tym względem szkoda, że robi to co robi, ale sądzę też, że jego formuła powoli się kończy.
Ze swojej strony uważam, że tym artykułem wyczerpałem temat tego człowieka i nie jest on warty tego, by do niego wracać (jeden wyjątek – jeśli Scott napisze, że SRMHP zdobyło wydawcę, dla zasady napiszę krytykę artykułu Witkowskiego do tego pisma). Jednocześnie, ponieważ w przeciwieństwie do Witkowskiego nie przepadam za cenzurą, zapraszam jego i jego zwolenników do dyskusji pod tym wątkiem i wykazania mi, jeśli gdzieś popełniłem błąd lub napisałem coś niezgodnego z faktami – chętnie to wtedy skoryguję. Informuję również, że zgodnie z dobrymi obyczajami w takiej sytuacji, w chwili opublikowania tego posta wysłałem informację do Witkowskiego, że coś takiego się ukazało, wraz z propozycją opublikowania jego odpowiedzi, jeśli będzie sobie tego życzył.
A żeby nie być jednostronny i tylko nie krytykować, chcę również zapowiedzieć będącą w przygotowaniu alternatywę do KSP i pseudosceptycyzmu tam propagowanego. Szczegóły wkrótce
P.S. Oczywiście jest banalnie prosty sposób, w jaki Witkowski mógłby utrzeć mi nosa i wykazać, że się mylę. Ba! Chętnie bym go w tej sytuacji przeprosił. Musiałby po prostu wykazać faktyczną chęć do debaty naukowej, m.in. rozpoczynając realną debatę z Bradburym. Ten czeka na to już od ponad roku, ale wątpię, by się doczekał. Z przyjemnością jednak stwierdziłbym, że jestem w błędzie.
*W skrócie, Bradbury wskazuje, że Witkowski nie wie czym jest NLP i przypisuje do NLP rzeczy, które nie mają z tą działką związku, zostały dawno odrzucone, itp., a wg. Witkowskiego stanowią podstawę tej koncepcji. W debacie to, co zrobił Witkowski określa się jako tzw. strawman argument – najpierw budujemy fałszywy obraz pozycji drugiej strony, a następnie obalamy ten fałszywy obraz i twierdzimy, że obaliliśmy pozycję drugiej strony. Niestety, w literaturze badawczej nt. NLP dużo jest prób badań przez osoby, które nie rozumiały tematu i którym wydaje się, że testowały wyniki z NLP, a w rzeczywistości testowały zupełnie coś innego. Dla przykładu Sharpley, na którego mocno powołuje się Witkowski (jego artykuły są w zasadzie powtórką argumentacji Sharpleya), wziął na warsztat 15 badań (i ponad 20 wyników z tych badań) n.t. NLP. Z tych badań, jak pokazała krytyka opublikowana w tym samym piśmie rok później, jedynie 2 odnosiły się faktycznie do NLP (wyniki jednego były wspierające dla NLP, drugiego neutralne). Argumentacja Witkowskiego – co dokładnie opisuje Bradbury – opiera się właśnie na stworzeniu takiego fałszywego obrazu NLP i prób go obalenia – choć gdyby po prostu zapytał jakiegoś NLPowca, usłyszałby, że to co sprawdza nijak ma się do NLP. Niezależnie od samego NLP daje to jeden bardzo konkretny wniosek dla każdego zainteresowanego badaniem NLP – przed rozpoczęciem badań, oprócz konsultacji z typowymi organami jak komisja etyki, należy również zweryfikować z osobami faktycznie zajmującymi się NLP, czy to co chcemy sprawdzić będzie testowaniem twierdzeń powiązanych z NLP.
Minęło już nieco czasu od tej sprawy, emocje nieco ucichły, więc może nie zostanę zlinczowany za podzielenie się tymi wrażeniami i przemyśleniami
Muszę się przyznać, że niedawna sprawa z ACTA była dla mnie dość przerażająca. Nie, nie chodzi mi o samą umowę – w przeciwieństwie do faktycznie niepokojących SOPA i PIPA (tudzież ich najnowszej przeróbki, którą znów będzie się zajmował kongres USA), ACTA była generalnie dość pustym świstkiem papieru, jedną z wielu umów międzynarodowych, które są raczej deklaracjami niż realnymi porozumieniami.
Tym, co mnie przeraziło, było uświadomienie sobie w pełni specyfiki pokolenia, które obecnie wchodzi w dorosłość, tzw. pokolenia Y. Pokolenia wszechobecnego internetu, ale również pokolenia szerokiego, ale płytkiego, pobieżnego przyjmowania wiedzy. Wiedzy, po której od razu uznają się za dobrze obeznanych w temacie. Tym, co mnie przeraziło w sprawie ACTA było to, jak niewiele z osób, które protestowały przeciw tej umowie faktycznie ją przeczytała, a co dopiero przeczytała ze zrozumieniem – co nie przeszkadzało im aktywnie przeciw niej występować. Ludzie mylili zapisy z SOPA z zapisami z ACTA. Dodawali zapisy, których nie ma w żadnej z umów. Twierdzili, że ACTA wprowadzi zapisy, które już od wielu lat obowiązują w naszym prawie. I protestowali przeciw temu wszystkiemu w prawdopodobnie największym zrywie obywatelskim ostatnich lat, zdecydowanie głośniejszym niż protesty przeciw przedłużeniu wieku emerytalnego.
I to mnie naprawdę przeraża. Bo o ile sama ACTA ani mnie ziębi, ani grzeje, właśnie dlatego, że jest bezpłciową gadaniną, to przekonałem się do czego zdolni są Y w oparciu o skrajnie niewielki, ale odpowiednio podany kawałek wiedzy. A to jest już bardzo niepokojące. Z ACTA wyszło samoistnie, a wszelkie próby przejęcia otwartej kontroli nad ruchem spełzły na niczym (kolejna charakterystyka Y-ków zresztą, ogromny opór przed autorytetami, połączony swoją drogą z rozpaczliwymy ich poszukiwaniem). Z ACTA był to więc ruch oddolny, zachodzący przypadkiem, prawdopodobnie dzięki bliskiemu w czasie nagłośnieniu realnie potrzebnych protestów przeciw SOPA, co pozwoliło na zbudowanie odpowiedniej masy krytycznej ruchu. Pod tym względem było to więc niegroźne. Jest jednak pewne „ale”…
Jest bowiem na tym świecie wiele osób zdecydowanie bystrzejszych odemnie i skoro ja tu pewną rzecz zauważyłem, to one z pewnością również. A niektóre z tych osób pracują dla firm i partii mających ogromne zasoby finansowe. I widzą, że dokładnie te same skłonności pokolenia Y, które zadziałały przy okazji ACTA mogą zostać wykorzystane w dowolnym innym celu, jaki się tylko zamarzy – wystarczy odpowiednio popchnąć (internetowy) tłum. Parę plotek, kilka wyjątkowo żywotnych i wirusowych memów i możemy mieć na ulicach protesty i wystąpienia przeciwko praktycznie wszystkiemu, co się tylko organizatorom takich akcji zamarzy – a wszystko wyglądające z zewnątrz jak wychodzące całkowicie oddolnie i samoistnie. Bo kto siedzi plotki w internecie?
Kampanie reklamowe, kampanie polityczne, walka między dwiema konkurującymi korporacjami – to wszystko może bardzo łatwo stać się zdecydowanie brutalniejsze i bardziej chaotyczne, gdy na ulice wyjdą kolejne grupy, podążające za najnowszym, odpowiednio spreparowanym memem*.
Oczywiście, jak każde pokolenie, jest to charakterystyka szerszej grupy i duże uogólnienie. Tak jak nie wszyscy baby-boomersi byli bezmyślnymi konsumentami, tak samo nie wszyscy Y-cy są tacy, jak opisano powyżej. Można też liczyć, że przez kontrast pokolenie Z będzie bardzo konkretne i nakierowane na głębokie zrozumienie tematu. Jednocześnie „typowych” Y-ków jest dość, by taki scenariusz uwiarygodnić. I to mnie właśnie w aferze z ACTA przerażało. Ot, takie przemyślenia, którymi chciałem się podzielić.
Jak to wpisuję się w kwestie rozwojowe, którym poświęcony jest ten blog? Cóż, tu działać będą bardzo podobne mechanizmy dotyczące „pokolenia igrek”, tym silniej, im więcej osób z tej grupy będzie dorastało. Poznawanie płytko, a szeroko + ten dualizm odnośnie autorytetów, co prowadzić będzie m.in. do wzrostu popularności różnych odlecianych, ale dobrze brzmiących na pierwszy rzut oka ideologii i rozwiązań (dobry przykład mieliśmy z – na szczęście ukróconym sądowo – odlotem z Power Balance i M-Balance). Niestety znaczy to również, że próby przeciwdziałania temu trendowi również muszą zachodzić raczej na podobnie płytkim poziomie.
Jak pokazała ACTA – niczego dłuższego i tak nikt nie przeczyta.
*Mem – jak gen, tylko informacyjny, kawałek informacji, który łatwo się przekazuje innym.
Popularnym mitem w środowisku rozwoju i pop-psychologii jest bardzo zerojedynkowy podział półkul na lewą (analityczną, planującą i werbalną) oraz prawą (kreatywną, wizualną i metaforyczną). Ze względu na coraz wyższą rynkową wartość kreatywności (niekoniecznie w pełni uzasadnioną, ale to temat na inny artykuł), niektórzy autorzy książek rozwojowych posunęli się już nawet do stwierdzeń w stylu „prawopółkulowi odziedziczą ziemię”.
Problem z tą ideą jest jednak taki, że ten kreatywno/analityczny podział półkul to mit. Z neurologicznego punktu widzenia owszem, obydwie półkule różnią się od siebie, ale ich specjalizacja jest dużo ciekawsza, niż proponowany powyżej podział.
W rzeczywistości, specjalizacja półkul rozbija się o poziom kompetencji w danej czynności. Rzeczy, na których naprawdę dobrze opanowałeś, dla których wykształciłeś oddzielne struktury przetwarzania, są kodowane w lewej półkuli. Te, których dopiero się uczysz są kodowane w prawej. Żadna z półkul nie jest ważniejsza od drugiej – bez lewej (lub jej funkcji przeniesionych na prawą, u osób z poważnym uszkodzeniem mózgu) nie będziesz w stanie robić niczego na zaawansowanym poziomie. Bez prawej (lub przeniesienia jej funkcji) nie będziesz w stanie uczyć się nowych rzeczy.
Być może dlatego w naszej kulturze lewa kojarzona jest z analitycznym myśleniem – eksperci są bardziej skorzy do dostrzegania szczegółowych aspektów danej dziedziny . Podobnie pasuje to do skojarzenia prawej półkuli z myśleniem kreatywnym – laicy mogą podawać pomysły, które ekspertom, lepiej rozumiejącym temat, nigdy nie przyszłyby do głowy, co może być odbierane jako kreatywność.
Jednocześnie trzeba tu wskazać, że język, którego dopiero się uczysz będzie kodowany w lewej, „niewerbalnej” półkuli (co potwierdzają studia przypadków osób z neurologicznie uszkodzoną mową w ojczystym języku, ale nie w dopiero poznawanych językach obcych), a ktoś, kto zarabia na życie przez kreatywność będzi miał swoje procedury kreatywnego myślenia zakodowane w prawej półkuli. Ludzie prawdziwie kreatywnie będą do swojej kreatywności używać prawej, nie lewej półkuli.
Inna sprawa, że w świetle powyższego podziału i charakterystyki wchodzącego właśnie na rynek pracy pokolenia Y, stwierdzenie „prawopółkulowi odziedziczą ziemię” jest, paradoksalnie, całkiem trafne. Faktycznie możemy oczekiwać, że w większości dziedzin coraz większą rolę odgrywać będą laicy, którzy dzięki internetowi uzyskali możliwość zabierania głosu w poprzednich pokoleniach zarezerwowaną zwykle dla ekspertów (i to nie wszystkich). To jednak, również, temat na inny post.
Dziś krótki wpis, w przerwie między skończoną i wysłaną do wydawcy książką, a wyjazdem do Katowic na kolejnego Praktyka Beyond NLP…
Gdy ludzie zaczynają się zajmować rozwojem, często zdaje się u nich pojawiać pewien rodzaj przesądności. Niektóre słowa, w rodzaju „muszę”, „powinienem”, „ale”, „spróbuję” czy „problem” zaczynają być traktowane niczym zaczarowane. Nagle nie można ich używać, albo wręcz należy upominać i poprawiać innych, którzy ich używają. „Nie, to nie problem, to wyzwanie!” Można wtedy usłyszeć, tuż obok. „Nic nie musisz, tylko chcesz.”
To takie trochę głupie, moim zdaniem Choć głupie nie jest tu dobrym terminem, najbardziej pasuje tu chyba angielski „silly” – „śmiesznie, dziecinnie nierozsądne” – którego dobrego odpowiednika niestety w polskim brak.
Ale tak, jest to śmieszne i nierozsądne, jest to po prostu zabawne. Z prostych słów tworzy się przepotężne siły, które wpływają na losy ludzkie. Pewne słowa są zakazane, inne preferowane. To po prostu nic innego, niż prymitywny system magiczny. I jak to bywa z takimi systemami – jego moc jest zdecydowanie przeceniana.
Słowa to tylko słowa. Mają pewną moc sprawczą, ale zdecydowanie nie tak dużą, jak się im niekiedy przypisuje. Nie są też złe same w sobie. Jeśli masz problem („wyzwanie”) z „muszę” i „powinienem”, jeśli masz na nie alergię, unikasz ich, albo cię zniechęcają… To jest to przede wszystkim informacja o tym, że warto w sobie coś przepracować, najprawdopodobniej swój stosunek do zasad i autorytetów. (Temat, notabene, nad którym, w mojej ocenie, większość rozwojowców powinna popracować, bo jest z nim w fascynującym układzie miłości przesyconej nienawiścią. Z jednej strony brzydzi się autorytetami i zasadami i od nich ucieka, a z drugiej w tej ucieczce nieświadomie wpada w inne autorytety – te mówiące, że nie powinno się mówić „powinno się” – oraz inne zasady -np. „musisz nie mówić muszę”).
Jeśli masz kłopot z niektórymi słowami – warto to w sobie przepracować. Bo, słowami wielkiego hinduskiego guru Śpiącego Leniwca „To naprawdę nie ma większego znaczenia.” Więc może warto przestać mu takie znaczenie przypisywać
Serial „Jekyll” z BBC, współczesna adaptacja klasycznej historii o dr Jekyllu i mr. Hyde, jest – oprócz wielu innych zalet tego mini-serialu – cudowną demonstracją zachowań statusowych. James Nesbitt w mistrzowski sposób, przy użyciu minimalnie odmiennej charakteryzacji, odgrywa zarówno bardzo niskostatusowego dr Jackmana, jak i skrajnie wysokostatusowego Pana Hyde. W poniżzym klipie do 1.40 mamy Jackmana, później Hyde’a – przyjrzyj się różnicom w ich zachowaniach, języku ciała, itp. Demonstracja ta jest tym lepsza, że obydwie wykonuje jeden aktor.
Jekyll jest zresztą pełen takich smaczków – np. na początku jednego z epizodów przez kilka minut budowany jest wysoki status pewnej postaci, tylko po to, by Hyde błyskawicznie ją powalił, tym samym demonstrując swój nieporównywalnie wyższy status. ( http://youtu.be/P2N1-e6Kwkg )
Jeśli interesuje Cię tematyka gier statusowych, gorąco polecam. Zresztą, jako serial, również warto go zobaczyć.